Rozdział 8.doc

(96 KB) Pobierz

8.     Jeden z żyjących

 

 

Simona obudziło światło odbijające się od jakiegoś przedmiotu, który ktoś wsunął pomiędzy kraty w jego oknie. Zerwał się na równe nogi z ciałem obolałym z głodu i zobaczył metalową butelkę wielkości termosu. Do szyjki przywiązano zwinięty świstek papieru. Simon zerwał go i rozwinął.

 

Simon: to jest świeża wołowa krew, prosto od rzeźnika. Mam nadzieję, że się nada. Jace powiedział mi o wszystkim i uważam, że jesteś bardzo odważny. Trzymaj się a my już coś wymyślimy żeby cię stąd wyciągnąć.

XOXOXOXOXOXOX

Isabelle

 

              Simon uśmiechnął się widząc nagryzmolone iksy i kółka, które biegły przez całą długość strony. Miło było wiedzieć, że jej sympatia wobec niego nie ucierpiała na niczym w obecnych okolicznościach. Odkręcił korek butelki i przełknął kilka łyków krwi zanim ostry kłujący ból między łopatkami nie zmusił go do odwrócenia się.

              Raphael stał spokojnie na środku celi z rękami złożonymi za plecami. Miał na sobie sztywno wyprasowaną białą koszulę i ciemną kurtkę. Na jego szyi połyskiwał złoty łańcuch.

Simon prawie zadławił sie krwią. Przełknął ją szybko, ciągle się na niego gapiąc.

- Nie możesz... Ciebie tu nie ma...

              Raphael uśmiechnął się w taki sposób, że jego kły wystawały mimo że wcale tak nie było.

- Nie panikuj, Daylighterze.

- Ja wcale nie panikuję – to nie była do końca prawda. Simon czuł się jakby połknął coś ostrego. Nie widział Raphaela od tamtej nocy, kiedy zakrwawiony i posiniaczony wygrzebał się ze swojego pośpiesznie wykopanego grobu w Queens. Ciągle pamiętał jak rzucał mu paczki wypełnione zwierzęcą krwią i sposób w jaki otwierał je swoimi zębami, jak gdyby sam był zwierzęciem. – Słońce jeszcze nie zaszło. Jakim cudem się tu dostałeś?

- Nie dostałem się – głos Raphaela był miękki jak jedwab. – To Projekcja. Spójrz – machnął ręką, wkładając ją w kamienną ścianę. – Jestem jak dym. Nie skrzywdzę cię. Oczywiście ty też nie możesz tego zrobić.

- Nie miałem takiego zamiaru – Simon odłożył butelkę na swoją pryczę. – Chcę tylko wiedzieć co ty tu w ogóle robisz.

- Opuściłeś Nowy Jork w wielkim pośpiechu, Daylighterze. Chyba zdajesz sobie sprawę z tego, że powinieneś poinformować przywódcę ze swojego terenu że wyjeżdżasz z miasta?

- Przywódcę? Masz na myśli siebie? Myślałem, że to ktoś inny...

- Camille jeszcze do nas nie wróciła – wyjaśnił Raphael bez cienia emocji w głosie. – Zastępuję ją. Wiedziałbyś to wszystko, gdybyś zadał sobie trochę trudu i zapoznał z prawami swojego gatunku.

- Mój wyjazd nie został zaplanowany z góry. I bez obrazy, ale nie uważam cię za kogoś z mojego gatunku.

- Dios – Raphael zmrużył powieki jak gdyby ukrywał swoje rozbawienie. – Ależ ty jesteś uparty.

- Jak możesz to w ogóle mówić?

- To chyba oczywiste, prawda?

- Mam na myśli... – Simona poczuł ucisk w gardle. – To słowo. Ty możesz je powiedzieć a ja nie.

              Bóg.

              W oczach Raphaela pojawił się krótki błysk. Rzeczywiście był rozbawiony.

- Wiek – wyjaśnił. – I lata praktyki. Oraz wiara, a raczej jej brak – w sumie to chyba to samo. Z czasem się tego nauczysz, żółtodziobie.

- Nie nazywaj mnie tak.

- Przecież tym właśnie jesteś. Jesteś Dzieckiem Nocy. Czy to nie dlatego Valentine cię pojmał i spuścił z ciebie krew?

- Jesteś nieźle poinformowany – powiedział Simon. – Może ty mi to powiesz.

              Oczy Raphaela zwęziły się.

- Słyszałem też plotki, że napiłeś się krwi Nocnego Łowcy i to stąd ta twoja nowa umiejętność chodzenia w słońcu. Czy to prawda?

              Simonowi zjeżyły się włosy.

- To niedorzeczne. Gdyby krew Nocnych Łowców umożliwiała wampirom wychodzenie na światło słoneczne, to wszyscy już dawno by o tym wiedzieli. Krew Nefilim stałaby się niezwykle chodliwym towarem. I nigdy nie byłoby mowy o pokoju pomiędzy wampirami a Nocnymi Łowcami. Dlatego cieszę się że to nieprawda.

              Wargi Raphaela wygięły się w nikłym uśmiechu.

- Skoro już poruszyliśmy ten temat, to czy zdajesz sobie sprawę z tego, Daylighterze, że ty też stałeś się niezwykle cennym towarem? Nie ma Podziemnego który nie chciałby dostać cię w swoje ręce.

- Wliczając w to ciebie?

- Oczywiście.

- A co byś zrobił gdybyś już dostał mnie w swoje ręce?

              Raphael wzruszył ramionami.

- Być może jestem osamotniony w myśleniu, że zdolność chodzenia w słońcu wcale może nie być taka wspaniała jak myśli reszta wampirów. W końcu nie bez powodu nazywa się nas Dziećmi Nocy. Bardziej jestem skłonny myśleć o tobie jak o przekleństwie.

- Naprawdę?

- Możliwe – wyraz twarzy Raphaela był obojętny. – Myślę, że stanowisz dla nas zagrożenie. Zagrożenie dla całego wampirzego gatunku, jeśli wolisz. Nie możesz zostać w tej celi na zawsze, Daylighterze. Któregoś dnia będziesz musiał stąd wyjść i stawić czoło światu. I mnie. Ale jedno mogę ci przysiąc. Nie zrobię ci krzywdy i nie będę próbował cię odnaleźć jeśli w zamian ty przysięgniesz, że ukryjesz się po tym jak wypuści cię Aldertree. Jeśli przyrzekniesz udać się tam gdzie nikt cię nie znajdzie i już nigdy nie skontaktujesz się z z nikim, kogo znałeś w poprzednim życiu. Tak będzie uczciwie.

              Ale Simon już kręcił przecząco głową.

- Nie mogę zostawić swojej rodziny. Ani Clary.

              Raphael prychnął z irytacją.

- Oni nie należą już do twojego świata. Teraz jesteś wampirem.

- Ale nie chcę nim być.

- Spójrz na siebie. Ciągle tylko narzekasz – ciągnął Raphael. – Nigdy nie zachorujesz, nie umrzesz i już na zawsze pozostaniesz silny i młody. Nigdy się nie zestarzejesz. Nie masz powodu do narzekań.

              Wiecznie młody, pomyślał Simon. To brzmiało całkiem nieźle, ale czy ktoś chciałby na zawsze pozostać szesnastolatkiem? Co innego gdyby miał dwadzieścia pięć lat, ale szesnaście? Nigdy by nie urósł, nie widziałby jak zmienia się jego ciało ani twarz. Już nawet nie wspominając o tym, że z takim wyglądem nigdy nie mógłby wejść do baru i zamówić sobie drinka. Nigdy. Aż po wsze czasy.

- Poza tym – dodał Raphael – nie musiłabyś wyrzekać się słońca.

              Simon nie miał ochoty wstępować znów na tę samą ścieżkę.

- Słyszałem co mówiły o tobie inne wampiry w Dumort – powiedział. – Wiem, że co niedziela zakładasz krzyż i idziesz na spotkanie ze swoją rodziną. Założę się, że pewnie nawet nie mają pojęcia że jesteś wampirem. Więc nie mów mi, że mam wszystkich zostawić. I tak tego nie zrobię.

              Oczy Raphaela lśniły.

- Nie liczy się to w co wierzy moja rodzina. Liczy się to w co wierzę ja. I to co wiem. Prawdziwy wampir wie że jest martwy. Akceptuje swoją śmierć. Ale tobie ciągle się zdaje, że jesteś jednym z żyjących. Właśnie to sprawia, że jesteś tak niebezpieczny. Nie jesteś w stanie pojąć, że nie należysz już dłużej do świata żywych.

 

 

              Zmierzchało już gdy Clary wróciła do domu Amatis i zamknęła za sobą drzwi, zasuwając rygiel. Stała przez długą chwilę w ciemnym korytarzu i opierała się o nie z przymkniętymi oczami. Czuła się całkiem wyczerpana i strasznie bolały ją nogi.

- Clary? – stanowczy głos Amatis rozdarł ciszę. – To ty?

              Clary nie ruszyła się z miejsca, unosząc się w kojącej ciemności. Tak bardzo chciała być już w domu, że niemal czuła metaliczny posmak powietrza na ulicach Brooklynu. Widziała swoją matkę siedzącą przy oknie, przez które sączyły się blade promienie słońca, rozświetlając obraz który malowała. Tęsknota za domem skręciła jej wnętrzności bólem.

- Clary – głos dochodził teraz z dość bliska. Clary szybko otworzyła oczy. Przed nią stała Amatis z zaczesanymi gładko włosami i z rękami na biodrach. – Twój brat przyszedł żeby się z tobą zobaczyć. Czeka na ciebie w kuchni.

- Jace jest tutaj? – jakimś cudem zwalczyła gniew i zaskoczenie i udało jej się zachować kamienną twarz. Nie było potrzeby pokazywać jak bardzo jest z tego powodu wściekła przy siostrze Luke’a.

              Amatis przyglądała się jej z ciekawością.

- Miałam go nie wpuszczać? Pomyślałam, że ucieszysz się na jego widok.

- Wszystko w porządku – powiedziała Clary, z trudem zachowując równy głos. – Po prostu jestem zmęczona.

- Hmm – Amatis wyglądała jakby nie uwierzyła w ani jedno jej słowo. – No cóż, w takim razie będę na górze gdybyś mnie potrzebowała. Muszę się zdrzemnąć.

              Clary nie potrafiła wymyślić powodu, dla którego potrzebowałaby jej pomocy, ale skinęła potakująco głową i powlokła się korytarzem w stronę jasno oświetlonej kuchni. Na stole stała miska z owocami, bochenek chleba, masło, ser i talerz z czymś, co wyglądało jak... ciasteczka? Czyżby Amatis upiekła ciasteczka?

              Za stołem siedział Jace i opierał się łokciami o blat. Jego złociste włosy były potargane a koszula pod szyją rozpięta. Clary mogła dostrzec grube linie jego Znaków przecinające obojczyk. W obandażowanej dłoni trzymał ciasteczko. Wyglądało na to, że Sebastian miał rację. Jace rzeczywiście zranił się w rękę. Nie żeby ją to obchodziło.

- Jesteś wreszcie – odezwał się. – Bo już zacząłem myśleć, że wpadłaś do kanału.

              Clary wpatrywała się w niego nie mówiąc ani słowa. Zastanawiała się, czy Jace mógłby dostrzec gniew w jej oczach. Wyciągnął się na krześle, kładąc jedno ramię na oparciu. Uwierzyłaby w jego z pozoru beztroską pozę, gdyby nie szybko bijący puls u podstawy jego szyi.

- Wyglądasz na wyczerpaną. Gdzie się podziewałaś przez cały dzień?

- Wyszłam z Sebastianem.

- Z Sebastianem? – wyraz całkowitego zaskoczenia na jego twarzy sprawił jej natychmiastową satysfakcję.

- Odprowadził mnie wczoraj do domu – powiedziała, a w jej głowie słowa Od teraz będę dla ciebie tylko bratem dźwięczały jak bicie uszkodzonego serca. – Jak na razie jest jedyną osobą w tym mieście która była dla mnie miła. Więc tak, wyszłam wczoraj z Sebastianem.

- Rozumiem – Jace odłożył ciasteczko z powrotem na talerz. Jego twarz była zupełnie bez wyrazu. – Clary, przyszedłem tu żeby cię przeprosić. Nie powinienem się tak do ciebie odzywać.

- Nie – zgodziła się. – Nie powinieneś.

- Przyszedłem również po to by zapytać czy rozważyłabyś powrót do Nowego Jorku.

- Jezu, znowu to samo...

- Nie jesteś tu bezpieczna.

- Czym ty się tak przejmujesz? – spytała bezbarwnym głosem. – Że zamkną mnie w więzieniu tak jak Simona?

              Wyraz twarzy Jace’a nie uległ zmianie, ale zakołysał się na krześle odrywając stopy od podłogi tak jakby go popchnęła.

- Simona...?

- Sebastian mi o wszystkim powiedział – ciągnęła dalej tym samym tonem. – O tym jak zaprowadziłeś go tam i pozwoliłeś żeby wtrącili go do więzienia. Chcesz żebym zaczęła cię przez to nienawidzieć?

- Ufasz mu? – zapytał Jace. – Ledwie go znasz.

              Wbiła w niego wzrok.

- Więc to nieprawda?

              Skrzyżowali spojrzenia ale twarz Jace’a pozostała nieruchoma. Tak jak twarz Sebastiana, gdy go odepchnęła.

- Prawda.

              Clary chwyciła ze stołu talerz i cisnęła nim w niego. Jace zrobił unik a talerz uderzył w ścianę nad zlewem i roztrzaskał się w drobny mak. Zeskoczył z krzesła gdy Clary porwała w dłoń kolejny i rzuciła w niego z dzikim wyrazem oczu. Ten z kolei odbił się od lodówki i spadł Jace’owi pod nogi łamiąc się na dwie równe połówki.

- Jak mogłeś?! Simon ci ufał! Gdzie on teraz jest? Co oni mu zrobią?

- Nic – odparł Jace. – Wszystko z nim w porządku. Spotkałem się z nim wczoraj...

- Przed czy po tym jak się widzieliśmy? Przed czy po tym jak udawałeś, że wszystko jest w porządku a ty świetnie się czujesz?

- Przyszłaś tu tylko dlatego bo myślałaś że świetnie się czuję? – z jego gardła wydobył się dziwny dźwięk podejrzanie przypominający śmiech. – Jestem lepszym aktorem niż myślałem – uśmiechnął się krzywo. To wprawiło Clary w jeszcze większą wściekłość: jak on w ogóle śmiał teraz z niej kpić?

              Sięgnęła po miskę na owoce ale nagle przestało jej to wystarczać, więc kopniakiem odsunęła od siebie krzesło i rzuciła się na niego wiedząc, że to była ostatnia rzecz jakiej się po niej spodziewał.

              Gwałtowność jej ataku sprawiła że przestał się pilnować. Doskoczyła do niego a on zatoczył się do tyłu, przytrzymując się kurczowo krawędzi blatu. Prawie na niego wpadła, usłyszała jak wciągnął powietrze, i zamachnęła się na ślepo nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Zapomniała już jaki był szybki. Jej pięść nie trzasnęła go w twarz tylko w jego wyciągniętą rękę. Zacisnął na niej palce, zmuszając ją by opuściła dłoń wzdłuż ciała. Nagle Clary zdała sobie sprawę z tego jak blisko się znajdował – leżała  na nim, przygważdżając go do stołowego blatu całym ciężarem swojego drobnego ciała.

- Puść moją rękę.

- Uderzysz mnie gdy to zrobię? – jego głos był chrapliwy i miękki, oczy mu płonęły.

- Zasługujesz na to.

              Poczuła jak jego klatka piersiowa unosi się i opada, gdy zaśmiał się bez cienia wesołości w głosie.

- Myślisz, że zaplanowałem to wszystko? Naprawdę myślisz, że jestem do tego zdolny?

- No cóż, w końcu nie lubisz Simona. Pewnie nigdy go nie lubiłeś.

              Jace parsknął z niedowierzaniem i puścił jej dłoń. Gdy Clary się odsunęła, wyciągnął w jej stronę swoje prawe ramię. Chwilę zajęło jej zdanie sobie sprawy z tego, co chciał jej pokazać: poszarpaną bliznę przecinającą jego nadgarstek.

- To – jego głos był ostry jak brzytwa – jest ślad po tym jak przeciąłem sobie nadgarstek, żeby twój wampirzy przyjaciel mógł się napić mojej krwi. Prawie mnie to zabiło. Co ty sobie wyobrażasz? Że po prostu go tam zostawiłem?

              Clary gapiła się na bliznę Jace’a – na jedną z wielu blizn wszelkich kształtów i rozmiarów pokrywających jego ciało.

- Sebastian powiedział mi, że sprowadziłeś tu Simona a potem Alec poszedł z nim do Gardu. Oddałeś go w ich ręce. Musiałeś wiedzieć, że...

- Sprowadziłem go tu przez przypadek – sprostował Jace. – Chciałem żeby przyszedł do Instytutu bo musiałem z nim porozmawiać. O tobie. Pomyślałem, że może jemu uda się nakłonić cię do tego żebyś porzuciła zamiar przyjazdu do Idris. Nie zgodził się na to, jeśli to cię jakoś pocieszy. Zaatakowali nas Wyklęci i dlatego musiałem przeprowadzić go przez Portal. Miałem do wyboru albo zabrać go ze sobą albo pozwolić mu umrzeć.

- Ale dlaczego musiałeś go zaprowadzić akurat do Clave? Wiedziałeś, że...

- Dlatego, że jedyny Portal w Idris znajduje się w Gardzie. Powiedzieli nam że odeślą do z powrotem do Nowego Jorku.

- A ty im uwierzyłeś? Po tym co się stało z Inkwizytorką?

- Clary, sprawa z Inkwizytorką nie należała do normalnych. Dla ciebie to był pierwszy kontakt z Clave, ale nie dla mnie – Clave to my. Nefilim. Oni przestrzegają Prawa.

- Z jednym małym wyjatkiem – oni tego nie robią.

- Masz rację – powiedział Jace zmęczonym głosem – Nie robią. A najgorsze z tego wszystkiego jest to co o Clave powiedział Valentine – że jest skorumpowane i musi zostać oczyszczone. I niech mnie szlag trafi jeśli się z nim nie zgadzam.

              Clary umilkła, po pierwsze dlatego że nie wiedziała co odpowiedzieć, a po drugie z zaskoczeniem odkryła, że Jace przyciągnął ją do siebie chyba nawet nie zdając sobie sprawy z tego co robi. Ku swojemu zdziwieniu, powoliła mi na to. Przez biały materiał jego koszulki mogła dostrzeć czarne, wijące się zarysy Znaków muskające jego skórę jak języki ognia. Pragnienie by oprzeć się na nim i poczuć jak obejmuje ją ramionami było takie samo jak tęsknota za powietrzem gdy tonęła w Jeziorze Lyn.

- Valentine mógł mieć rację co do tego, że wiele rzeczy wymaga naprawy – powiedziała w końcu. – Ale myli się co do sposobu w jaki trzeba to zrobić. Zdajesz sobie z tego sprawę, prawda?

              Jace przymknął powieki. Zauważyła że pod oczami miał ciemne półksiężyce, pozostałości po nieprzespanych nocach.

- Nie jestem pewien czy zdaję sobie sprawę z czegokolwiek. Masz prawo się na mnie wściekać. Nie powinienem był ufać Clave. Tak bardzo chciałem uwierzyć, że Inkwizytorka była totalnym nieporozumieniem, że działała bez ich zgody, że mogłem zdać się na swój instynkt Nocnego Łowcy...

- Jace – wyszeptała.

              Otworzył oczy i spojrzał na nią. Stali tak blisko siebie, że zdała sobie sprawę, że stykali się ze sobą na całej długości ciała a ona czuła bicie jego serca. Odsuń się od niego, nakazała sobie, ale nogi jej nie posłuchały.

- Co takiego? – spytał bardzo miękkim głosem.

- Muszę się spotkać z Simonem – wykrztusiła. – Możesz mnie do niego zaprowadzić?

              Puścił ją równie szybko jak złapał.

- Nie. Nie powinno cię nawet być w Idris. Nie możesz tak po prostu pójść sobie do Gardu skacząc po drodze ze szczęścia.

- Ale Simon pomyśli że wszyscy go opuścili. Pomyśli...

- Spotkałem się z nim – przerwał jej Jace. – Chciałem go stamtąd wyciągnąć. Miałem zamiar wyrwać te kraty z okna gołymi rękami. Ale on mi na to nie pozwolił.

- Nie pozwolił? Chciał zostać w więzieniu?

- Powiedział, że Inkwizytor węszy wokół mojej rodziny, wokół mnie. Aldertree chce na nas zwalić winę za to co stało się w Nowym Jorku. Chce porwać któregoś z nas i torturować tak długo, dopóki nie wyciągnie z nas prawdy. A Clave przymknie na to oko. Na razie stara się nakłonić Simona do przyznania się, że spiskujemy z Valentinem. Simon powiedział, że jeśli pomógłbym mu w ucieczce, to Aldertree od razu wiedziałby że ja to zrobiłem, a wtedy Lightwoodowie znaleźliby się w jeszcze gorszym położeniu.

- To bardzo szlachetne z jego strony i w ogóle, ale w takim razie jaki ma plan? Chce tam tkwić w nieskończoność?

              Jace wzruszył ramionami.

- Jeszcze się nad tym nie zastanawialiśmy.

              Clary westchnęła z rozdrażnieniem.

- Faceci – mruknęła. – W porządku, posłuchaj. Potrzebujesz alibi. Upewnimy się, że ty i Lightwoodowie jesteście w jednym miejscu tak żeby wszyscy was widzieli, a wtedy Magnus uwolni Simona z więzienia i odeśle go do Nowego Jorku.

- Przykro mi to mówić, Clary, ale nie ma szans żeby Magnus to zrobił. Nie obchodzi mnie jak bardzo podoba mu się Alec. Magnus nie wejdzie w otwarty konflikt z Clave tylko po to żeby wyświadczyć nam przysługę.

- Zrobi to – oświadczyła Clary – w zamian za Białą Księgę.

              Jace zamrugał.

- Za co?

              Clary wyjaśniła mu pokrótce całą historię ze śmiercią Ragnora Fella, pojawieniem się Magnusa w jego domu i z księgą zaklęć. Jace słuchał z uwagą dopóki nie skończyła mówić.

- Demony? Magnus powiedział ci, że Fell został zabity przez demony?

              Clary wróciła pamięcią do tamtej chwili.

- Nie... powiedział, że dom cuchnął czymś demonicznym. I że Fell został zamrodowany przez „sługi Valentine’a”.

- Niektóre zaklęcia pozostawiają niewidzialną aurę, która zalatuje demonami – wytłumaczył Jace. – Jeśli Magnus nie powiedział nic konkretnego to dlatego, że nie jest zadowolony z faktu że gdzieś w pobliżu kręci się jakiś czarownik, który praktykuje czarną magię i łamie przez to Prawo. Ale w końcu nie po raz pierwszy Valentine porwał jedno z Dzieci Lilith żeby wykonywało jego rozkazy. Pamiętasz tego młodego czarownika którego zabił w Nowym Jorku?

- Pamiętam, wykorzystał jego krew do Rytuału Konwersji – wzdrygnęła się na samo wspomnienie. – Jace, czy Valentine może chcieć tej księgi z tego samego powodu co ja? Żeby obudzić moją mamę?

- Możliwe. Albo, tak jak mówi Magnus, Valentine pożąda jej tylko ze względu na moc jaką by mu dała. Tak czy inaczej, lepiej żebyśmy znaleźli ją przed nim.

- Myślisz, że jest jakaś szansa na to że znajdziemy ją w rezydencji Waylandów?

- Wiem, że tam jest – powiedział ku jej zdumieniu. – Ta książka kucharska, „Przepisy dla gospodyńczy coś takiego, już ją kiedyś widziałem. W bibliotece. To była jedyna książka kucharska jaka tam stała.

              Clary poczuła jak kręci jej się w głowie. Ledwie mogła uwierzyć, że to wszystko działo się naprawdę.

- Jace... jeśli zabierzesz mnie do rezydencji i zdobędziemy księgę, to pojadę do domu z Simonem. Zrób to dla mnie a przysięgam, że już nigdy tu nie wrócę.

- Magnus się nie mylił – zaczął powoli Jace – rezydencję obłożono zwodniczym czarem. Zabiorę cię tam ale to dość daleko. Dojście na piechotę zajmie nam co najmniej pięć godzin.

              Clary sięgnęła do jego pasa i wyciągnęła z niego stelę. Połyskiwała tym samym słabym światłem co szklane wieże.

- Kto powiedział że pójdziemy tam na piechtę?

 

 

- Miewasz niezwykłych gości, Daylighterze – zauważył Samuel. – Najpierw Jonathan Morgenstern a teraz przywódca wampirów z Nowego Jorku. Jestem pod wrażeniem.

              Jonathan Morgenstern? Simon z opóźnieniem zdał sobie sprawę że chodziło o Jace’a. Siedział na podłodze w swojej celi i obracał w palcach pustą butelkę.

- Wygląda na to że jestem ważniejszy niż by się mogło wydawać.

- A Isabelle Lightwood przyniosła ci krew – dodał Samuel. – To się nazywa dostawa.

              Simon podniósł głowę.

- Skąd wiesz że przyniosła? Nie wspominałem o niej...

- Zobaczyłem ją w oknie. Wygląda zupełnie jak swoja matka – wyjaśnił Samuel. – Albo, no cóż, tak jak jej matka wiele lat temu.

              Nastąpiła chwila niezręcznej ciszy.

- Wiesz, że ta krew to tylko chwilowe rozwiązanie. Niedługo Inkwizytor zacznie się zastanawiać czy już wystarczająco długo cię tu głodzi. Gdy dowie się, że jesteś całkiem zdrowy, znajdzie inny sposób żeby cię zabić.

              Simon zapatrzył się w sufit. Wyrysowane w kamieniu runy falowały jak piasek na plaży.

- Czyli wygląda na to, że po prostu muszę zaufać Jace’owi że mnie stąd wyciągnie – stwierdził. Gdy Samuel nie odpowiedział, dodał: - Poproszę go żeby ciebie też uwolnił. Nie zostawię cię tutaj.

              Samuel wydał z siebie dźwięk, który niezupełnie przypominał śmiech.

- Nie sądzę, żeby Jace Morgenstern chciał uwolnic akurat mnie – powiedział. – Poza tym głód to w tej chwili najmniejszy z twoich problemów, Daylighterze. Niedługo Valentine zaatakuje miasto a wtedy wszyscy zginiemy.

              Simon zamrugał ze zdumienia.

- Skąd u ciebie taka pewność?

- Dobrze znałem Valentine’a od tej strony. Znałem jego plany. Jego cele. Zamierza zniszczyć straże Alicante i uderzyć w Clave od środka.

- Sądziłem, że żaden demon nie może się przedostać przez straże. Myślałem, że są dla nich niedostępne.

- To prawda. Żeby pokonać straże trzeba mieć w sobie krew demonów i moża to zrobić tylko wewnątrz Alicante. Ale ponieważ żaden demon nie może przez nie przeniknąć to wygląda to na zupełny paradoks, albo przynajmniej powinno tak wyglądać. Valentine twierdził, że znalazł sposób żeby to obejść, sposób na to żeby włamać się do środka. I ja mu wierzę. Znajdzie sposób żeby sforsować straże, wejdzie do miasta ze swoją armią demonów i zabije nas wszystkich.

              Pewność w jego głosie zmroziła Simona.

...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin