D256. Rainville Rita - Materiał na męża.pdf

(619 KB) Pobierz
Ranville Rita - Materiał na męża
RITA RAINVILLE
Materiał
na męża
Tytuł oryginału:
Husband Material
ROZDZIAŁ PIERWSZY
- Do diabła.
Matthew Flint spojrzał przez opuszczoną szybę na gotycką
budowlę zajmującą chyba pół ulicy. Ponure ciemnoszare gma-
szysko z basztami i wieżyczkami spoglądało przez ocienione
okna na inne duże, ale nie tak pretensjonalne domy w cichym
zaułku San Diego. Usadowione we wnękach stromego dachu
maszkarony robiły wrażenie równie przyjazne, jak para smu-
kłych, śmiertelnie groźnych dobermanów.
Do licha... Było gorzej, niż się spodziewał.
Dom był niezwykłym zjawiskiem i często ściągał reporte-
rów lokalnej prasy. Interesowali się zarówno właścicielem
- dziwakiem i wynalazcą -jak i samą budowlą.
Z punktu widzenia zabezpieczenia był to koszmar. Matt
wiedział o tym od roku, odkąd w miejscowej gazecie zoba-
czył zdjęcia. Wtedy jego reakcją była ulga, że w swojej pracy
przy zabezpieczeniach obiektów rzadko musi się zajmować
domami.
Ale to było wtedy. A teraz jest teraz.
Wydawało się naturalne, że ekscentryczny wynalazca mie-
szka w takim upiornym domu. Dziwni ludzie często żyją
w dziwnych miejscach, a według artykułów w gazetach, Eli
Trueblood był prawdziwym dziwakiem. I bardzo dobrze - dla
niego.
Całkiem inna sprawa, gdy w tym domu zamieszkała Libby
Cassidy. Drobna, kobieca Libby miała serce amazonki, ale ani
śladu instynktu samozachowawczego. Kiedy Matt ją zoba-
czył, od razu zrozumiał, że musi być jego. Pod każdym wzglę-
dem. I miał rację.
Libby... jego kochanka.
Była kochanka, pomyślał niechętnie, wysiadając z wozu.
Zatrzasnął drzwiczki i przeszedł przez ulicę. Była jego eks od
sześciu miesięcy i trzech dni - jeśli ktoś miał ochotę liczyć.
To znaczy, ktoś oprócz Matta Flinta.
Nie chciał sam siebie okłamywać: nikogo to nie obchodzi-
ło. Jedyną osobą, która się tym interesowała, była Libby, ale
pewnego dnia sam to zmienił kilkoma słowami, które rzucił,
gdy wróciła z pracy i z uśmiechem stanęła w progu.
„Było rhiło, skarbie. Naprawdę fajnie. Ale dostałem nową
pracę w innym stanie. A że nic mnie tu nie trzyma, więc
wyjeżdżam".
Przez ostatnie sześć miesięcy codziennie krzywił się z bó-
lu, wspominając wyraz cierpienia w jej zielonych oczach,
wstrzymany oddech i dumnie wzniesioną głowę. Miedziano-
rude włosy zafalowały, gdy odwróciła się na pięcie i wyszła
bez słowa.
Tak, zachował się jak drań. Świadomie.
Nie wierzył swojemu szczęściu, gdy zgodziła się z nim
zamieszkać. A raczej kiedy pozwoliła mu zamieszkać u sie-
bie, ponieważ to on wprowadził się do jej białego domku na
miłej, sennej ulicy. Było to spełnienie marzeń: poznał kobietę,
która uśmiechała się, gdy stawał w drzwiach, a kiedy niespo-
dziewanie chwytał jej spojrzenie, w nefrytowych oczach lśni-
ła miłość.
Od początku wiedział, że miała naturę domatorki. Uznał
więc, że ich wspólne życie jest w najlepszym raziexhwilowe.
Tak często mu powtarzano, że nie potrafi wytrwać w stałym
związku, aż w końcu sam w to uwierzył. Do diabła, wystar-
czyło spojrzeć na jego życie, by dostrzec prawdę tego stwier-
dzenia. Dlatego uznał, że gdy będzie gotowa się ustatkować,
poszuka innego mężczyzny. Takiego, który zapewni jej szczę-
ście na resztę życia. Obiecał sobie, że kiedy ten czas nadej-
dzie,
usunie się na bok, wdzięczny za to, co otrzymał; oszczędzając
jej wyrzutów sumienia z powodu tego, że go porzuciła.
Ich wspólne życie trwało dłużej, niż się spodziewał, ale nie
tak długo, jak pragnął. A kiedy przyszedł czas, by odejść, czuł
się tak, jakby wyrywano mu serce z piersi. Dotrzymał jednak
obietnicy. Gdy tylko dostrzegł przejawy zainteresowania in-
nym mężczyzną, zerwał z nią szybko i brutalnie: żeby nie
musiała się zastanawiać, jak mu powiedzieć, że wszystko
skończone. Wolał, żeby była wściekła, niż żeby cierpiała.
Tak, był czarujący.
I naprawdę sprytny. Świadomie pozbył się jedynej kobiety
na świecie, która potrafiła dać mu radość życia. Nie ma wąt-
pliwości, uznał, zerkając na ciężkie drzwi. Będzie zachwyco-
na, że wrócił.
Smukłe palce Libby Cassidy znieruchomiały na klawiatu-
rze komputera. Głęboki, ponury dźwięk odbił się echem po
całym domu. Dzwonek do drzwi, stwierdziła po chwili. Albo
zwiastun, sądu ostatecznego. Zadzwonił po raz pierwszy
w czasie dwudziestu czterech godzin jej pobytu w tym domu.
Dzwonek był równie niesamowity jak wszystko inne w tej
wielkiej posiadłości, pomyślała, odsuwając krzesło od biurka.
Wyszła ze swego tymczasowego gabinetu, a duży, dwuletni
pies myśliwski wybiegł zza rogu na jej spotkanie. Stukał
pazurami o parkiet i sapał przyjaźnie na powitanie.
- No, chodź, Sam - zachęciła go i drgnęła, gdy dźwięk
dzwonka odbił się echem w długim korytarzu. - Zobaczymy,
kto przyszedł.
Pies wesoło wyszczerzył zęby i pomaszerował z nią do
drzwi.
Pilnowanie domu nie powinno wymagać odwagi, myślała
Libby i drgnęła jeszcze raz, mijając zaśniedziałą zbroję. Do-
tknęła przyłbicy, aby pokazać, że się nie boi. Pilnowanie do-
mu powinno być przyjemną, spokojną pracą. Wiedziała o tym
i tak napisała w ulotce do wydziału zatrudnienia. A fakt, że
ona i Carla przyjęły już kilkadziesiąt emerytowanych par szu-
kających miłej pracy, dowodził prawdziwości tych słów.
Oczywiście kolejka oczekujących rozpłynęła się, gdy po-
tencjalni opiekunowie zerkali z przerażeniem na gotycką fa-
sadę domu Eli Trueblooda. Zaczynali kręcić głowami i mru-
czeć coś o innych obowiązkach. Niezależnie od wygłasza-
nych komentarzy, zgodna odpowiedź brzmiała „nie".
- Odpowiedziałabym to samo, gdybym nie była wspólni-
czką w tym interesie - zapewniła Sama, głaszcząc go po gło-
wie. A wspólnicy, zwłaszcza ci, którzy chcieli doprowadzić
firmę do rozkwitu, musieli robić wiele rzeczy, na które nie
mieli ochoty. Na przykład osobiście pilnować najbardziej nie-
samowitego domu w San Diego.
Dotarła do masywnych drzwi w chwili, gdy kolejny posę-
pny dźwięk przetoczył się po rozległych korytarzach.
- Oczywiście Eli nie ma nic tak prymitywnego jak wizjer
-mruknęła niechętnie, patrząc na solidne dębowe płyty. Po
spędzonej tu nocy nie zdziwiłaby się, gdyby za progiem cze-
kał wilkołak z kłami ociekającymi krwią.
Spojrzała na psa. Wyczekająco pochylił głowę i merdał
radośnie ogonem.
- Dobrze, otworzę - ostrzegła go Libby. - Ale jeśli zjawił
się ktoś o imieniu Igor, to jest twój.
Szarpnęła zasuwę i uchyliła ciężkie drzwi. Skrzywiła się,
gdy zawiasy zgrzytnęły przeraźliwie. Pomyślała, że trzeba je
naoliwić. Sam sapnął niecierpliwie, wsunął nos w szczelinę,
a potem wcisnął się w nią do połowy. Nie otworzyła do końca
drzwi, a już usłyszała zachwycone szczeknięcie.
- Sam, na miłość boską, poczekaj. Już otwieram...
Zgłoś jeśli naruszono regulamin