Eco Umberto - Diariusz najmniejszy.pdf
(
509 KB
)
Pobierz
4403331 UNPDF
ECO UMBERTO
DIARIUSZ NAJMNIEJSZY
PRZEŁOŻYŁ ADAM SZYMANOWSKI
UMBERTO ECO, DIARIO MINIMA, MILANO 1992
UMBERTO ECO, IL SECONDO DIARIO MINIMA, MILANO 1992
Music-hall, not poetry,
is a criticism of life.
James Joyce
Wszystkie oczy zwróciły się ku Frantiemu.
A ten niegodziwiec się uśmiechał.
Edmund de Amicis
NONITA
Niniejszy manuskrypt wręczył nam naczelnik więzienia w małej piemonckiej miejscowości.
Niepewne informacje, jakich udzielił nam co do osoby tajemniczego więźnia, mrok otaczający
losy autora, jakaś powszechna, niezrozumiała powściągliwość ludzi znających osobnika, który
zapisał te stroniczki, zmusza nas, byśmy zadowolili się tym, co wiemy, podobnie jak
zadowalamy się skrawkami manuskryptu - nadgryzionego zresztą przez myszy - mniemając,
iż czytelnik wyrobi sobie taki czy inny pogląd na zadziwiające przeżycia owego Umberta.
Umberto (może tajemniczym więźniem jest sam Vladimir Nabokov, paradoksalnie uciekający
przez Langhe, a manuskrypt - demonstracją drugiego oblicza bogatego w proteiny
demoralizatora?) i wyłuska skryty w nich naukę: lekcję wyższego rzędu moralności skrytą pod
szatami libertynizmu.]
Nonita. Kwiat mych zielonych lat, trwoga mych nocy. Już nigdy cię nie ujrzę. Nonita. Nonita.
Nonita. Trzy sylaby, pełna słodyczy negacja: No-ni-ta. Obyś pozostała w mej pamięci, póki
mrok nie okryje twego wizerunku, póki grób nie stanie się twym domem.
Nazywam się Umberto Umberto. Kiedy to wszystko się zdarzyło, bez trwogi poddawałem się
porywom zwycięskiej młodości. Osoby znające mnie niegdyś, nie zaś patrzące na mnie,
czytelniku, dzisiaj, wynędzniałego po pobycie w celi, z zapowiedzią profetycznej brody na
chropowatych policzkach, a więc osoby znające mnie niegdyś uważały, że jestem
utalentowanym efebem, okrytym cieniem melancholii zawdzięczanej, jak sądzę, południowym
chromosomom kalabryjskiego przodka. Dziewczęta płonęły do mnie żądzą swych
rozkwitających łon, przeżywając przeze mnie telluryczne lęki nocne. Niewiele zachowałem
wspomnień o dziewczątkach z tamtych lat, albowiem mym sercem targała inna namiętność i
moje spojrzenia ledwie muskały ich lica powleczone, gdy spoglądałem pod światło, złotem
jedwabistego i przezroczystego puszku.
Kochałem się, mój czytelniku i przyjacielu, kochałem się z całym szaleństwem mych
pracowitych młodych lat w tych, które ty przez roztargnienie i gnuśność nazwałbyś
„próchnem”. Każdym skurczem gołowąsych włókien swego ciała pragnąłem tych istot
1
napiętnowanych już nieubłaganym przemijaniem, pochylonych pod zgubnym ciężarem
osiemdziesięciu lat, noszących już w sobie przerażające widmo zgrzybiałości, która tak silnie
oddziałuje wszak na zmysły. Aby zdefiniować te niewiasty, nie znane większości mężczyzn,
skazane na obojętność owych usagers jędrnych dwudziestopięciolatek przybyłych z Friuli,
przyjmę - czując, jak gwałtownie podchodzą mi do gardła wymiociny wiedzy unicestwiającej
wszelki gest niewinności - określenie, które, mam nadzieję, okaże się ścisłe: Parkunie.
Cóż powiesz ty, który osądzasz mnie (toi, hypocrite lecteur, mon semblable, mon frere!), o tej
zwierzynie, która w bagnie naszego piwnicznego świata wystawia się na strzał łowcy,
rozpłomienionego miłośnika Parkuń? Ty, który popołudniami uganiasz się banalnie za ledwie
zarysowanymi krągłościami dojrzewających dziewcząt, cóż możesz wiedzieć o tych
bezszelestnych, nieśmiałych, rozbrzmiewających szyderczym chichotem polowaniach, jakie
wielbiciel Parkuń urządza sobie na ławeczkach starych ogrodów, w pachnących cieniach
bazylik, na żwirowych alejkach podmiejskich cmentarzy, za rogiem przytułku dla starców w
dzień świąteczny, pod bramą domu noclegowego, w zawodzącej procesji ku czci tego czy
innego świętego patrona, podczas loterii na cele dobroczynne - czyhając z sercem
przepełnionym nieubłaganie, niestety, cnotliwą miłością, wpatrując się zachłannie w te twarze
poryte wulkanicznymi bruzdami, w zamglone kataraktą oczodoły, w drżączkę wyschniętych
warg, zapadających się w powabną kotlinę bezzębnych ust, ozdobionych czasem lśniącym
strumyczkiem śliny, w te sękate dłonie, jakże nerwowo, z jakimż lubieżnym i prowokującym
drżeniem przebiegające paciorki długiego różańca!
Czy uda mi się, mój czytelniku i przyjacielu, podzielić się z tobą tą, odartą z nadziei na
spełnienie, zmysłowością ulotnych spojrzeń, spazmatycznym dreszczem subtelnego
głaśnięcia, szturchnięcia łokciem w tramwajowym tłoku („Przepraszam, może pani usiądzie?”
O, sataniczny przyjacielu, czyż ważyłbyś się spojrzeć w te wilgotne, przepełnione
wdzięcznością oczy, wsłuchać się w słowa: „Dziękuję, kawalerze!”, ty, który marzysz o
zainscenizowaniu bez zwłoki swojej bachicznej komedii miłosnego spełnienia), muśnięcia
czcigodnego kolana łydką przy przepychaniu się między rzędami foteli w popołudniowej
pustce dzielnicowego kina, ściskania z tłumioną tkliwością - jakże to jednak rzadka chwila
prawdziwego kontaktu! - kościstego ramienia staruszki, której pomagałem przejść przez ulicę,
robiąc przy tym skruszoną minę młodego badacza nieznanych lądów!
Koleje życia w latach szyderczych narzucały mi innego rodzaju znajomości. Jak już rzekłem,
byłem dosyć pociągający, miałem granatowe od zarostu policzki i delikatną twarz dziewczynki
gnębionej chorobliwym poczuciem męskości. Miłości cielęcych lat nie były mi obce, ale
stanowiły dla mnie coś w rodzaju daniny składanej pierwszej młodości. Pamiętam, że
pewnego majowego wieczoru tuż przed zmierzchem, gdy w ogrodzie pewnego szlacheckiego
dworku - było to nad wodą, przy purpurowym jeziorze zachodzącego słońca - spoczywałem w
cieniu krzewów z nieopierzoną, piegowatą siedemnastolatka, którą miotała doprawdy
kłopotliwa dla mnie burza zmysłów. I właśnie w tym momencie, kiedy z odrazą oddawałem jej
we władanie tak przez nią upragniony kaduceusz mej dojrzałej taumaturgii, ujrzałem, o
czytelniku, a raczej odgadłem w oknie na pierwszym piętrze zgiętą we dwoje sylwetkę
zgrzybiałej niani, która zsuwała ze zdeformowanej łydki czarną bawełnianą pończoszkę.
Porażający widok nabrzmiałej kończyny z rozdętymi żyłami, pieszczonej niezdarnym ruchem
starczych rąk zmagających się z oporną odzieżą, jawił mi się (o moje oczy pożądliwe!) jako
2
odrażający i zarazem godny pożądania symbol falliczny pieszczony dziewiczym gestem: i w
tym momencie, ogarnięty ekstazą, spotęgowaną jeszcze przez odległość, rozlałem rzężąc
świadectwo biologicznego przyzwolenia, co dziewczę (nierozważna żabciu, jakże cię
nienawidziłem!) przyjęło pośród jęków jako hołd złożony jej powabom, tak przecież dla mnie
cierpkim.
Czy zrozumiałaś więc, ty, bezmyślne narzędzie mojej przemieszczonej namiętności, że
spożywasz jadło nie ze swojego stołu, czy też tępa próżność niedojrzałego wieku kazała ci
widzieć we mnie ognistego, nie zapomnianego wspólnika w grzechu? Wyjechałaś parę dni
potem z całą rodziną i po tygodniu dostałem widokówkę z podpisem „twoja stara przyjaciółka”.
Przeczułaś prawdę i ujawniłaś mi swoją przenikliwość, używając w sposób jak najbardziej
odpowiedni tego przymiotnika, czy też chodziło o fanfaronadę i żargon licealistki wojującej z
filologią epistolarnych uprzejmości?
Ileż to razy od tamtego wieczoru wpatrywałem się z drżeniem w okna, mając nadzieję, że
ujrzę w którymś uginającą się pod ciężarem wieku silhouette osiemdziesięciolatki w kąpieli!
Ileż wieczorów, na pół ukryty za drzewem, oddawałem się w samotności rozpuście ze
spojrzeniem wbitym w rysujący się na zasłonie, pełen niewysłowionej słodyczy cień jakiejś
babuni zaprzątniętej przeżuwaniem posiłku! I to nagłe, piorunujące uczucie bolesnego zawodu
(tiens, donc, le salaud!), kiedy postać obnażała kłamstwo teatru chińskich cieni i stawała w
oknie w całej swej prawdzie nagiej tancerki o napęczniałych jak balony piersiach i
bursztynowym zadzie andaluzyjskiej klaczy!
Miesiącami i latami wyruszałem na polowanie, ścigając cudowną ułudę Parkunii, gnany
imperatywem przekazanym mi w momencie narodzin, kiedy bezzębna akuszerka - ojciec
bezowocnie starał się w nocnej godzinie znaleźć kogoś innego zamiast tej staruchy stojącej
jedną nogą w grobie! - dobyła mnie z kleistego więzienia w łonie matki i pokazała mi w świetle
życia nieśmiertelne oblicze jeune parque.
Nie szukam dla ciebie, który mnie czytasz, żadnych usprawiedliwień (a la guerre comme a la
guerre), lecz chcę przynajmniej wyjaśnić ci, jak nieunikniony był zbieg przypadków, który
doprowadził mnie do tego zwycięstwa.
Zaproszono mnie na jedno z tych nędznych petting party, jakie urządzają młode modelki i
nieopierzeni studenci. Gibka rozwiązłość tych nienasyconych dziewczyn, nonszalanckie
pokazywanie w trakcie tanecznych ewolucji piersi ledwie okrytych rozpiętą bluzką - budziły we
mnie wstręt. Już zamierzałem uciec biegiem z tego miejsca banalnego obcowania niewinnych
jeszcze podbrzuszy, kiedy jakiś ostry dźwięk, prawie zgrzyt (czyż zdołam oddać tę
oszałamiającą częstotliwość, to chrapliwe słabniecie zniszczonych strun głosowych, l’allure
supreme de te cri centenaire!), drżący lament zgrzybiałej kobiecości wdarł się w ciszę, jaka
ogarnęła zgromadzenie. I w obramowaniu drzwi ujrzałem ją, ujrzałem oblicze dawnej Parki,
którą miałem przed oczyma w momencie szoku porodowego, lubieżnie osuwający się ognisty
potok siwych kosmyków, skurczone ciało napinające spiczastymi wypukłościami tkaninę
czarnego gładkiego stroju, wątłe już nożyny uginające się nieuchronnie, kruchy łuk
bezbronnych kości udowych rysujący się ze starodawną wstydliwością pod czcigodną suknią.
Mdła dziewczyna, u której odbywało się przyjęcie, zdobyła się na wysiłek i okazała minimum
grzeczności. Wzniosła spojrzenie do nieba i powiedziała: „To moja babcia”...
[W tym miejscu kończy się nie naruszona część manuskryptu. Na ile da się wydedukować z
3
pojedynczych, możliwych do odczytania linijek, sprawy potoczyły się następująco: Umberto
Umberto porwał po kilku dniach babkę gospodyni i uwiózł na ramie roweru w stronę Piemontu.
Najpierw osadził niewiastę w przytułku dla ubogich starców, gdzie nocą wziął ją, dowiadując
się przy okazji, że dla staruszki nie jest to pierwsze tego rodzaju doświadczenie. Kiedy zbliżał
się świt i Umberto palił sobie papierosa w półmroku ogrodu, podszedł do niego jakiś
podejrzany młodzieniec i spytał ukradkiem, czy staruszka jest naprawdę jego babcią.
Zaniepokojony Umberto opuścił przytułek zabierając Nonitę i ruszył w szaleńczą wędrówkę po
drogach Piemontu. Był na targach winiarskich w Canelli, święcie trufli w Albie, wziął udział w
pochodzie z Gianduja do Caglianetto, w targu bydlęcym w Nizza Monferrato, w wyborach
najpiękniejszej młynarki w Ivrei, w biegu w workach podczas odpustu w Condove. Pod koniec
tej szaleńczej wyprawy przez ogromny kraj, który udzielił mu gościny, spostrzegł, że od
jakiegoś czasu za jego rowerem podąża ukradkiem, unikając wszelkich zasadzek, jakiś młody
wędrowiec na skuterze. Pewnego dnia, a działo się to w Incisa Scapaccino, zaprowadził
Nonitę do pedikiurzystki, a sam skoczył po papierosy. Po powrocie spostrzegł, że staruszka
porzuciła go, uciekła z porywaczem. Przez kilka miesięcy był pogrążony w głębokiej rozpaczy,
ale w końcu spotkał staruszkę wychodzącą z salonu piękności, gdzie zaprowadził ją
uwodziciel. Twarz bez jednej zmarszczki, włosy jasnokasztanowe, usta pełne. Umberto
Umberto poczuł otchłanną litość i zasmucił się na widok tego upadku. Bez słowa zakupił
dwururkę i ruszył na poszukiwanie nędznika. Odnalazł go na kempingu pocierającego dwa
kawałki drewna, żeby rozpalić ogień. Strzelił doń raz, drugi, trzeci, ciągle chybiając, aż
wreszcie przytrzymali go dwaj księża w czarnych beretach i skórzanych kurtkach. Natychmiast
został aresztowany i skazany na pół roku za nielegalne posiadanie broni i polowanie poza
sezonem.]
1959
FRAGMENTY
IV Międzygalaktyczny Kongres Badań Archeologicznych - Syriusz, czwarty okres 121 roku
matematycznego.
Sprawozdanie Sz. prof, Anouk Ooma z Uniwersyteckiego Centrum Archeologicznego Ziemi
Franciszka Józefa - Ziemia Arktyczna.
Szanowni koledzy,
jak wiecie, arktyczni uczeni od dawna prowadzą pasjonujące badania, mające doprowadzić;
do wydobycia na światło dnia pozostałości po tej starożytnej cywilizacji, która kwitła w strefach
o klimacie umiarkowanym i tropikalnym naszej planety, zanim katastrofa z tak zwanego roku
1980 ery starożytnej, a roku pierwszego po wybuchu, zmiotła wszelki ślad życia z tych
obszarów, pozostawiając po sobie na tysiąclecia tak ogromne skażenie radioaktywne, że
dopiero od kilku dziesięcioleci nasze wyprawy mogą, bez narażania się na zbytnie
niebezpieczeństwo, podjąć poszukiwania, by zademonstrować całej Galaktyce, jaki poziom
cywilizacji osiągnęli nasi przodkowie. Jest dla nas tajemnicą, jak istoty ludzkie mogły
zamieszkiwać regiony tak straszliwie upalne i jak dostosowywały się do obłędnego trybu życia
narzuconego przez błyskawicznie następujące po sobie krótkie okresy światła i mroku; nie
ulega jednak wątpliwości, że starożytni Ziemianie potrafili na tej oszałamiającej karuzeli
światła i cienia wypracować jakiś rytm życia i zbudować cywilizację bogatą i wyrazistą. Kiedy
mniej więcej 70 lat temu (w roku 1745 po wybuchu) z wysuniętej bazy w Reykjaviku -
4
legendarnym południowym przyczółku ziemskiej cywilizacji - ekspedycja prof. Amaa A. Kroaka
zapuściła się na równiny zwane francuskimi, nieodżałowanej pamięci wielki uczony ustalił
ponad wszelką wątpliwość, że działanie radioaktywności i czasu zniszczyło wszelkie
pozostałości kopalne. Straciliśmy już wszelką nadzieję na zdobycie jakichkolwiek informacji o
naszych dalekich przodkach, kiedy w roku 1710 po wybuchu wyprawa prof. Ulaka Amjacoa
dzięki znakomitemu wyposażeniu, jakie zapewniła Alpha Centauri Foundation, sondując
radioaktywne wody jeziora Lochness, znalazła to, co dzisiaj znane jest powszechnie pod
nazwą „kryptobiblioteki” starożytnych Ziemian. W ogromnym cementowym bloku tkwiła
cynkowa skrzynia z wyrytym napisem: „Bertrandus Russell submersit anno hominis MCMLI”.
Skrzynia, jak, koledzy, wiecie, zawierała woluminy Encyclopaedia Britannica, co umożliwiło
nam w końcu dotarcie do mnóstwa informacji o zaginionej kulturze, na których opieramy
dzisiaj znaczną część naszej wiedzy historycznej. Wkrótce w innych krajach odnaleziono
dalsze kryptobiblioteki (najsławniejsza z nich jest bodaj ta odnaleziona na Ziemi Deutschland
w zamurowanej skrzyni z napisem „Tenebra appropinguante”), tak że bardzo szybko zdaliśmy
sobie sprawę z tego, iż spośród starożytnych Ziemian jedynie ludzie wykształceni dostrzegali
zbliżanie się tragedii i jedynie oni podjęli dostępne im działania, ratując dla potomnych (a
jakimże aktem wiary musiało być przekonanie, że mimo wszystko będzie jakaś potomność)
skarby swojej kultury.
Dzięki tym księgom, które z takim wzruszeniem przeglądamy, możemy, moi znakomici
koledzy, dowiedzieć się, co tamten świat myślał, co robił, jak doszło do końcowego dramatu.
Wiem, wiem, słowem pisanym dana cywilizacja nigdy nie może wyrazić siebie w pełni, w
jakimże jednak bylibyśmy kłopocie, gdyby zabrakło także tej cennej pomocy! Typowy jest tu
„problem włoski”, zagadka, taką namiętność rozbudzająca wśród archeologów i historyków,
którzy nie potrafili przedtem odpowiedzieć na znane wszystkim pytanie: jak to się stało, że w
kraju o starej, jak wiemy, kulturze - poświadczały ją książki odnalezione na innych obszarach -
nie udało się odnaleźć ani jednej kryptobiblioteki? Wiecie, koledzy, że hipotezy na ten temat
są równie liczne, jak niezadowalające. Poniższe przypomnienie jest więc li tylko paralipsą.
1. Hipoteza Aakona-Sturga (tak dogłębnie wyłożona w pracy Wybuch w Basenie
Śródziemnomorskim, Baffing 1750 pw.). Szczególny układ zjawisk termonuklearnych sprawił,
że włoska kryptobiblioteka uległa zniszczeniu. Za tą hipotezą przemawiają mocne argumenty,
wiemy bowiem, że właśnie Półwysep Włoski najbardziej ucierpiał od eksplozji atomowych,
ponieważ z wybrzeży adriatyckich wystrzelono pierwsze rakiety z głowicami atomowymi, dając
początek powszechnemu konfliktowi.
2. Hipoteza Uguma-Noi Noa, przedstawiona w znanej rozprawie Czy istniała Italia?
(Barents City, 1712 pw.), w której na podstawie drobiazgowych studiów nad sprawozdaniami z
konferencji politycznych na najwyższym szczeblu dochodzi się do wniosku, że Italia nigdy nie
istniała. Ta hipoteza pozwala wyjaśnić problem kryptobiblioteki, ale pozostaje w sprzeczności
z całym szeregiem świadectw zawartych w angielsko- i niemieckojęzycznych dziełach
dotyczących kultury tego ludu (aczkolwiek nie odnotowujemy, jak wiadomo, tego rodzaju
pośrednich dowodów w języku francuskim, co wspiera częściowo hipotezę Uguma-Noi Noa).
3. Hipoteza prof. Ixptta Adonisa (por. Italia, Altair, 22 okres 120 roku matematycznego),
bez wątpienia najbardziej błyskotliwa, ale i najsłabiej uzasadniona. Zgodnie z tą hipotezą, w
momencie wybuchu Włoska Biblioteka Narodowa z nie wyjaśnionych powodów straszliwie
5
Plik z chomika:
Velevit
Inne pliki z tego folderu:
Eco Umberto - Baudolino.pdf
(4580 KB)
Eco Umberto - Diariusz najmniejszy.pdf
(509 KB)
Eco Umberto - Dzieło Otwarte.pdf
(890 KB)
Eco Umberto - Imię Róży.pdf
(1843 KB)
Eco Umberto - Konkursy na kierownika Katedry.pdf
(62 KB)
Inne foldery tego chomika:
(NIEPRZYPISANE)
Arthur Clarke, Gentry Lee, Stephen Baxter
George Orwell
Herbert George Wells
Isaac Asimov
Zgłoś jeśli
naruszono regulamin