George Herbert Wells
Tono–Bungay
Tytuł oryginału angielskiego Tono–BungayPrzełożył Bronisław Zieliński
Ogólna opinia czytającej publiczności światowej uważa George’a Herberta Wellsa (1866–1946) za pisarza Anglii wieku XX, który co do poczytności i sławy dorównuje Karolowi Dickensowi, najwybitniejszemu reprezentantowi literatury angielskiej wieku XIX. Podobne też były do pewnego stopnia dzieje ich życia i twórczości. Obydwaj wyszli ze środowiska mniej niż drobnomieszczańskiego, obydwaj urodzili się w tych samych, rolniczych i mało uprzemysłowionych hrabstwach południowo — wschodniej Anglii, obydwaj ulegli jednakowo sile przyciągania wielomilionowej metropolii, Londynu.
Tak jak pierwsze utwory młodego Dickensa, Szkice Boza i Klub Pickwicka, zdobyły mu olbrzymią popularność i zwróciły na niego już w roku 1837 uwagę rodaków, a nawet świata, tak i pierwsze sensacyjne opowieści naukowo — fantastyczne Wellsa już w roku 1895, kiedy autor ich liczył zaledwie 29 lat, zostały okrzyknięte jako dzieła w najwyższym stopniu oryginalne i nowatorskie, stawiając autora od razu w samym centrum zainteresowania i rozgłosu. Nim przetoczyły się ostatnie lata wieku XIX, Wells był już uznany, sławny, niezależny materialnie i zdolny wpływać potężnie na wyobraźnię czytelników.
W jaki sposób ten syn nędznego, tandetnego sklepikarza w Bromley, na przedmieściu Londynu, syn matki pełniącej po bankructwie męża obowiązki pokojówki w dworze wiejskim potrafił wysunąć się w krótkim czasie na czoło ludzi piszących i przemawiać do milionów czytelników, słuchających go z zachwytem? Rozwiązanie zagadki leży w chciwości wiedzy, w chłonności umysłu młodzieńca, rozglądającego się bystrymi oczami po świecie, w którym los kazał mu się urodzić. Nie dał się ujarzmić otoczeniu ani woli rodziców, którzy dla zarobku oddali go w trzynastym roku życia do sklepu aptekarza w Windsor, a gdy stamtąd uciekł, do magazynu bławatnego w South–ea. Młody George Herbert rzucił to zajęcie, które miało mu zapewnić chleb, przygotował się do egzaminów, wstąpił do szkoły średniej w Midhurst, w hrabstwie Surrey, płacąc za naukę pracą w charakterze wychowawcy. Uzyskawszy stypendium, wstąpił do jednego z zakładów przyrodniczych Uniwersytetu Londyńskiego w South Kensington, w Londynie, gdzie mdał szczęście studiować anatomię pod kierownictwem znakomitego biologa, prof. Thomasa Huxleya. Ukończywszy studia z odznaczeniem w roku 1888, został nauczycielem szkoły średniej w dzielnicy St. John’s Wood w Londynie. Skutkiem przepracowania i wypadku na boisku musiał przerwać tę pracę, by już nie powrócić do nauczania, lecz przerzucić się do pisarstwa, w którym przy pierwszych próbach przejawił się jego żywiołowy talent.
Odkrywszy swój talent, uzbroiwszy się uprzednio w laboratoriach w podstawową Wiedzę fizyko — matematyczną i technologiczną, rozpoczął Wells twórczość pisarską, która według jego własnego późniejszego określenia przechodziła przez trzy fazy: okres opowieści naukowo — fantastycznych, okres powieści w właściwym tego słowa znaczeniu i okres powieści stanowiących rodzaj traktatów społecznych.
W pierwszym okresie swej działalności, trwającym od 1895 do 1905, Wells przyznawał się do wpływu, jaki na niego wywarli H. L. Stevenson, E. A. Poe, John Ruskin, William Morris, Thomas Huxley, P. B. Shelley i ekonomista amerykański Henry George, lecz stanowczo zaprzeczał, jakoby naśladował Jules Verne’a. W istocie jednak i dziś trudno oprzeć się wrażeniu, że ten właśnie pisarz pobudził jego wyobraźnię.
Niezwykle bogata twórczość tego okresu, to jeden niekończący się fajerwerk fantastycznych pomysłów czerpanych z dziedziny wiedzy, lecz przetwarzanych tak, że blednie przy nich urojony, nierzeczywisty świat poetów romantyzmu. Poeci romantyczni ze wszystkimi swoimi pomysłami ballad, niesamowitych przygód i sytuacji, łatwo zostali pokonani przez Wel — lsa, który umiał wyczarować fakty i światy, o jakich dotąd nikt nie słyszał. W okresie tym powstały takie opowieści jak Wehikuł czasu (1895), Człowiek niewidzialny (1897), Wojna dwóch światów (1898) i Pierwsi ludzie na księżycu (1901).
Nie ulega wątpliwości, że cyrkowe żonglowanie Wellsa tematyką fantastyczną trwało, biorąc pod uwagę jego talent pisarski, nazbyt długo. W końcu pisarz postanowił zmienić kierunek. Ustaliwszy swoją sławę, zdobywszy pełna, niezależność finansową, osiadł na prowincji w pobliżu Dover. Tu w sąsiedztwie wspaniałych parków, należących do hrabiny Warwick, w czarującym cottage, willi wiejskiej pisarza, w okolicy słynnej z piękności falistego krajobrazu, powstały w latach 1905–1915 najpiękniejsze utwory Wellsa, powieści w stylu Dickensa, z bohaterami, branymi z otaczającego go świata prostych ludzi i z własnych przeżyć autora.
Silna skłonność do zużytkowywania wątków autobiograficznych, nagromadzone obserwacje — od biednej klitki sklepikarskiej w Bromley, poprzez prace subiekta, studia i pierwsze sukcesy aż do kariery pisarza — przejawiły się żywiołowo w opowiadaniach o tradycyjnym charakterze powieściowym.
Wyprzedziła ten rodzaj twórczości powieść Miłość i Mr Lewisham (1900), gdzie bohater, świetnie się zapowiadający osiemnastoletni naukowiec, zaprzepaszcza swoje szansę, żeniąc się za wcześnie i bez należytego wyboru. Teraz pisze Wells powieść za powieścią, a mianowicie Kippsa, czyli historię prostej duszy (1905), Tono–Bungay (1909), Historię pana Polly (1910), Nowego Machiavella (1910), Małżeństwo (1911), Namiętnych kochanków (1912), Żonę Sir Izaaka Harrnana (1914), Wspaniałe poszukiwanie (1915) i inne. Wszystkie, a zwłaszcza cztery pierwsze, należą do najudatniejszych artystycznie utworów Wellsa, wykazują doskonałą obserwację, dużo humoru, realistyczną ocenę sytuacji współczesnej, plastyczną, uderzającą trójwymiarowość, obracają się w kręgu osobistych doświadczeń autora.
Największym osiągnięciem w tej serii realistycznych powieści jest bezsprzecznie Tono–Bungay napisany w roku 1909. Tradycyjna miłość do krajobrazu i środowiska młodości, odzywająca się tak żywiołowo w dziełach wielkich Anglików, Szekspira czy też Dickensa, znalazła pełny wyraz również w powieści Wellsa Tono–Bungay, w której akcja dzieje się na początku w regionie kentyjskim, miejscu zamieszkania autora. W opis dworu w Bladesover włączył Wells cały krajobraz południowej Anglii, urok jej rezydencji dworskich, jej parków i wzgórz oraz ironicznie i krytycznie — satyrę na obumierający świat feudalny, zanikający pod koniec panowania królowej Wiktorii. Autor nie ma pobłażania dla dworu w Bladesover, dla tego „Opadłego Liścia”, bo tak by można przetłumaczyć nazwę Bladesover, dla tej zmurszałej hierarchii rodów szlacheckich, ich paraliżującego wpływu na otoczenie, ludność wiosek i małych miasteczek, żyjących bezdusznie w podziwie dla „przebrzmiałej” arystokracji, George Ponderevo, patrzący ze wzgardą na służalczość służby dworskiej, pośród której widzi własną matkę, wydziera się ze wstrętem z tego otoczenia, ażeby w Londynie, u stryja Edwarda, przeżyć drugie rozczarowanie, kiedy samozwańczy pseudowynalazca bezużytecznych medykamentów stwarza koncern fabrykujący je i sprzedający naiwnej klienteli. Daleko szukać równie zjadliwej satyry na business i oszukańcze machinacje burżuazyjnych awanturników, bogacących się kosztem łatwowiernych klientów. Tono–Bungay, to w wolnym przekładzie „Driakiew znachora”, lek rzekomo uśmierzający bóle, środek toniczny, wzmacniający działanie całego ustroju fizycznego lub jego narządów, nazwany Bungay od imienia mnicha–czarnoksiężnika z XIII wieku, znanego tradycji angielskiej z oszustw i złej sławy.
Doskonała, karykaturalna postać śmiałego pirata kapitalistycznego, żywa, urozmaicona akcja, krytyczne uwagi naukowca, sceptyka, młodego George’a Ponderevo, składają się na wspaniałą panoramę, w której jak w krzywym zwierciadle ukazane zostały poczynania wielkiego kapitału Anglii na przełomie wieku XIX i XX, z obrazem ruiny finansowej i śmierci żarłocznego rekina.
Dalsze utwory powieściowe tego okresu coraz częściej poruszają problem socjalizmu. Wells nie był nigdy socjalistą W rozumieniu marksistowskim. Nie w zjednoczeniu klasy robotniczej wszystkich krajów widział Wells przemianę społeczną świata, lecz raczej w upowszechnieniu dóbr cywilizacji w szerokich masach, którego to upowszechnienia dokonać muszą działacze, politycy, intelektualiści. Jak większość ówczesnych anglosaskich reformatorów społecznych, marksistowska dialektyka rozwoju społecznego była Wellsowi obca. Socjalizmu uczył się u prosperującej podówczas grupy fabiańskiej. Ale i u Fabianów nie popasał długo, związany z nimi jedynie w latach 1903–1806. Interesując się przemianami społecznymi, a jeszcze bardziej politycznymi, propagował Wells przez pewien czas, zwłaszcza do pierwszej wojny światowej, przebudowę ustrojów państwowych w zjednoczoną republikę światową, tzw. The World State Państwo świata). Myśl ta przewijała się szczególnie poprzez powieści Nowi przyjaciele (1913), Świat wyzwolony (1914) i Wspaniałe poszukiwanie (1915).
Trzeci okres twórczości Wellsa, lata 1915–1946, najdłuższy i najpłodniejszy, wypełnił się powieściami — traktatami społecznymi. Okres ten budzi najwięcej zastrzeżeń, gdyż Wells przy całym swoim talencie pisarskim i chęci przekształcenia społeczeństw nie zrozumiał nigdy praw rozwoju społecznego. Pisał dziesiątki książek przeciw instytucjom ustroju burżuazyjnego, specjalnie angielskiego, lecz wszystkie swoje reformy opierał na ewolucji, na rozpowszechnieniu oświaty i pionierskich, postępowych idei, krzewionych przez takich jak on intelektualistów, nigdy zaś nie uznawał walki klasowej, rewolucji i zwycięstwa proletariatu jako drogi przemian społecznych. Miał wysokie ambicje męża stanu. Dwukrotnie próbował dostać się do Izby Gmin. Gdy to się nie udało, postanowił inaczej wpływać na rozwój wypadków. Jeździł z odczytami do Sorbony, przemawiał o pacyfizmie w Reichstagu (1928). W roku 1920 odbył podróż do Związku Radzieckiego i w rozmowie z Leninem, przeprowadzonej na Kremlu, ujrzał w zapowiedzi wodza proletariatu, dotyczącej elektryfikacji i uprzemysłowienia nowej Rosji, jedynie utopię, nie dającą się zrealizować. Z przekonaniem tym nie rozstał się i po latach czternastu, kiedy w roku 1934, przybywszy powtórnie do Moskwy, w długiej konferencji ze Stalinem próbował go nakłonić do zaprzestania walki klas i radził realizować doskonałość ustroju burżuazyjnego, szczególnie amerykańskiego. Bernard Shaw i ludzie orientujący się w sytuacji politycznej mieli doskonałą sposobność pokpiwania z Wellsa po tej jego niefortunnej wyprawie na Kreml.
Wellsowi udawało się czasem na podstawie wykształcenia przyrodniczo–fizycznego przewidywać pewne wydarzenia, np. rozwój techniki wojennej. Już w roku 1903 w opowieści Żelazne potwory lądu opisał dwie armie walczące w okopach i rowach strzeleckich, póki sporu nie rozstrzygnęło użycie czołgów. W roku 1908 w powieści Wojna w powietrzu przedstawił przejmująco zniszczenie krajów przez flotę powietrzną, szczególnie niemiecką, co sprawdziło się podczas jednej i drugiej wojny światowej. Przewidywał również niszczącą działalność pocisków atomowych i możliwość podróży międzyplanetarnych.
Jednakże w dziedzinie przewidywań politycznych ponosił Wells raz po raz sromotną klęskę. Koncepcja powstania imperium światowego pod kierownictwem i zwierzchnością Anglii nie była niczym jak czystą mrzonką. Szereg książek, zbaczających w sferę spekulacji idealistycznej o wybraństwie dusz i ich kierowniczej roli w świecie, były wyraźnym bezdrożem. Sumarycznie stwierdzić należy, że wyobrażenie, jakie Wells miał o sobie jako historyku przeszłości, jako mężu stanu od zagadnień współczesnych i jako proroku wytyczającym drogi rozwojowe dla ludzkości, było bolesną samoułudą.
Jeżeli brać pod uwagę ciężar gatunkowy pojęć politycznych i społecznych Wellsa, zostało dostatecznie stwierdzone, że znajdowały się na poziomie wyobrażeń angielskiego socjalisty utopijnego z początku wieku XIX, Roberta Owena, — który na wszelkie bolączki społeczne propagował szerzenie oświaty wśród robotników i wzniecanie humanitarnych uczuć w sercach pracodawców. Podobnych iluzji pozbył się pod koniec życia prawie w zupełności Karol Dickens. Wells jednak nie umiał do końca życia przezwyciężyć swojego ideologicznego, o sto lat zapóźnionego stanowiska.
Na szczęście, w okresie trzecim wraca Wells niejednokrotnie do formy powieściowej, w której traktat społeczno–polityczny zostaje odsunięty na plan dalszy, a na pierwsze miejsce wybija się fabuła tycząca już to utopii, już to konkretnego zagadnienia czy wreszcie wydarzenia aktualnego.
Spośród tych powieści Wellsa, napisanych między rokiem 1920–1930, bodajże cztery należy zaliczyć do najlepszych: Ludzie jak bogowie (1923), Sen (1924), Ojciec Krystyny Alberty (1925) i Strajk (1926). Dwie pierwsze mają charakter utopijny. Nawiązując do Nowoczesnej utopii z roku 1905, pozwalają nam sobie wyobrazić świat takim, jakim chciałby go widzieć Wells. Trzecia jest krytyką angielskiego prawodawstwa w stosunku do ludzi psychicznie chorych. Czwarta to komentarz do strajku z roku 1926, który był próbą sił lewicowych w Anglii, podjętą przeciw reakcyjnej prawicy, będącej u steru w okresie 1919–1945. Bealby, Wyspa wariatów, Król, który był królem i inne z ostatnich jego powieści zwrócone są przeciwko rządom konserwatywnym tego okresu.
Książek ogłosił płodny pisarz grubo ponad setkę.
Kiedy w roku 1946, w wieku lat osiemdziesięciu, Wells zamknął oczy na wieki, jeden z młodych kolegów–pisarzy oświadczył nad jego grobem:
„Z lekkim sercem daruję Wellsowi jego obojętność wobec poezji i malarstwa i jego filisterskie pojmowanie życia. Wykazuje on wielką siłę umysłu i zdolność gromadzenia wielkiej ilości faktów i to w sposób pobudzający do myślenia. Kładzie nacisk na ważność wiedzy w epoce, kiedy pisarze wyraźnie jej nienawidzili. Jego odczucie ciągłości logicznego rozwoju dziejów ludzkości posiada niecodzienną wartość. Ono to pozwalało mu przewidzieć nieraz bardzo trafnie zdarzenia mające nastąpić w przyszłości, co wprawiało w podziw jemu współczesnych.”
Wells sam wyraził się o sobie w swej autobiografii z roku 1936, a więc na dziesięć lat przed śmiercią, jak następuje:
„Był to jeden z najpłodniejszych pracowników pióra swej epoki… Miał wyczucie tego, co się zbliża… Lubił być przyrównywany do Rogera Bacona… Był eseistą piszącym wiele na tematy publiczne i jeszcze płodniejszym producentem powieści… Należał do intelektualistów, którzy z zasady unikają rwących i emocjonalnych strumieni życia. Był typem raczej naukowca niż artysty, chociaż posługiwał się formami literackimi.”
Do sądów tych możemy dodać od siebie po latach dziesięciu, które mijają od zgonu pisarza, że o ile twórczość jego okresu trzeciego, poświęcona sprawom projektowanych przemian społecznych i politycznych, podzieliła los wszelkich tego typu utopii i mrzonek — tonąc w zapomnieniu, o tyle powieści fantastyczno–naukowe i powieści w stylu dickensowskim ostały się i ostaną na przyszłość w literaturze jako dzieła żywe i nowatorskie.
Należy do nich między innymi powieść Tono–Bungay uważana przez wielu krytyków za jedną z kluczowych pozycji w twórczości George’a Herberta Wellsa.
Stanisław Helsztyński
Życie większości ludzi na tym świecie posiada jakiś określony „charakter”; ich dzieje mają początek, środek i koniec, a te trzy stadia są wzajemnie zestrojone i zgodne z cechami danego typu. O takich osobnikach można powiedzieć, że należą do tego czy innego gatunku. Są po prostu — jak mówią ludzie teatru — „aktorami charakterystycznymi”. Mają swój poziom, swoje miejsce, wiedzą, co jest dla nich stosowne i co im się należy, a odpowiedni rozmiar nagrobka mówi w końcu o tym, czy należycie odegrali swoją rolę. Istnieje jednak także inna odmiana życia, będąca nie tyle bytowaniem, co kosztowaniem żywota na rozmaite sposoby. Człowieka uderza znienacka jakaś niepospolita siła, zostaje wyrzucony ze swojego łożyska i przez resztę czasu życie układa mu się na opak, stanowi niejako jedno pasmo doświadczeń. Taki właśnie był mój los i to mnie w końcu skłoniło do napisania czegoś w rodzaju powieści.
Zaznałem niezwykłej ilości wrażeń, o których koniecznie chcę opowiedzieć. Oglądałem życie w bardzo różnych płaszczyznach, a zawsze przypatrywałem mu się z bliska i z dobrą wiarą. Byłem obywatelem wielu krain socjalnych. Byłem niepożądanym gościem pracującego piekarza, mojego kuzyna, który potem umarł w lecznicy w Chatham; w pokojach służbowych zajadałem ukradkiem różne smakołyki podsuwane mi przez lokai; za mój brak elegancji darzyła mnie wzgardą córka urzędnika gazowni (z którą to córką następnie ożeniłem się i rozwiodłem), a także — aby przerzucić się do drugiego krańca, figurowałem niegdyś — o czasy błyskotliwe! — na przyjęciu wydanym przez hrabinę. Była to — przyznać muszę — hrabina typu finansowego, niemniej jednak hrabina. Oglądałem tych ludzi pod różnymi kątami widzenia. Do stołu zasiadałem nie tylko z utytułowanymi, ale i z wielkimi tego świata. Pewnego razu — jest to moim najświetniejszym wspomnieniem — w zapale wzajemnego zachwytu rozlałem szampana na spodnie największemu mężowi stanu w całym Imperium — Boże broń, bym miał być tak małoduszny, żeby wymienić jego nazwisko!
A raz (choć jest to rzecz najbardziej przypadkowa w moim życiu) zamordowałem człowieka…
Tak, widziałem bardzo ciekawe odmiany ludzi i stylu życia. Dziwni byli oni wszyscy — wielcy i mali — ogromnie do siebie podobni w gruncie rzeczy, a osobliwie różni na zewnątrz. Żałuję, że sięgnąwszy tak daleko, nie sięgnąłem jeszcze dalej, zarówno w górę jak w dół. Zapewne warto jest znać członków rodziny królewskiej i musi to być ogromnie przyjemne. Moje kontakty z książętami krwi ograniczały się jednak do terenu ściśle publicznego; natomiast jeśli idzie o drugi koniec skali społecznej, nie uzyskałem — nazwijmy to — wewnętrznej wiedzy o tej pośledniej, ale pociągającej grupie ludzi, którzy latem wędrują po gościńcach, podpici, lecz en familie (w ten sposób okupując tę drobną usterkę) z wózkiem, lawendą na sprzedaż, opalonymi dziećmi, swoistym zapachem i zagadkowymi tobołkami, budzącymi różne skojarzenia w wyobraźni. Robociarze, rolnicy, marynarze i palacze, wszyscy ci, co przesiadują po starych piwiarniach, pamiętających rok 1834, są mi również dalecy i pewnie pozostaną takimi na zawsze. Moje obcowanie z arystokracją było też dosyć nikłe; raz pojechałem na polowanie z pewnym księciem i w przypływie czegoś, co bez wątpienia było snobizmem, starałem się, jak mogłem, wygarnąć mu ze strzelby po nogach. To mi się wszakże nie udało.
A jednak żałuję, że nie poznałem ich wszystkich…
Zapytacie, dzięki jakim przymiotom uzyskałem tak niezwykły zasięg socjalny, tak szeroki przekrój społecznego organizmu brytyjskiego. Sprawił to Przypadek Urodzenia. Zawsze tak bywa w Anglii. Zaiste, jeśli wolno mi uczynić podobnie kosmiczną uwagę, wszystko zależy od niego. Ale to tylko tak, mimochodem.
Byłem bratankiem mojego stryja, czyli ni mniej ni więcej tylko słynnego Edwarda Ponderevo, którego kometowy przelot po finansowym niebie wydarzył się już całe dziesięć lat temu. Czy pamiętacie czasy Pondereva, ów okres jego świetności? Może mieliście swój drobny udział w którymś z jego przedsięwzięć, co wstrząsnęły światem? W takim razie znacie go aż nadto dobrze. Dosiadłszy Tono–Bungay śmignął przez puste niebiosa niby kometa — lub raczej olśniewająca raca — a osłupiali udziałowcy rozwodzili się nad jego gwiazdą. U zenitu rozprysnął się w mgławicę najświetniejszych zaszczytów. Cóż to były za czasy! Istny Napoleon artykułów gospodarstwa domowego!…
Byłem jego bratankiem, bratankiem ulubionym i zaufanym. Przez całą tę drogę wisiałem uczepiony u poły jego surduta. Zanim rozpoczął swoją karierę, sporządzałem wraz z nim pigułki w aptece w Wimblehurst. Byłem, można powiedzieć, trzpieniem jego rakiety, a po naszym wspaniałym wzlocie, gdy już poigrał milionami niby złocistym deszczem z niebios, ja, ujrzawszy z lotu ptaka współczesny świat, opadłem, może nieco pokaleczony i podrapany, ale bogaty w doświadczenie, starszy o lat dwadzieścia i dwa, pożegnawszy się już z młodością i dobrze napocząwszy wieku męskiego — na tę stocznię nad Tamizą, w biały żar i huk młotów, i znalazłszy się wpośród wspaniałych tworów ze stali mogłem spokojnie przemyśleć to wszystko, porobić notatki i dorywcze obserwacje, które składają się na niniejszą książkę. A trzeba wam wiedzieć, że było to coś więcej, niż szybowanie w przenośni. Zenitem naszej kariery był bowiem z całą pewnością przelot ponad Kanałem dokonany na Lordzie Robertsie b…
Ostrzegam was, że ta książka będzie w pewnym sensie konglomeratem. Pragnę nakreślić krzywą mojego (i mego stryja) społecznego wyniesienia jako główny wątek tej historii, ale ponieważ jest to moja pierwsza i prawie na pewno ostatnia książka, chcę w niej także zamieścić najróżniejsze rzeczy, które mnie uderzyły czy rozbawiły, oraz włażenia, jakich doznałem — nawet choćby nie wiązały się bezpośrednio z samą opowieścią. Pragnę również przedstawić tu zgodnie z rzeczywistością moje osobliwe przeżycia miłosne, albowiem niepokoiły mnie one, wprawiały w zgnębienie i wzburzały ogromnie, a po dziś dzień wydaje mi się, że mają w sobie najróżniejsze irracjonalne i wątpliwe elementy, które rozjaśnią mi się lepiej, gdy je przeleję na papier. Być może, wdam się także w opisy ludzi, których w gruncie rzeczy widziałem jedynie przelotnie — a uczynię to po prostu z tej racji, że bawi mnie wspominanie tego, co mówili i robili, szczególnie zaś ich postępowania podczas krótkiego, lecz wspaniałego rozbłysku Tono–Bungay i jego jeszcze błyskotliwszych skutków. Mogę was zapewnić, że błysk ów dobrze oświetlił niektórych z tych ludzi! Chcę więc zamieścić tu najprzeróżniejsze rzeczy. Moje pojęcia o powieści są bardziej wszechstronne niż surowe…
Tono–Bungay wciąż jeszcze figuruje na afiszach, stoi rzędami w magazynach wszystkich aptek, nadal uśmierza starczy kaszel, rozjaśnia starcze oczy i rozwiązuje starcze języki — ale jego chwała społeczna i finansowy blask rozwiały się raz na zawsze. Ja zaś, jedyny człowiek, który choć oparzony, uratował się z owej pożogi, siedzę tu i spisuję to wszystko w atmosferze bez przerwy rozbrzmiewającej jazgotem i hukiem maszyn — na stole zasłanym rysunkami roboczymi, pośród fragmentów modeli oraz notatek na temat szybkości, trajektorio w, ciśnienia powietrza i wody — rzeczy zgoła odmiennych od Tono–Bungay.
Piszę te słowa, przypatruję się im i zastanawiam, czy jednak są należytym sformułowaniem celu, do którego dążę w tej książce. Wydaje mi się, iż stworzyłem wrażenie, że chcę dać po prostu jakąś mieszaninę anegdot i przeżyć, ze stryjem pływającym pośrodku jako najtłustszy kąsek. Wyznam, że w tej chwili, puściwszy pióro w ruch, zdaję sobie sprawę, z jak olbrzymią, fermentującą masą rzeczy poznanych, wzruszeń przeżytych i teorii wytworzonych będę miał tu do czynienia, a także i z tego, jak w pewnym sensie beznadziejnym przedsięwzięciem musi być od początku ta książka. Sądzę, że tym, co naprawdę chcę tutaj odtworzyć, jest ni mniej ni więcej samo Życie, tak jak je poznał pojedynczy człowiek. Chcę opowiedzieć o sobie, o swoich ogólnych wrażeniach, o poglądach, jakie sobie wyrobiłem na całokształt praw, tradycji, obyczajów i przekonań, który zowiemy społeczeństwem, o tym wreszcie, jak my, biedne jednostki, bywamy gnani wichrem, wciągani i wyrzucani na brzeg wśród owej wikłaniny mielizn i przesmyków. Dotarłem, jak mniemam, do tego okresu życia, kiedy wszystkie sprawy zaczynają przybierać kształty mające posmak rzeczywistości i stają się już nie materiałem do marzeń, ale czymś interesującym samym w sobie. Osiągnąłem pełen krytycyzmu wiek pisania powieści, więc oto piszę swoją — swoją jedyną powieść — nie posiadając zgoła owej dyscypliny, polegającej na przemilczeniach i pominięciach, której zapewne nabywa z czasem prawdziwy powieściopisarz.
Przeczytałem przeciętną ilość książek, próbowałem już pióra przed niniejszym debiutem i stwierdziłem, że ograniczenia oraz reguły tej sztuki (tak jak je rozumiem) są dla mnie nie do przyjęcia. Lubię pisać, żywo interesuję się pisaniem, ale to nie mój zawód. Jestem inżynierem posiadającym kilka patentów i pewien zasób pomysłów; jeżeli mam w sobie coś z artysty, poświęciłem to w głównej mierze turbinom, budowie okrętów i zagadnieniu latania, toteż choćbym nie wiedzieć co robił, nie potrafię być niczym innym jak swobodnym, niezdyscyplinowanym gawędziarzem. Jeżeli mam dać wyraz temu, co mi wypełnia umysł, muszę być rozwlekły i zawiły, muszę komentować i teoretyzować. Boć przecież nie mam tu opowiedzieć zmyślonej historii, ale wymykające się spod kontroli, rzeczywiste fakty. Moje dzieje miłosne — a jeśli tylko zdołam zachować nadal tego samego, co teraz, ducha prawdomówności, to poznacie je całe — nie pokrywają się bynajmniej z jakimś zgrabnym planem opowieści. Dotyczą trzech kobiet, a wszystko to splata się z innymi sprawami.
Ale chyba już dosyć powiedziałem, ażeby usprawiedliwić metodę czy brak metody w tym, co nastąpi dalej, i myślę, że nie zwlekając dłużej winienem opowiedzieć o mym dzieciństwie i pierwszych wrażeniach, jakich zaznałem w cieniu zamku Bladesover.
Przyszła taka pora, kiedy zdałem sobie sprawę, że Bladesover nie jest tym, czym mi się wydawał, ale będąc małym chłopcem przyjmowałem go z najpełniejszą wiarą jako całkowity, autentyczny mikrokosmos. Uważałem, że ustrój Bladesoveru jest niejako małym modelem — i to nawet zgoła nie tak małym — całego świata. Pozwólcie, że popróbuję wam to wyjaśnić. Bładesover leży pośród rozłogów Kentu, o jakieś osiem mil od Ashborough; ze starego pawilonu — małej, drewnianej parodii Świątyni Westy w Tyburze — postawionego na szczycie pagórka za zamkiem rozciąga się — przynajmniej w teorii — widok na morze, Kanał w stronie południowej i Tamizę na północnym wschodzie. Park jest drugi co do wielkości w hrabstwie Kent, pięknie zadrzewiony dobrze rozmieszczonymi bukami, licznymi wiązami i kasztanami; obfituje w małe dolinki i parowy pełne paproci, jest w nim źródełko, strumyk, trzy ładne stawy i mnogość danieli. Zamek wybudowano w osiemnastym wieku z bladoczerwonej cegły, w stylu francuskiego château, i z wyjątkiem jednego wąwozu między wzgórzami, który otwiera się na błękitną dal, ukazując maleńkie, odległe domki wiejskie, otoczone suszarniami chmielu, oraz zagajniki i łany pszeniczne, wśród których tu i ówdzie pobłyskuje woda — z wyjątkiem więc tego wąwozu, sto siedemnaście okien zamku wychodzi wyłącznie na przynależne doń, rozległe i piękne grunty. Półkolisty parawan ogromnych buków przesłania kościół i wioskę, która przysiadła malowniczo wzdłuż gościńca biegnącego skrajem wielkiego parku. W stronie północnej, w najdalszym zakątku ogrodzonego terenu, znajduje się druga należąca do zamku wioska, Ropedean, mniej szczęśliwa z uwagi na większą odległość, a także i na obecność plebana. Ów sługa boży był wprawdzie bogaty, ale i zachłannie oszczędny ze względu na „kurczenie się” jego dziesięcin; ponieważ zaś używał słowa Eucharystia na określenie Wieczerzy Pańskiej, zraził wię...
Velevit