Dick Philip K - Cudowna bron.pdf

(801 KB) Pobierz
5804027 UNPDF
Philip K. Dick
Cudowna broń
Przekład: Małgorzata Fiałkowska, Cezary Frąc
System naprowadzania — system 207, składający się z sześciuset miniaturowych ele-
mentów elektronicznych, najwygodniej zbudować w formie lakierowanej ceramicznej
sowy. Nieoświeconym wydaje się ona jedynie ozdobą, jednak poinformowani wiedzą,
że po zdjęciu głowy ptaka odsłania się puste wnętrze, gdzie można przechowywać cy-
gara albo ołówki.
Oicjalny raport ONZ, Rada Bezpieczeństwa Bloku Zachodniego, 5 października
2003, Concomody A (prawdziwa tożsamość podlega utajnieniu ze względów bezpie-
czeństwa; patrz zarządzenie Rady XV 4 — 5 — 6 — 7 — 8).
1.
— Panie Lars.
— Obawiam się, że nie mam wiele czasu na rozmowę. Przykro mi.
Ruszył dalej, ale autonomiczny reporter telewizyjny z kamerą w dłoni zastąpił mu
drogę. Twarz istoty rozpromienił metaliczny, pewny siebie uśmiech.
— Zaczyna, pan wpadać w trans, sir? — spytał z nadzieją autonomiczny reporter,
jakby takie zjawisko mogło rzeczywiście zajść tuż przed jego kamerą z obiektywami
o zmiennej ogniskowej.
Lars Powderdry westchnął. Stał na bieżnicy dla pieszych, skąd było widoczne jego
nowojorskie biuro. Widoczne, lecz nieosiągalne. Zbyt wielu ludzi, zbyt wielu prosapów
interesowało się nim, a nie jego pracą. Tymczasem liczyła się jedynie praca.
— Chodzi o czas — rzekł znużonym głosem. — Nie rozumiesz? W świecie wzornic-
twa militarnego...
— Tak, dochodzą nas słuchy, że odbiera pan coś naprawdę imponującego — rozga-
dał się reporter, który podtrzymywał rozmowę nie zwracając najmniejszej uwagi na to,
co powiedział Lars. — Cztery transy w ciągu jednego tygodnia. To praktycznie na okrą-
gło! Czyż nie tak, sir?
Autonomiczny twór był idiotą. Lars cierpliwie próbował dać mu to do zrozumienia.
Nie obchodziło go, że zwraca się również do całych zastępów prosapów, głównie pań,
które oglądają poranny program „Pięć minut z Radosnym Włóczęgą”, czy jak go tam
zwą. Bóg świadkiem, że Lars nie wiedział. W jego rozkładzie dnia brakowało czasu na
tego rodzaju jałowe rozrywki.
— Posłuchaj — rzekł łagodnie, jakby autonomiczny reporter był żywą istotą, nie zaś
jedynie losowo wyposażonym w pewne cechy psychiki rozumnym wytworem pomy-
słowości technologii Zachbloku anno domini 2004.
Pomysłowość, przyszło mu na myśl, zmarnowana w taki sposób... chociaż, jak się do-
brze zastanowić, czyż jego własna działka nie jest równie odrażająca? To raczej nieprzy-
jemna releksja.
Wyparł ją z umysłu i powiedział:
3
— W świecie wzornictwa militarnego nowy projekt musi pojawić się w określonym
momencie. Jutro, za tydzień lub za miesiąc jest za późno.
— Proszę nam powiedzieć, co to takiego — rzekł reporter i z powściąganą zachłan-
nością czekał na odpowiedź.
Jakże ktokolwiek, nawet pan Lars z irmy w Nowym Yorku i Paryżu, mógłby rozcza-
rować miliony widzów w całym Zachbloku, w dziesiątkach państw? Sprawienie im za-
wodu równałoby się służeniu interesom Wschodniego Oka. W każdym razie to dawał
do zrozumienia autonomiczny reporter. Lecz usiłowania reportera spełzły na niczym.
— Szczerze mówiąc — odparł Lars — to nie twoja sprawa.
Wolnym krokiem minął grupkę pieszych gapiów i rezygnując z chwały związanej
z publicznymi wystąpieniami, podążył w stronę biura irmy Lars Incorporated, jedno-
piętrowego budynku, jakby umyślnie postawionego pośród wysokich biurowców, któ-
rych same już rozmiary świadczyły o tym, jak ważne spełniają funkcje.
Fizyczne rozmiary, pomyślał Lars, gdy dotarł do holu dla interesantów, nie są właści-
wym kryterium.
Nawet autonomiczny reporter nie dał się zmylić; chciał pokazać w telewizji właśnie
Larsa Powderdrya, nie zaś przemysłowców, których miał wokół siebie pod dostatkiem.
Chociaż przemysłowcy z miłą chęcią zatrudniliby ekspertów od reklamy i propagandy
do promocji własnych produktów.
Drzwi biura irmy Lars Incorporated zamknęły się. Nastawiono je na częstotliwość
fal mózgowych Powderdrya. Był bezpieczny, odizolowany od tłumu gapiów, których
ciekawość rozbudzili profesjonaliści. Prosapy zostawione samym sobie, miały do spra-
wy rozsądne podejście; były mianowicie obojętne.
— Panie Lars.
— Tak, panno Bedouin. — Zatrzymał się. — Wiem. Wydział do spraw szkiców twier-
dzi, że mój projekt numer 285 nie trzyma się kupy.
Nic na to nie mógł poradzić. Po piątkowym transie obejrzał projekt i na własne oczy
przekonał się, że to groch z kapustą.
— Powiedzieli... — zawiesiła z wahaniem głos.
Była młoda i drobna, nieprzystosowana, jeśli wziąć pod uwagę jej temperament, by
znosić przykrości ze strony ludzi, dla których pracowała jako rzecznik.
— Porozmawiam z nimi osobiście — powiedział Lars zdobywając się na współczu-
cie. — Szczerze mówiąc wygląda mi to na samoprogramującą się trzepaczkę do jajek
umieszczoną na trzech kółkach.
I co niby można tym zniszczyć? — zadał sobie pytanie.
— Och, oni chyba uznali to za wspaniałą broń — rzekła panna Bedouin, a jej natu-
ralne, powiększone hormonalnie piersi poruszyły się, co Lars natychmiast zauważył.
— Sądzę, że po prostu nie potraią określić, co jest źródłem zasilania. Wie pan, struktu-
4
ra zasilania. Zanim przejdzie pan do projektu 286...
— Chcą, żebym uważniej przyjrzał się projektowi 285 — powiedział.
— W porządku.
Nie przejmował się tą sprawą. Pogodny kwietniowy dzień przyjaźnie nastrajał go do
świata. Poza tym panna Bedouin (lub panna Bed, jeśli chciałoby się spojrzeć na to w ten
sposób, łóżko to w końcu dobra rzecz) wystarczająco ładna, by przywrócić witalność
każdemu mężczyźnie. Nawet projektantowi mody — projektantowi mody militarnej.
Nawet, pomyślał, najlepszemu i jedynemu projektantowi mody militarnej w całym
Zachodnim Bloku.
Aby znaleźć godnego go rywala, choć zdaniem Larsa istnienie kogoś takiego było
nader wątpliwe, należałoby przenieść się na d r u g ą p ó ł k u l ę do Wschodniego Oka.
Blok Sino — Sowiecki posiadał, zatrudniał lub w inny właściwy sobie sposób wykorzy-
stywał medium takie samo jakim był Lars.
Powderdry często o niej myślał. Nazywała się Topczew; tak poinformowała go agen-
tura prywatnej policji planetarnej, KACH. Lila Topczew. Urzędowała tylko w jednym
biurze i to nie w Nowej Moskwie, lecz w Bułganingradzie.
Odniósł wrażenie, że jest osamotniona, ale KACH nie wypowiadał się na temat su-
biektywnych własności osób, o których zbierał informacje.
Być może, zastanawiał się, panna Topczew robi swoje projekty broni na drutach...
albo układa je w transie z płytek ceramicznych o wesołych barwach. W każdym razie
ma to coś wspólnego ze sztuką. I nie obchodzi ją klient — albo raczej zleceniodawca,
jakim jest organ rządzący Wschodnim Okiem, mianowicie SeRKeb, ponura, bezbarw-
na i surowa holistyczna akademia kogów, przeciwko której jego półkula zawzięcie pra-
cuje od wielu dziesiątków lat.
Bo rzecz jasna należy dostosować się do zachcianek projektanta mody militarnej. Za
swojej kadencji Lars zdążył się o tym przekonać.
W końcu nie musiał czuć się w obowiązku wpadać co tydzień w trans każdego z pię-
ciu dni. Podobnie Ula Topczew.
Lars opuścił pannę Bedouin i wszedł do swego gabinetu zdejmując po drodze
wierzchnią odzież: pelerynę, czapkę i pantole. Wszystko schował do szafy.
Wkrótce wypatrzył Larsa opiekujący się nim zespół medyczny w osobach dok-
tora Todta i siostry Elwiry Funt. Podnieśli się z miejsc i pełni szacunku podeszli do
Powderdrya. Był z nimi obdarzony własnościami bardzo zbliżonymi do psionicznych
quasi — podwładny Larsa, Henry Morris.
Nigdy nie wiadomo, pomyślał Lars wnosząc z czujności swego personelu, kiedy na-
dejdzie trans.
Siostra Funt ciągnęła za sobą buczącą maszynerię do iniekcji żylnych, a doktor Todt,
najwyższej klasy produkt wysoko rozwiniętej zachodnioniemieckiej nauki medycznej,
5
Zgłoś jeśli naruszono regulamin