Obraz Boga i obraz siebie - uzdrowienie Krzysztof Wons SDS.docx

(27 KB) Pobierz

Krzysztof Wons SDS
Bóg, który żyje w mojej pamięci
W naszej pamięci "tętni" życie. Żyją w niej różne obrazy. Za nimi ukrywają się wydarzenia i doświadczenia z historii naszego życia. Nie są jedynie martwymi pamiątkami, które możemy oglądać według naszego upodobania. Uczestniczą nadal w naszym życiu i mogą mieć duży wpływ na naszą teraźniejszość. W naszej pamięci pod wpływem różnych doświadczeń, nie tylko religijnych, kształtuje się nieustannie osobisty obraz Boga. Nosimy Go w sobie. Nosimy na modlitwę, zanosimy Go innym, jesteśmy z nim w pracy, przy nauce. Jest z nami w naszej codzienności. Warto pytać siebie, czy jest to ten sam obraz Boga, o którym czytamy w Biblii, o którym opowiada Jezus w Ewangelii. Rozważanie, które proponuję jest zaproszeniem do refleksji nad obrazem Boga, który chowamy w naszej pamięci. Może on mieć decydujące znaczenie dla naszego życia psychicznego i duchowego.

Czy obraz Boga, jaki utrwala się w mojej pamięci jest prawdziwy? Czy nie kryje w sobie iluzji i zafałszowań, nie koniecznie świadomie spreparowanych? Pytanie jest bardzo ważne, ponieważ od zdrowej lub chorej pamięci zależy nasze zdrowe lub chore życie. Trafnie ujmuje problem A. GrĂźn: "Chory obraz Boga czyni także chorą ludzką duszę. Rezultatem wypaczonego obrazu Boga jest chęć niszczenia oraz skłonność do zamykania się w sobie i stawania się coraz bardziej nieczułym. Jeśli mam więc chory obraz Boga, na przykład Boga-Księgowego, Boga-Despoty, Boga-Wyczynowca, wówczas kształtuje to charakter mojej pobożności. Jestem wtedy przekonany, że muszę być coraz bardziej wydajny, muszę wypełniać wszystkie obowiązki, aby dobrze wypaść w Bożej buchalterii. Surowy obraz Boga prowadzi do surowej pobożności, której objawem jest obranie twardego kursu w stosunku do siebie. Wynika stąd konieczność ciągłego pytania, jaki obraz Boga wyciska piętno na moim zachowaniu" [1].

Pytanie o obraz Boga w naszej pamięci jest także pytaniem o obraz siebie samego. W pewnym sensie osobisty stosunek do siebie samego jest odbiciem naszego rzeczywistego obrazu Boga, który żyje w naszej pamięci. Im prawdziwszy będzie nasz obraz Boga tym zdrowsza będzie nasza postawa wobec siebie samych. I odwrotnie.

Poznawanie siebie w świetle Słowa Bożego

Bóg zostawił nam Biblię nie tylko po to, aby objawić siebie samego, ale także po to, aby objawić nam nasz własny obraz siebie samego. To prawda, że jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga i prawda ta dotyczy dosłownie każdego z nas. A to oznacza równocześnie, że każdy z nas w medytacji Słowa Bożego ż może odnaleźć drogę do poznania siebie, może odnaleźć prawdę o sobie samym, a w konsekwencji prawdziwe życie. Słowo Boże uczy nas patrzeć na siebie oczami Boga. Kiedy zaczynamy słuchać Jego słowa, czujemy jak powoli doświadczamy naszej rzeczywistej wartości: "Ponieważ drogi jesteś w moich oczach, nabrałeś wartości i ja cię miłuję" (Iz 43, 4). Kiedy na modlitwie Słowem Bożym wpatrujemy się w Boga, wracamy do źródeł swojego rzeczywistego piękna, do najczystszego obrazu swojego "ja". Odkrywamy naszą twarz w "twarzy" Boga.

Będziemy więc zmierzali w tym rozważaniu do poznania siebie i naszej pamięci w świetle Słowa Bożego. Pomoże nam w tym przypowieść Jezusa o synu marnotrawnym. Pierwszym jednak etapem naszej drogi, którego nie można pominąć, jest przyjęcie siebie w obecnym stanie własnego życia. Powinniśmy najpierw dążyć do zaakceptowania własnej osoby z naszą teraźniejszością, także z jej małością i grzesznością. Jak nauczyć się takiej postawy? Przypatrzmy się powracającemu synowi z przypowieści Jezusa. Dopóki żył "po za ojcem" nie potrafił zobaczyć siebie w prawdzie. W konsekwencji nie potrafił także przyjąć siebie takim jakim jest i dostrzec godności, której w oczach ojca nigdy nie utracił. Jego spojrzenie na siebie zmienia się diametralnie w momencie, kiedy znajduje się w jego objęciach. Obraz zagubionego dziecka w ramionach ojca mówi nam wyraźnie, że jesteśmy zdolni przyjąć siebie dopiero wtedy, gdy poczujemy się przyjęci przez Boga, gdy poczujemy się dziećmi w Jego ramionach, którymi obejmuje nas zawsze z tą samą miłością. Można powiedzieć, że w ramionach Boga Ojca stajemy się dziećmi wolnymi. Kiedy czujemy się przyjęci przez Boga takimi jakimi jesteśmy, wówczas wolni stajemy się od tego co nas do tej pory paraliżowało - wolni od obsesji bycia wielkim we własnych i innych oczach.

Gdy człowiek doświadczy dogłębnie, że ma wartość w oczach Boga, staje się wówczas wolny od przymusu "zarabiania" na swoją wielkość. Można powiedzieć, że Bóg czyni nas zdolnymi do przyjęcia siebie takimi, jakimi jesteśmy i w ten sposób uzdrawia nas wewnętrznie. Przestajemy polegać na sobie, na pozorach, a zaczynamy polegać na samym Bogu. Jest to moment przełomowy na drodze dalszego poznawania siebie. Pokazuje nam, że nasze dotychczasowe wyobrażenie o Bogu i o sobie było chore i jako takie trwało mocno zakorzenione w naszej pamięci. Nasza pamięć potrzebuje uzdrowienia, ponieważ chora pamięć sprawia, że choruje cały człowiek.
 

Znaczenie i siła pamięci w życiu duchowym

Musimy wejść na drogę uzdrowienia naszego zafałszowanego obrazu siebie, który tkwi w naszej pamięci. Pamięć jest niezwykłą siłą w naszym życiu. Żyje w niej cała nasza przeszłość i wpływa na naszą teraźniejszość pozytywnie lub negatywnie. Może zamazać w nas obraz dziecka. Szczególnie silne oddziaływanie na nas i nasz obraz siebie ma pamięć afektywna. Potwierdzają to również badania psychologiczne. Pamięć afektywna sprawia, że znaczące przeżycia lub wydarzenia z naszego życia, zwłaszcza z okresu dzieciństwa, pozostawiają w naszej psychice ślad emocjonalny. Ślad ten wzbudza w nas reakcje uczuciowe w sytuacji, w której przeżywamy doświadczenia podobne do przeżyć przeszłości.

Doskonale ukazuje to zachowanie marnotrawnego syna. Wracając do ojca nie może uwolnić się od swojej przeszłości, od swojego starego sposobu patrzenia na ojca. To, co pamięta, każe mu wciąż powtarzać w drodze do ojca: "Nie jestem godny nazywać się twoim dzieckiem". Nawet gdy już znajduje się w ramionach ojca, nadal wspomina przeszłość, która mu ciąży i każe powtarzać to samo: "Nie jestem godny nazywać się twoim dzieckiem". To zachowanie syna pokazuje nam, jak wielką moc ma w nas pamięć. Także postawa starszego syna wskazuje, jak silny wpływ na życie może mieć pamięć. Ciągle pamięta, co zrobił brat młodszy. Nie pozwala mu to zaakceptować powrotu młodszego brata, nie pozwala mu dostrzec i zrozumieć dobroci ojca. Zła pamięć ropieje w nim jak rana i wywołuje ból.

Czy nasza przeszłość nie przeszkadza nam żyć podobnie jak synom z przypowieści? Czy w naszej przeszłości nie ma spraw, wydarzeń, z którymi do tej pory nie potrafimy się pogodzić? Czy nie ma w nas smutku młodszego syna, który nie pozwala nam przeczuwać miłości Boga i zabija w nas poczucie godności? Czy nie żyje w nas pielęgnowany ból starszego syna, z którego nie potrafimy lub nie chcemy zrezygnować? Innymi słowy, czy nie ma jakichś ran lub urazów w naszej pamięci, które nie pozwalają nam patrzeć na Boga, na siebie lub na innych w sposób wolny i prosty? Zatem powinniśmy docenić rolę i siłę naszej pamięci. Całe nasze życie - dzień po dniu - magazynujemy w naszej pamięci. Św. Jan od Krzyża twierdzi wręcz, że "większość zła, jakie szatan sprowadza na duszę ma swoje źródło w wiedzy i wyobrażeniach naszej pamięci". Jeśli nasza pamięć jest obarczona nieuzdrowionymi wspomnieniami i przeżyciami, nasz obraz Boga, siebie i innych nie będzie czytelny, nasze poznawanie będzie zafałszowane. Nasza pamięć potrzebuje więc uzdrowienia. Chodzi tutaj o podwójne uzdrowienie pamięci. Co to znaczy? Zrozumiemy to lepiej przyglądając się historii dwóch synów.

Uzdrowienie z "niepamięci"

Popatrzmy najpierw na starszego syna. Popatrzmy jak chora pamięć nie pozwala mu normalnie funkcjonować, nie pozwala nawiązywać właściwych relacji z ojcem i bratem. Otóż starszy syn jest w pewnym sensie typem intelektualisty (niekoniecznie "intelektualistą" jest ten, kto posiada wysoki współczynnik inteligencji. Intelektualizacja życia może stać się jednym ze sposobów na utrzymanie zimnych relacji ze sobą, z Bogiem i z innymi. Postawa starszego syna jest przypomnieniem postawy człowieka, który boi się bliższych więzi. Nie rozwinął w sobie dostatecznie zdolności kochania. Woli pozostać racjonalistą. Jego oparciem jest prawo, które należy zachowywać. Na tak pojętej poprawności buduje swoje relacje z najbliższymi. Redukuje wszystko do własnych pojęć i do ustalonej z góry logiki życia. Dla niego wszystko jest jasne. Tak ustalił. M. in. dlatego nie potrafi przyjąć młodszego brata, który łamie ramy życia domowego, który zaczyna chodzić swoimi drogami, zaczyna błądzić, ma wątpliwości, gubi się. Życie starszego syna ma ustaloną z góry formułę. Ściska je mocno w swoich dłoniach, zabezpiecza się przed niespodziankami trzymając wszystko pod swoją kontrolą. Bóg, którego personifikuje ojciec z przypowieści, jest jednym z jego zabezpieczeń. Wszystko bierze "na rozum". Serce ma zimne, chociaż dużo pracuje dla domu. Ojciec budzi go z tej intelektualnej iluzji. Mówi do niego: "Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy". Chce zrzucić łuski z jego oczu, aby spojrzał na swoje życie głębiej.

Zauważmy, że ojciec odwołuje się do doświadczeń przeszłości, do wspomnień syna. Uczy go na nowo pamiętać przeszłość, aby potrafił odwołać się do swoich wspomnień, do spotkań z ojcem, do tych chwil, w których doświadczał jego czułości i opieki. Do tej pory bowiem jego zablokowana i "zakodowana" pamięć postrzegała życie w fałszywym wymiarze. Wydawało mu się, że to on był panem swego życia. Teraz słyszy, że jego życie było zawsze w rękach ojca. Jest więc kimś więcej niż tylko poprawnym najemnikiem zarabiającym na swoje utrzymanie i uznanie. Ojciec dał mu życie i codziennie mu je daje z troską i miłością. Prosi go, aby wszedł do domu, aby zobaczył, że żyje w domu ojca, w którym wszystko, co jest ojca, należy także do niego.

Jakie światło rzuca na nasze życie opowiadanie o starszym synu? Zwraca nam uwagę na potrzebę uzdrowienia naszej przeintelektualizowanej pamięci, która nie pozwala nam zauważać i adorować Boga w szarej codzienności. Jesteśmy zbyt zajęci sobą, przepracowani i nie dostrzegamy, a przynajmniej nie potrafimy ucieszyć się tym, że wszystko co należy do Boga należy i do nas. Może nawet w to nie wierzymy.
Jednym z symptomów chorej pamięci jest brak wdzięczności. Żyjemy tak, jakby Bóg nam codziennie nie błogosławił! Zapadamy na duchową sklerozę. Zapominany, że wszystko ostatecznie jest w rękach Boga, że nic w życiu nie dzieje się bez Jego zezwolenia, że wszystkie włosy na naszej głowie są przez niego policzone. Jaki to ma związek z naszym obrazem siebie? Otóż taki, że nie potrafimy zobaczyć w sobie człowieka, o którego Bóg codziennie się troszczy i nigdy o nim nie zapomina. Nie zauważamy czułej bliskości Boga Ojca. Czujemy się samotni, gdyż sami skazujemy się na poczucie samotności. Pracujemy bardzo dużo, wiele dokonujemy i nie ma w nas radości. Co więcej czujemy się opuszczeni i rośnie w nas pretensja, jak u starszego syna.

Bóg codziennie rano, gdy wstajemy, gdy rozpoczynamy nowy dzień, mówi do nas jak do starszego syna: : "Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy". Tym słowem, jeśli będziemy do niego wracali każdego dnia rano, będzie mógł leczyć naszą pamięć z duchowej sklerozy, będzie ją zmieniał tak, żebyśmy zaczęli widzieć naszą codzienność w głębszym wymiarze, żebyśmy mogli poznać i doświadczyć, że nasze życie jest dosłownie w Jego rękach. Kiedy będzie pojawiała się w nas wdzięczność i radość z Jego obecności, kiedy zaczniemy dostrzegać Jego Opatrzność w zwykłych szczegółach dnia, to będzie znak, że nasza pamięć doznaje uzdrowienia, że zdrowym staje się nasze patrzenie na życie. I taki będzie też obraz własnego "ja". Nauczymy się dostrzegać Boga w zmiennych losach wydarzeń. Będziemy dostrzegali, że On kieruje wszystkim w naszym życiu. Dostrzeżemy to nawet wtedy, gdy nam się będzie wydawało, że Bóg gdzieś "zgubił" plany naszego życia. Potrafimy patrzeć na nasze życie i na nas samych jak na historię świętą, w której Bóg nie przestaje działać. Będziemy się stawać ludźmi duchowymi.

Uzdrowienie z urazów pamięci

Jest jeszcze drugi poziom zdrowienia, którego potrzebuje nasza pamięć. Zrozumiemy to lepiej patrząc na historię młodszego syna. W ramionach ojca doświadcza uzdrowienia swojej pamięci ze zranień przeszłości. Ojciec pomaga mu przyjąć siebie razem ze swoją słabością ale także z całą swoją przeszłością. Do tej pory czuł się bowiem zniewolony wspomnieniami, które swym smutkiem zamykały mu oczy na życie. W historii młodszego syna dotykamy bardzo ważnej kwestii uzdrowienia pamięci z doznanych zranień.

Często nasz obraz siebie jest nieprawdziwy, chory i zafałszowany, ponieważ chora i zafałszowana jest pamięć o całej naszej przeszłości. Chodzimy niepogodzeni z naszą historią życia. Smutne i pełne goryczy wspomnienia przeszkadzają nam w doświadczeniu życia w obfitości. Nasza pamięć staje się nierzadko magazynem urazów i bolesnych wspomnień. Często zachowujemy się w takiej sytuacji jak młodszy syn, który choć postanowił wrócić do ojca, zmienić swoje życie, spojrzeć na nie z nowej perspektywy, to jednak czuł się wewnętrznie obciążony i poniżony przez to, co się stało.

Nierzadko próbujemy odzyskać zdrową relację z Bogiem i z sobą samym trwając jednocześnie w bolesnych wspomnieniach. Nie potrafimy się od nich uwolnić. Sami przed sobą chcemy rozliczyć się ze swoją przeszłością. I tak ilekroć próbujemy odzyskać nową świadomość siebie i Boga, odrzuca nas nasze wnętrze, odrzuca nas nieusprawiedliwiony obraz własnego "ja". Czasem tłumimy w sobie wiele bolesnych przeżyć i spychamy je do piwnic naszej podświadomości. Innym razem chcemy uwolnić się od przeszłości starając się zapomnieć o tym, co się wydarzyło. Tymczasem przeszłość pozostanie rzeczywistością integralnie związaną z naszym życiem. Doświadczmy tego bardzo wyraźnie. Im bardziej usiłujemy stłumić jakieś bolesne wydarzenie albo o nim zapomnieć, tym bardziej się ono potęguje i przybiera na mocy. Można powiedzieć, używając obrazu z przypowieści Jezusa, że razem z nami mieszka w naszym wnętrzu starszy brat, który przypomina nam nasze bolesne sprawy i oskarża. Mówi nam: "Ty już taki będziesz, ty się już nie zmienisz; jak ty możesz jeszcze i patrzeć Bogu prosto w oczy..."

Mamy dwa wyjścia: albo będziemy się "bić" z naszą trudną przeszłością, albo ją przyjmiemy jako integralną część naszego życia. Pierwsze rozwiązanie sprawi, że będziemy do niej podchodzili urazowo, będziemy tracili energię i radość życia, próbując wyeliminować z naszej pamięci coś, czego wyeliminować nie można. Drugie rozwiązanie sprawi, że przyjmując naszą przeszłość zaczniemy odczuwać wewnętrzną wolność, ale nauczymy się także dziękować za nią.
Jednakże historia młodszego syna uczy nas, że sami nie uzdrowimy naszej pamięci. Musimy wtulić naszą głowę - jak syn - w "łono" Ojca, w łono Jego miłości i miłosierdzia. Musimy niejako powrócić do łona Ojca Stwórcy, z którego wyszliśmy nieskazitelni. Musimy przypomnieć sobie nasz obraz i podobieństwo, który żyje w pamięci naszego Ojca. Aby tak się stało, nasza zraniona pamięć potrzebuje łaski uzdrowienia. Musimy o nią prosić. Modlitwa o uzdrowienie naszej pamięci jest kolejnym krokiem na drodze uzdrowienia obrazu samego siebie (J. McManus). Może nam w tym pomóc zwłaszcza modlitwa Słowem Bożym. Będzie nam pomagała patrzeć na naszą przeszłość oczami Boga. Powoli uwolnimy się od naszego sposobu patrzenia i zaczniemy patrzeć na swoją historię życia z perspektywy Boga. Tym właśnie jest zdrowa pamięć. Uzdrowienie pamięci nie polega bowiem na tym, że wymazane zostanie z niej to, co w naszej historii było trudne, a pozostaną tylko miłe zdarzenia i doświadczenia. Nie. Nasza pamięć będzie zdrowa o tyle, o ile będzie się "zbiegała" z pamięcią o Bogu. Zaczniemy wtedy patrzeć Jego oczyma. Przypomnimy sobie Jego działanie. Spostrzeżemy to, że jesteśmy "dziełem Jego rąk", że jest to przeszłość bardziej Boga niż nasza (W. Stinissen).

Oczywiście, proces uzdrawiania naszej pamięci może być nieraz długi. Będzie dokonywał się powoli, przez cierpliwe i hojne trwanie na modlitwie Słowem Bożym przy boku kierownika duchowego. Nieraz jak starzec Symeon, do końca naszych dni wyczekiwać będziemy obietnicy Zbawiciela. Stąd należy strzec się pokusy zniechęcenia. Często w naszym życiu duchowym popełniamy błąd zniecierpliwienia. Chcielibyśmy, żeby uzdrowienie dokonało się w jednej chwili. Nieopatrznie chcemy wymusić u siebie uczucia wewnętrznego pokoju i radości, zwłaszcza wtedy, gdy cierpienie jest bardzo bolesne, gdy czujemy się jak marnotrawny syn. Nie wolno przyśpieszać tego procesu. Bóg zawsze zdąży ze swoją łaską. Do nas należy decyzja o powrocie. Ważne jest to, żebyśmy zdecydowali się wrócić do naszej przeszłości, nie uciekać od niej, nie zapominać o niej, nie tłumić jej w sobie.

Bezpieczne i uzdrawiające wracanie do przeszłości dokonuje się "w ramionach Ojca". Znamienne jest zachowanie ojca wobec wracającego syna . Najpierw ojciec rzuca mu się na szyję, obejmuje go, a następnie pozwala synowi mówić: wypowiedzieć to, co nosi w sobie, od czego sam nie może się uwolnić. Do nas należy pierwsza decyzja: zaprosić Boga do naszej przeszłości, do tych wszystkich miejsc, które nie pozwalają nam dzisiaj patrzeć na siebie i Boga z pełna wolnością. Chodzi o to, żeby nasze urazy i zranienia przestały być miejscem cierpienia, a stały się miejscem spotkania z Bogiem, który leczy. Bóg - jedynie On - jest najlepszym "diagnostykiem" i lekarzem. Wie kiedy i jak odkryć przed nami rany przeszłości i jedynie On może je uleczyć. Pięknie opisuje ten delikatny moment D. Ange w swojej książeczce "Zraniony Pasterz". Jest to szczególny moment spotkania chłopca o "chorej pamięci", Emanuela, z Pasterzem, poetycką personifikacją Jezusa.
 
[Pasterz] powiedział tonem poważnym, niemal zatroskanym:
- Jesteś bardziej chory niż myślisz. Zobaczyłem to już wczoraj wieczorem w twoich oczach.
Nie mogłem ci tego jednak powiedzieć, bo wpadłbyś w panikę. Teraz nie chcę niczego przed tobą ukrywać. To, co ci dolega, jest poważne. Wiesz, dusza też choruje na raka. Nie zdajesz sobie z niczego sprawy, aż nagle choroba wybucha i toczy do końca. (...)
- Chciałbym cię o coś prosić: przejdźmy razem ponownie drogę twego życia...
- Ależ... co masz na myśli?
- Pójdź ze mną jeszcze raz wszędzie tam, gdzie żyłeś, gdzie cierpiałeś, gdzie cię skrzywdzono.
- Zwariowałeś? To wszystko jest już skończone! Po co babrać się w błocie?
- Emanuelu, wiesz dobrze, że jest wiele miejsc, których tak naprawdę nie pozostawiłeś za sobą. Wiążą cię z nimi łańcuchy ze stali. Nie pozwalają ci one iść dalej twoją drogą z sercem czystym i wolnym. Zagradzają ci przyszłość.
- Boję się. Otworzysz rany, przywołasz leki...
- Znam te drogi lepiej od ciebie. Nie byłeś jeszcze wtedy ze mną, ale ja już byłem z tobą. Zaufaj, teraz będzie zupełnie inaczej.
- Ale dlaczego nie przekreślić przeszłości tutaj, teraz, jednym ruchem ręki?
- Muszę uzdrowić każdą ranę, tam gdzie ją zadano. Zejść do korzeni, aby uleczyć ból, zaradzić złu. Mam swój szczególny sposób uzdrawiania, znam się na tym. Pozwól mi to zrobić.
- Czuj się jak u siebie!
- To ja zapraszam cię do ciebie [2]!
 
Droga do uzdrowienia obrazu siebie samego wiedzie w sposób konieczny przez uzdrowienie naszej pamięci. To chora pamięć sprawia, że chory staje się nasz obraz Boga i obraz siebie. Albo żyjemy jak "intelektualiści", którzy nie są w stanie dostrzec misterium Boga bliskiego, który ukryty w naszej codzienności nigdy nie wypuszcza nas z naszych rąk, albo poranieni naszą przeszłością urazowo patrzymy na obraz naszej teraźniejszości i przyszłości. Nie potrafimy sobie przebaczyć, bo nie czujemy się przebaczeni. Żyjemy nie pojednani z naszą przeszłością.

Jezus, który opowiada przypowieść, chce nam powiedzieć, abyśmy nie uciekali przed bolesnymi wydarzeniami przeszłości. Przynosi nam słowa Boga Ojca: "Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy". Jesteśmy zaproszeni do uzdrowienia naszej pamięci, która pozwoli nam lepiej głębiej zobaczyć nas samych i nasze życie. Pozwoli nam zobaczyć Boga obecnego we wszystkich wydarzeniach życia. Zdrowa pamięć pomoże nam zauważyć ojca, który codziennie o nas myśli, tęskni i czeka.

Krzysztof Wons SDS

Przypisy:
[1] A. GrĂźn, Nie bądźmy dla siebie bezwzględni, Wrocław 1998, s. 94.
[2] D. Ange, Zraniony Pasterz, Kraków 1993, św. 51-52.
źródło: http://www.katolik.pl/bog--ktory-zyje-w-mojej-pamieci,22679,416,cz.html?s=1
 
 
Ks. Maciej Sarbinowski SDB
 
UNIVERSITĂ PONTIFICIA SALESIANA
P.zza dell'Ateneo Salesiano, 1
00139 Roma
 

 

2

 

Zgłoś jeśli naruszono regulamin