Andrzej.Sapkowski.-.Cos.sie.konczy,.cos.sie.zaczyna.pdf

(154 KB) Pobierz
Microsoft Word - Andrzej Sapkowski - Coœ siê koñczy, coœ siê zaczyna.doc
Andrzej Sapkowski - Coś się kończy, coś się zaczyna
www.bookswarez.prv.pl
Wszystkim nowozencom, a szczególnie dwojgu z nich
I
Slonce przecisnelo swe ogniste macki przez szpary w okiennicach, przeszylo komnate skosnymi,
pulsujacymi od wirujacego kurzu smugami swiatla, rozlalo jasne plamy na posadzce i
pokrywajacych ja skórach niedzwiedzich, oslepiajacym refleksem rozblyslo na klamrze paska
Yennefer. Pasek Yennefer lezal na wysokim trzewiczku. Wysoki trzewiczek lezal na bialej
koszuli z koronkami, a biala koszula lezala na czarnej spódnicy. Jedna czarna ponczocha wisiala
na poreczy krzesla, wyzlobionej w ksztalt glowy chimery. Drugiej ponczochy i drugiego
trzewiczka nigdzie nie bylo widac. Geralt westchnal. Yennefer lubila rozbierac sie szybko i z
rozmachem. Musial zaczac sie do tego przyzwyczajac. Nie mial innego wyjscia.
Wstal, otworzyl okiennice, wyjrzal. Z jeziora, gladkiego jak tafla zwierciadla, wstawal opar,
liscie nadbrzeznych brzóz i olch polyskiwaly od rosy, odlegle laki kryla niska, gesta mgla,
wiszaca niby pajeczyna tuz ponad wierzcholkami traw.
Yennefer poruszyla sie pod pierzyna, zamruczala niewyraznie. Geralt westchnal.
- Piekny dzien, Yen.
- Eee? Co?
- Piekny dzien. Wyjatkowo piekny dzien.
Zaskoczyla go. Zamiast zaklac i nakryc glowe poduszka, czarodziejka usiadla, przeczesala wlosy
palcami i zaczela szukac wsród poscieli nocnej koszuli. Geralt wiedzial, ze nocna koszula lezy za
wezglowiem lózka, tam, gdzie Yennefer cisnela ja wczoraj w nocy. Ale nie odezwal sie.
Yennefer nie znosila takich uwag.
Czarodziejka zaklela z cicha, kopnela pierzyne, uniosla dlon i strzelila palcami. Nocna koszula
wyfrunela zza wezglowia, powiewajac falbankami niby pokutujacy duch, splynela wprost do
oczekujacej dloni. Geralt westchnal.
Yennefer wstala, podeszla do niego, objela i ugryzla w ramie. Geralt westchnal. Lista rzeczy, do
których musial sie przyzwyczaic, wydawala sie nie miec konca.
- Chciales cos powiedziec? - spytala czarodziejka, mruzac oczy.
- Nie.
- Dobrze. Wiesz co? Dzien rzeczywiscie jest piekny. Dobra robota.
- Robota? Co masz na mysli?
Zanim Yennefer zdazyla odpowiedziec, uslyszeli z dolu wysoki, przeciagly krzyk i gwizd.
Brzegiem jeziora, rozpryskujac wode, galopowala Ciri na karej klaczy. Klacz byla rasowa i
wyjatkowo piekna. Geralt wiedzial, ze nalezala niegdys do pewnego pólelfa, który ocenil
szarowlosa wiedzminke na podstawie pozorów i okropnie sie pomylil. Ciri nadala zdobycznej
klaczy imie Kelpie, co w jezyku wyspiarzy ze Skellige oznaczalo groznego i zlosliwego ducha
morza, niekiedy przybierajacego postac konia. Imie pasowalo do klaczy idealnie. Nie tak dawno
temu pewien hobbit, który zapragnal Kelpie ukrasc, przekonal sie o tym bardzo bolesnie. Hobbit
nazywal sie Sandy Frogmorton, ale od tamtego wypadku wszyscy mówili na niego "Kalafior".
- Skreci kiedys kark - mruknela Yennefer, patrzac na Ciri, galopujaca wsród bryzgów wody,
schylona, uniesiona w strzemionach. - Skreci kiedys kark ta wariatka, twoja córka.
Geralt odwrócil glowe, nie mówiac ani slowa, spojrzal wprost we fiolkowe oczy czarodziejki.
- No, dobrze - usmiechnela sie Yennefer, nie spuszczajac wzroku. - Przepraszam. Nasza córka.
Objela go ponownie, przytulajac sie mocno, powtórnie pocalowala i znowu ugryzla. Geralt
dotknal ustami jej wlosów i ostroznie zsunal koszule z ramion czarodziejki.
A potem znalezli sie ponownie w lózku, w rozburzonej poscieli, jeszcze cieplej i pachnacej snem.
I zaczeli sie nawzajem poszukiwac, i poszukiwali sie dlugo i bardzo cierpliwie, a pewnosc, ze
przeciez sie odnajda, napelniala ich radoscia i szczesciem, i radosc i szczescie byly we
wszystkim, co robili. I chociaz tak bardzo sie róznili, rozumieli, jak zawsze, ze nie sa to róznice z
tych, które dziela, ale z tych, które lacza i wiaza, wiaza twardo i mocno, jak wysieczony siekiera
zacios krokwi i kalenicy, zacios, z którego rodzi sie dom. I bylo tak, jak za pierwszym razem,
gdy jego zachwycila jej olsniewajaca nagosc i gwaltowne pozadanie, a ja zachwycila jego
delikatnosc i czulosc. I tak, jak za pierwszym razem, ona chciala mu o tym powiedziec, ale on
przerwal jej pocalunkiem i pieszczotami, i odebral jej slowom wszelki sens. A pózniej, gdy on
chcial jej o tym powiedziec, nie mógl wydobyc glosu, a pózniej szczescie i rozkosz spadly na
nich z sila walacej sie skaly i bylo cos, co bylo bezglosnym krzykiem, i swiat przestal istniec, cos
sie skonczylo i cos sie zaczelo, i cos trwalo, i byla cisza, cisza i spokój.
I zachwycenie.
Swiat powolutku wracal do siebie i znowu byla posciel pachnaca snem, i zalana sloncem
komnata i dzien. Dzien...
- Yen?
- Mhm?
- Gdy mówilas, ze dzien jest piekny, dodalas: "Dobra robota". Czy to mialo oznaczac...
- Mialo - potwierdzila i przeciagnela sie, wyprezajac ramiona i lapiac za rogi poduszki, a jej
piersi nabraly wówczas ksztaltu, który odezwal sie wiedzminowi dreszczem w dole pleców. -
Widzisz, Geralt, mysmy te pogode zrobili. Wczoraj wieczorem. Ja, Nenneke, Triss i Dorregaray.
Nie moglam przeciez ryzykowac, ten dzien musial byc piekny...
Urwala, tracila go kolanem w biodro.
- Bo to przeciez najwazniejszy dzien w twoim zyciu, glupku.
II
Stojacy na sródjeziornym cyplu zamek Rozrog prosil sie o generalny remont, z zewnatrz i
wewnatrz, i to nie od wczoraj. Mówiac oglednie, Rozrog byl ruina, bezksztaltnym zlepkiem
kamieni, porosnietych gesto bluszczem, powojem i tradescantia, ruina stojaca wsród jezior, blot i
bagien rojacych sie od zab, zaskronców i zólwi. Byl ruina juz wówczas, gdy podarowano go
królowi Herwigowi. Zamek Rozrog i otaczajace go tereny byly bowiem czyms w rodzaju
dozywotniego nadania, pozegnalnego prezentu dla Herwiga, który dwanascie lat temu abdykowal
na rzecz swojego siostrzenca Brennana, od niedawna zwanego Dobrym.
Geralt poznal eks-króla przez Jaskra, bo trubadur bywal w Rozrogu czesto, jako ze Herwig byl
przemilym i radym gosciom gospodarzem. O Herwigu i jego zamczysku przypomnial wlasnie
Jaskier, wtedy, gdy wszystkie miejscowosci z opracowanej przez wiedzmina listy zostaly
odrzucone przez Yennefer jako nie nadajace sie. O dziwo, na Rozrog czarodziejka zgodzila sie
natychmiast i bez krecenia nosem.
I tym sposobem slub Geralta i Yennefer mial odbyc sie na zamku Rozrog.
III
Poczatkowo slub mial byc cichy i nieformalny, ale z biegiem czasu okazalo sie to - z róznych
wzgledów - niemozliwe. Potrzebny byl wiec ktos o talentach organizacyjnych. Yennefer, rzecz
jasna, odmówila, nie wypadalo jej organizowac wlasnego slubu. Geralt i Ciri, nie wspominajac o
Jaskrze, zadnych talentów w tym kierunku nie mieli. Sprawe powierzono wiec Nenneke,
kaplance bogini Melitele z Ellander. Nenneke przybyla natychmiast, a wraz z nia dwie mlodsze
kaplanki, Iola i Eurneid.
I zaczely sie klopoty.
IV
- Nie, Geralt - Nenneke nadela sie i tupnela noga. - Nie biore zadnej odpowiedzialnosci ani za
ceremonie, ani za uczte. Ta rudera, która jakis idiota nazwal zamkiem, nie nadaje sie do niczego.
Kuchnia jest zrujnowana, sala balowa nadaje sie wylacznie na stajnie, a kaplica... To w ogóle nie
jest kaplica. Czy mozesz mi powiedziec, jakiego boga czci ten kulawiec Herwig?
- O ile wiem, nie czci zadnego. Twierdzi, ze religia to mandragora dla mas.
- Bylam pewna - rzekla kaplanka, nie kryjac pogardy. - W kaplicy nie ma ani jednego posagu,
niczego tam nie ma, jesli nie liczyc mysich bobków. I do tego to cholerne odludzie! Geralt,
dlaczego nie chcecie wziac slubu w Vengerbergu, w cywilizowanej okolicy?
- Przeciez wiesz, ze Yennefer jest kwarteronka, a w twoich cywilizowanych okolicach nie
toleruja mieszanych malzenstw.
- Na Wielka Melitele! Cóz znaczy jedna czwarta elfiej krwi? Przeciez prawie kazdy ma jakas tam
domieszke krwi Starszego Ludu! To nic innego, jak idiotyczny przesad!
- Nie ja go wymyslilem.
V
Liste gosci - niezbyt dluga - narzeczeni ulozyli wspólnie, a zapraszaniem mial zajac sie Jaskier.
Wkrótce wyszlo na jaw, ze trubadur liste zgubil, i to zanim jeszcze zdazyl ja przeczytac.
Zawstydzony, nie przyznal sie i poszedl na latwizne - zaprosil kogo tylko sie dalo. Oczywista,
Jaskier znal Geralta i Yennefer na tyle dobrze, by nikogo istotnego nie pominac, nie bylby jednak
soba, gdyby nie wzbogacil spisu gosci o przerazajaca liczbe osób calkiem przypadkowych.
Zjawil sie zatem stary Vesemir z Kaer Morhen, wychowawca Geralta, a wraz z nim wiedzmin
Eskel, z którym Geralt przyjaznil sie od lat dziecinnych.
Przybyl druid Myszowór w towarzystwie wyzszej od niego o glowe i mlodszej o jakies sto lat
ogorzalej blondynki o imieniu Freya. Wraz z nimi zjawil sie jarl Crach an Craite ze Skellige w
towarzystwie synów Ragnara i Lokiego. Ragnarowi, gdy jechal konno, nogi siegaly prawie do
ziemi, a Loki przypominal filigranowego elfa. Nie bylo w tym nic dziwnego, byli bracmi
przyrodnimi, synami róznych naloznic jarla.
Zameldowal sie wójt Caldemeyn z Blaviken z córka Annika, dosc atrakcyjna, choc potwornie
niesmiala panna.
Przybyl krasnolud Yarpen Zigrin, co ciekawe, sam, bez towarzyszacych mu zwykle brodatych
bandytów nazywanych "chlopcami". Do Yarpena dolaczyl w drodze elf Chireadan, osobnik o nie
do konca jasnej, ale niewatpliwie wysokiej pozycji wsród Starszego Ludu, eskortowany przez
kilku nieznanych nikomu malomównych pobratymców.
Przybyla tez rozwrzeszczana gromada niziolków, sposród których Geralt znal jedynie Dainty
Biberveldta, farmera z Rdestowej Laki i - ze slyszenia - jego gderliwa zone Gardenie. Byl w
gromadzie niziolków jeden niziolek, który niziolkiem nie byl - slynny przedsiebiorca i kupiec
Tellico Lunngrevink Letorte z Novigradu, zmiennoksztaltny doppler, wystepujacy pod postacia
niziolka i przybranym imieniem Dudu.
Zjawil sie baron Freixenet z Brokilonu z zona, urodziwa driada Braenn, i piecioma córkami,
zwanymi Morenn, Cirilla, Mona, Eithne i Kashka. Morenn wygladala na pietnascie lat, a Kashka
na piec. Wszystkie byly rude jak ogien, choc Freixenet mial wlosy czarne, a Braenn
miodowozlote. Braenn byla w zaawansowanej ciazy. Freixenet powaznie twierdzil, ze tym razem
musi byc syn, na co wataha jego rudych driad patrzyla po sobie i chichotala, a Braenn,
usmiechajac sie lekko, dodawala, ze "syn" bedzie nosil imie Melissa.
Przybyl Jednoreki Jarre, mlody kaplan i kronikarz z Ellander, wychowanek Nenneke. Jarre
przybyl glównie z powodu Ciri, w której sie podkochiwal. Ciri, ku rozpaczy Nenneke, zdawala
sie calkowicie lekcewazyc kalekiego mlodzienca i jego niezreczne zaloty.
Liste gosci nieoczekiwanych otwieral ksiaze Agloval z Bremervoord, którego przybycie
graniczylo z cudem, bo ksiaze i Geralt szczerze sie nie cierpieli. Jeszcze dziwniejszy byl fakt, ze
Agloval zjawil sie w towarzystwie malzonki, syreny Sh'eenaz. Sh'eenaz zrezygnowala niegdys
dla ksiecia z rybiego ogona na rzecz dwóch niebywale pieknych nóg, ale znana byla z tego, ze
nigdy nie oddalala sie od morskiego wybrzeza, bo lad budzil w niej strach.
Malo kto oczekiwal przybycia innych koronowanych glów, bo tez i nikt ich nie zapraszal. Mimo
tego monarchowie przyslali listy, podarki, poslów - lub wszystko na raz. Musieli przy tym sie
zmówic, bo poslowie podrózowali w grupie, która po drodze zdazyla sie zaprzyjaznic. Rycerz
Yves reprezentowal króla Ethaina, komes Sulivoy króla Venzlava, sir Matholm króla
Sigismunda, a sir Devereux królowa Adde, byla strzyge. Podróz musiala byc wesola, bo Yves
mial rozcieta warge, Sulivoy reke na temblaku, Matholm kusztykal, a Devereux mial takiego
kaca, ze ledwie trzymal sie w siodle.
Nikt nie zapraszal zlotego smoka Villentretenmertha, bo nikt nie wiedzial, jak go zaprosic i gdzie
go szukac. Ku ogólnemu zdziwieniu smok zjawil sie, oczywiscie incognito, pod postacia rycerza
Borcha herbu Trzy Kawki. W miejscu, gdzie byl Jaskier, o zadnym incognito mowy, rzecz jasna,
byc nie moglo, niemniej jednak malo kto wierzyl, gdy poeta wskazywal kedzierzawego rycerza i
twierdzil, ze to smok.
Nikt tez nie zapraszal i nikt nie oczekiwal malowniczej halastry, okreslajacej siebie mianem
"przyjaciól i znajomych" Jaskra. Byli to glównie poeci, muzycy i trubadurzy, a do tego akrobata,
zawodowy gracz w kosci, treserka krokodyli i cztery kolorowe panienki, z których trzy
wygladaly na nierzadnice, a czwarta, która na nierzadnice nie wygladala, ponad wszelka
watpliwosc byla nia. Grupe uzupelnialo dwóch proroków, z czego jeden falszywy, jeden
rzezbiarz w marmurze, jedno jasnowlose i wiecznie pijane medium plci zenskiej i jeden
ospowaty gnom, który twierdzil, ze nazywa sie Schuttenbach.
Magicznym statkiem amfibia, przypominajacym skrzyzowanie labedzia z wielka poduszka,
przybyli czarodzieje. Bylo ich czterokrotnie mniej, niz zaproszono, i trzykrotnie wiecej, niz
oczekiwano, bo konfratrzy Yennefer, jak wiesc niosla, potepiali jej zwiazek z mezczyzna "z
zewnatrz", a do tego wiedzminem. Czesc w ogóle zignorowala zaproszenia, czesc wymówila sie
brakiem czasu i koniecznoscia bytnosci na dorocznym, ogólnoswiatowym konwencie
czarodziejów. Tak wiec na pokladzie - jak go okreslil Jaskier - "poduszkowca" byli tylko
Dorregaray z Vole i Radcliffe z Oxenfurtu.
I byla Triss Merigold o wlosach jak pazdziernikowy kasztan.
VI
- To ty zaprosiles Triss Merigold?
- Nie - pokrecil glowa wiedzmin, wielce rad z faktu, ze mutacja naczyn krwionosnych
uniemozliwia mu rumienienie sie. - Nie ja. Podejrzewam Jaskra, chociaz oni wszyscy twierdza,
ze o slubie dowiedzieli sie z magicznych krysztalów.
- Nie zycze sobie Triss na moim slubie!
- Dlaczego? Przeciez to twoja przyjaciólka.
- Nie rób ze mnie idiotki, wiedzminie! Wszyscy wiedza, ze z nia spales!
- Nieprawda!
Fiolkowe oczy Yennefer zwezily sie niebezpiecznie.
- Prawda!
- Nieprawda!
- Prawda!
- No dobrze - odwrócil sie ze zloscia. - Prawda. I co z tego?
Czarodziejka milczala przez chwile, bawiac sie gwiazda z obsydianu, przypieta do czarnej
aksamitki.
- Nic - powiedziala wreszcie. - Ale chcialam, zebys sie przyznal. Nigdy nie próbuj klamac przede
mna, Geralt. Nigdy.
VII
Mur pachnial mokrym kamieniem i kwasnym zielskiem, slonce przeswietlalo brunatna wode w
fosie, wydobywalo ciepla zielen z porastajacej dno moczarki i jaskrawa zólc z grazeli
plywajacych po powierzchni.
Zamek powoli budzil sie do zycia. W zachodnim skrzydle ktos strzelil okiennica i rozesmial sie.
Ktos inny slabym glosem dopraszal sie soku z kiszonej kapusty. Jeden z goszczacych w Rozrogu
kolegów Jaskra, niewidoczny, spiewal przy goleniu:
Za stodola, gdzies na plocie, Kogut gromko pieje. Zaraz przyjde, mila, do cie Tylko sie odleje.
Skrzypnely drzwi, na podwórzec wyszedl Jaskier, przeciagajac sie i trac twarz.
- Jak sie masz, zonkosiu - rzekl zmeczonym glosem. - Jezeli masz zamiar zwiac, to teraz jest
ostatnia okazja.
- Ranny z ciebie ptaszek, Jaskier.
- W ogóle sie nie kladlem - zamamrotal poeta, siadajac obok wiedzmina na kamiennej laweczce i
opierajac sie plecami o porosniety tradescantia mur. - Bogowie, to byla ciezka noc. Ale cóz, nie
codziennie zenia sie przyjaciele, trzeba bylo to jakos uczcic.
- Uczta weselna jest dzisiaj - przypomnial Geralt. - Wytrzymasz?
- Nie obrazaj mnie.
Slonce grzalo mocno, ptaki halasowaly wsród krzewów. Od strony jeziora slychac bylo pluski i
piski. Morenn, Cirilla, Mona, Eithne i Kashka, rude driady, córki Freixeneta, kapaly sie, jak
zwykle nago, w towarzystwie Triss Merigold i Freyi, przyjaciólki Myszowora. Na górze, na
zrujnowanych blankach zamku poslowie królewscy, rycerze Yves, Sulivoy, Matholm i Devereux
wyrywali sobie lunete.
- Dobrzescie sie chociaz bawili, Jaskier?
- Nie pytaj.
- Jakis wiekszy skandal?
- Kilka.
Pierwszy skandal, zrelacjonowal poeta, mial podloze rasowe. Tellico Lunngrevink Letorte
Zgłoś jeśli naruszono regulamin