Llosa_Mario_Vargas_-_Gawedziarz.rtf

(679 KB) Pobierz
SCAN-dal.prv.pl

MARIO VARGAS LLOSA

 

 

 

Gawędziarz


I

 

 

Przyjechałem do Florencji, by na czas jakiś zapomnieć o Peru i Peruwiańczykach, i trzeba trafu, że właśnie tu, dziś rano, zupełnie niespodziewanie i dziwnie, dopadł mnie ten mój kraj nieszczęsny. Zwiedziłem zrekonstruowany dom Dantego, kościółek San Martino del Vescovo i uliczkę, gdzie, jak mówi legenda, poeta po raz pierwszy ujrzał Beatrycze, kiedy w zaułku Santa Margherita mój wzrok znienacka przyciągnęła witryna: łuki, strzały, ociosane wiosło, dzban z geometrycznymi wzorami i manekin okryty cushmą z dzikiej bawełny. Ale dopiero trzy, może cztery, fotografie przywróciły mi nagle smak peruwiańskiej selwy. Szerokie rzeki, masywne drzewa, kruche czółna, wątłe chaty na palach i zbite grupki półnagich, wymalowanych mężczyzn i kobiet bacznie wpatrujących się we mnie z błyszczących zdjęć.

Oczywiście wszedłem. Nie bez dziwnego dreszczyku i nie bez przeczuć, że oto dla zaspokojenia najzwyklejszej ciekawości popełniam idiotyzm, w pewnej mierze narażając na porażkę tak ładnie obmyślony i do tej pory skrupulatnie realizowany plan - przez parę miesięcy i w całkowitej samotności czytanie Dantego i Machiavellego i oglądanie malarstwa renesansowego - zarazem ściągając na siebie jedną z tych cichych katastrof, które od czasu do czasu wywracają moje życie do góry nogami. Ale oczywiście wszedłem.

Galeria była maciupka. Jedno niskie pomieszczenie, do którego, chcąc wyeksponować wszystkie fotografie, dodatkowo wstawiono dwa panele naszpikowane zdjęciami z obu stron. Chuda, siedząca za stolikiem dziewczyna w okularach popatrzyła na mnie. Czy można zwiedzić wystawę “I nativi delia foresta amazonka”?

- Certo. Avanti, avanti.

W galerii nie było żadnych przedmiotów, wyłącznie zdjęcia, co najmniej pięćdziesiąt, w większości stosunkowo dużego formatu. Pozbawione były podpisów, niemniej jednak ktoś, być może sam Gabriele Malfatti, napisał na paru karteczkach, że zdjęcia zostały zrobione podczas dwutygodniowej podróży po amazońskiej części departamentów Cusco i Madre de Dios, na peruwiańskim Wschodzie. Zamiarem artysty było ukazanie “bez demagogii i estetyzowania” codziennej egzystencji rozproszonego w jedno- lub dwurodzinne grupy plemienia, które jeszcze parę lat temu prawie nie miało kontaktu z naszą cywilizacją. Dopiero w naszej epoce plemię zaczynało grupować się w miejscach udokumentowanych na wystawie, choć wielu jego członków nadal żyło w niedostępnych lasach. Zhispanizowana nazwa plemienia została podana bezbłędnie: Macziguengowie.

Fotografie dość dobrze oddawały intencje Malfattiego. Bo rzeczywiście byli na nich Macziguengowie rzucający z brzegu rzeki harpunem lub pod osłoną zarośli czatujący z łukiem na kapibarę lub pekari; byli tam, przy zbiorze manioku na maleńkich działeczkach rozrzuconych wokół nowych - i przypuszczalnie pierwszych w długiej historii plemienia - osad; przy karczowaniu lasu maczetami i układaniu liści palmowych dla pokrycia nimi domostw. Siedząca wkoło grupka kobiet plotła maty i kosze, inna grupka pracowała przy wieńcach, sczepia-jąc i przystrajając drewniane obręcze okazałymi piórami rozmaitych papug. Byli tam, starannie malując twarze i ciała farbą z acziote, rozpalając ogniska, susząc skóry, fermentując maniok na masato w naczyniach w kształcie kanoe. Zdjęcia nader wymownie ukazywały, jaką są garstką wobec otaczającego ich ogromu nieba, wody i roślinności, przedstawiały ich życie kruche i skromne, ich odosobnienie, ich archaizm, ich bezbronność. I rzeczywiście: bez demagogii i estetyzowania.

To, co powiem, nie jest późniejszym wymysłem ani zafałszowanym wspomnieniem. Jestem pewien, że przechodziłem od jednego zdjęcia do drugiego, doznając emocji, która w pewnej chwili przerodziła się w lęk. Co ci jest? Skąd nagle ten niepokój? Czego spodziewasz się po tych zdjęciach?

Już na pierwszych fotografiach rozpoznałem polany, na których powstały osady Nueva Luz i Nuevo Mundo - byłem tam niespełna trzy lata temu - ba! - do tego stopnia, iż ujrzawszy tę ostatnią osadę na zdjęciu z lotu ptaka, natychmiast odtworzyłem w pamięci poczucie nieuchronnej katastrofy, jakiego tam doznałem przy akrobatycznym lądowaniu cessną Instytutu Lingwistycznego prześlizgującą się pomiędzy dzieciarnią Macziguengów. Przysiągłbym również, że rozpoznaję twarze niektórych mężczyzn i kobiet, z którymi przy pomocy Mr. Schneila rozmawiałem. Nabrałem zaś co do tego całkowitej pewności, gdy na kolejnej fotografii ujrzałem ten sam, zachowany w mej pamięci, wzdęty brzuszek i te same żywe oczka dzieciaka z nosem i ustami zżartymi przez liszajec. Przed obiektywem demonstrował, z tą samą prostodusznością i naturalnością, z jaką i nam ją pokazywał, ową jamę z kłami, podniebieniem i migdałami, przydającą mu wyglądu tajemniczej bestii.

Fotografia, na którą już z chwilą wejścia do galerii miałem nadzieję trafić, wisiała pośród ostatnich eksponowanych zdjęć. Już na pierwszy rzut oka można było dostrzec, iż owa wspólnota mężczyzn i kobiet siedząca w krąg na sposób amazoński - podobny do wschodniego: skrzyżowane, poziomo ułożone nogi, tułów bardzo wyprostowany - i skąpana w zanikającym już świetle zmierzchu przechodzącego w noc, znajdowała się w stanie hipnotycznego skupienia. Jak zaczarowana. W absolutnym bezruchu. Wszystkie twarze kierowały się, niczym promienie koła, ku znajdującej się w samym środku męskiej postaci, która, stojąc w otoczeniu magnetyzowanej przez nią grupy Macziguengów, przemawiała, gestykulując. Mrowie przeszło mi po plecach. Pomyślałem: “Jak ten Malfatti to zrobił, jakim cudem pozwolili mu...?” Pochyliłem się, zbliżyłem twarz do fotografii. Wpatrywałem się w nią, wąchałem, pożerałem ją oczami i wyobraźnią, póki nie poczułem, że dziewczyna z galerii wstaje zaniepokojona, by podejść do mnie.

Usiłując się uspokoić, zapytałem, czy można kupić te zdjęcia. Nie, chyba nie. Są własnością wydawnictwa Rizzoli. Zdaje się, że planują opublikowanie albumu. Poprosiłem, by skontaktowała mnie z autorem zdjęć. To niemożliwe, niestety.

- Il signore Gabriele Malfatti e morto.

Umarł? Tak. Chyba na febrę. Nabawił się w tamtej puszczy jakiegoś wirusa. Biedak! Był fotografem mody, pracował dla “Vogue’a”, dla “Uomo” i tym podobnych pism, fotografował modelki, meble, biżuterię, stroje. Całe życie marzył o zrobieniu czegoś innego, bardziej osobistego, tak jak ta podróż do Amazonii. I kiedy wreszcie marzenie się spełniało i mieli wy-, dać książkę z jego pracami, on umiera! A teraz, dispiaceva, ale zbliża się pora pranzo i musi zamknąć galerię.

Podziękowałem jej. Zanim wyszedłem zmierzyć się po raz kolejny z florenckimi cudami i z hordami turystów, zdołałem rzucić jeszcze po raz ostatni okiem na fotografię. Oczywiście! Nie ma najmniejszej wątpliwości. Gawędziarz.


II

 

 

Saul Zuratas miał sinofioletowe znamię zakrywające mu cały lewy policzek i mocno rude, rozwichrzone niczym zużyta szczotka włosy. Znamię z całą bezwzględnością rozciągało się na ucho, usta i nos, pokrywając je również żyłkowatym obrzękiem. Był najbrzydszym chłopakiem na świecie; ale zarazem najsympatyczniejszym i najzacniejszym. Nie poznałem nigdy nikogo, kto już od pierwszej chwili sprawiałby wrażenie osoby tak otwartej, bezpretensjonalnej, prostodusznej i bezinteresownej, nikogo, kto w każdych okolicznościach potrafiłby okazywać tyle szczerości i serca. Poznałem go podczas egzaminów wstępnych na studia i nawet łączyła nas w miarę zażyła przyjaźń -jeżeli można w ogóle przyjaźnić się z archaniołem -szczególnie w okresie dwóch pierwszych lat, kiedy razem studiowaliśmy na wydziale humanistycznym. W dniu, w którym go poznałem, uprzedził mnie, śmiejąc się od ucha do ucha i palcem wskazując na swoje znamię:

- Mówią na mnie Maskamiki, stary. Nie męcz się. I tak nie zgadniesz dlaczego, zakład?

Również na Uniwersytecie San Marcos wszyscy go tak przezywaliśmy. Urodził się w Talarze i przyjaźnił się, kolegował i był na ty z całym światem. W każdym wypowiadanym przezeń zdaniu musiało pojawić się słowo lub powiedzenie z gwary knajackiej, co nawet najpoważniejszym i najintymniejszym rozmowom przydawało kpiarskiego tonu. Mój problem, mówił, polega na tym, że ojciec za dużo zarobił w swoim sklepiku, tam, w Talarze, i to tyle, że nagle postanowił przeprowadzić się do Limy. I ledwie znaleźli się w stolicy, staremu nagle odbiło na punkcie judaizmu. Saul jakoś nie pamięta, żeby tam, na północy, tak przejmował się religią. Owszem, czytywał

Biblię, ale nigdy nie dawał Saulowi do zrozumienia, że ten należy do innej rasy i jest innej wiary niż reszta chłopaków w mieście. A tu, w Limie, proszę bardzo. Cholery można było dostać! Druga młodość, trzecie zęby. A raczej wiara Abrahama i Mojżesza. A co! My, katolicy, farciarze jesteśmy. Katolicyzm to mięta, co niedziela pół godzinki mszy, w każdy pierwszy piątek miesiąca komunia i po krzyku. Za to on w każdą sobotę musiał odsiedzieć ileś tam godzin w synagodze, walcząc z sennością i udając zainteresowanie naukami rabina -których nie rozumiał ni w ząb - żeby nie sprawić przykrości ojcu, który w końcu swoje lata miał, a w ogóle dusza nie człowiek. Ale gdyby Maskamiki mu powiedział, że już dawno przestał wierzyć w Boga i że w sumie przynależność do narodu wybranego obchodzi go tyle co nic, biedny don Salomon mógłby jeszcze dostać apopleksji.

Poznałem don Salomona wkrótce po zaprzyjaźnieniu się z Saulem, gdy ten zaprosił mnie pewnej niedzieli na obiad. Mieszkali w dzielnicy Brena, na tyłach szkoły La Salle, w zapuszczonym zaułku przy alei Arica. W rozległym mieszkaniu pełno było starych mebli i była też gadająca papużka o kafkowskim imieniu i nazwisku, która nieustannie powtarzała przezwisko Saula: “Maskamiki! Maskamiki!” Ojciec i syn mieszkali sami z przybyłą z nimi z Talary służącą, która przygotowywała posiłki i pomagała don Salomonowi w sklepie spożywczym, który otworzył w Limie. “Tym z drucianą siatką z sześcioramienną gwiazdą, stary. Nazywa się «Gwiazda», od gwiazdy Dawida, kapujesz?”

Duże wrażenie wywarły na mnie atencja i szacunek, z jakimi Maskamiki odnosił się do ojca, przygarbionego, nie ogolonego staruszka powłóczącego zniekształconymi przez chorobę stopami w obuwiu przypominającym rzymskie koturny. Mówił po hiszpańsku z silnym akcentem rosyjskim lub polskim, mimo że, jak sam mi powiedział, mieszkał w Peru już od ponad dwudziestu lat. Miał szelmowski i sympatyczny wyraz twarzy. “Jak byłem mały, chciałem występować w cyrku, na trapezie, ale życie zrobiło ze mnie sklepikarza; trudno o większe rozczarowanie, sam pan widzi”. Saul jest jego jedynym synem? Tak, jedynym.

A matka Saula? Zmarła dwa lata po przeprowadzce rodziny do Limy. Przykro mi, stary, sądząc z tego zdjęcia, była młodą kobietą, nie, Saulu? Tak, była młoda. No cóż, z jednej strony, Maskamiki przyjął jej śmierć z bólem. Z drugiej jednak, być może to i lepiej dla niej. Bo biedna mamuśka strasznie cierpiała w Limie. Dał mi znać, bym się nachylił, i zniżył głos (zbyteczna ostrożność, bo pozostawiliśmy don Salomona uśpionego głęboko w fotelu na biegunach i to w jadalni, podczas gdy my rozmawialiśmy w pokoju Saula), by powiedzieć mi:

- Mama była rodowitą talarenką, którą stary sobie przy-gruchał właściwie od razu po zejściu ze statku. Zdaje się, że żyli tylko na kocią łapę, dopóki ja się nie urodziłem. Dopiero wtedy się chajtnęli. Masz pojęcie, co to znaczy dla żyda ożenić się z chrześcijanką, z gojką, jak my to nazywamy? A gdzie tam, zielonego nawet pojęcia nie masz.

Tam, w Talarze, nie było sprawy, bo jedyne dwie rodziny żydowskie zasymilowały się do pewnego stopnia z miejscową społecznością. Ale po przeprowadzce do Limy matka Saula zaczęła przeżywać wiele problemów. Strasznie tęskniła za swoimi stronami, tak za ciepłem, czystym niebem, świecącym przez cały rok słoneczkiem, jak i za rodziną i przyjaciółmi. Z drugiej zaś strony gmina żydowska w Limie nigdy jej nie zaakceptowała, choć biedaczka, chcąc sprawić przyjemność don Salomonowi, starała się jak mogła, poddając się kąpieli oczyszczającej i słuchając nauk rabina, by móc spełnić wszystkie rytuały nawrócenia. A tak naprawdę - i Saul, porozumiewawczo i nie bez lekkiej złośliwości, puścił do mnie oko - gmina nie akceptowała jej nie tyle dlatego, że była gojką, ale dlatego, że była prostą, nieuczoną, ledwie potrafiącą czytać Kreolką z jakiejś tam Talary. Bo żydzi z Limy obrośli, stary, w burżujskie sadełko.

Opowiadał mi to wszystko bez cienia żalu czy sarkazmu, spokojnie pogodzony z czymś, co nie mogło, jak widać, skończyć się inaczej. “Bardzo byliśmy zżyci oboje. Mamuśka też się nudziła w synagodze jak mops, więc w tajemnicy przed don Salomonem, żeby te święte soboty szybciej minęły, graliśmy po kryjomu w Yan-Ken-Po. Na odległość. Ona w pierwszym rzędzie na górze, a ja wśród mężczyzn na dole. Poruszaliśmy dłońmi w tym samym czasie i dość często pękaliśmy ze śmiechu, siejąc panikę i przerażenie wśród pobożnych żydów”.

Zabrał ją rak, nagle, w kilka tygodni. I z jej śmiercią don Salomonowi zawalił się cały świat.

- Ten drzemiący sobie słodko staruszek, którego przed chwilą widziałeś, parę lat temu był tryskającym energią, kochającym życie chłopem na schwał. Śmierć mojej staruszki podcięła mu skrzydła.

Saul, nie chcąc zawieść don Salomona, zdał na prawo. Gdyby to od niego zależało, zostałby raczej w “Gwieździe”, by pomóc ojcu, bo sklep był już dla niego jednym wielkim bólem głowy i wymagał zbyt wiele wysiłku jak na jego lata. Ale don Salomon był stanowczy. Noga Saula nie postanie za sklepową ladą. Saul nigdy nie będzie zajmował się klientami. Saul nie będzie, jak on, sklepikarzem.

- Ale, staruszku, o co ci chodzi? Boisz się, że z moją gębą klientelę ci odstraszę? - opowiadał mi ze śmiechem. - Rzecz w tym, że teraz, gdy już udało mu się odłożyć trochę grosza, don Salomon chce, żeby rodzinka nabrała znaczenia. Już mu się marzy, jak kochany synalek złotymi zgłoskami zapisuje nazwisko Zuratas w historii dyplomacji albo Parlamentu. Nie-doczekanie!

Rozsławienie rodowego nazwiska poprzez wykonywanie wolnego zawodu również nie należało do największych marzeń Saula. A co go w ogóle interesowało? Tego jeszcze tak na mur beton nie wiedział. Dopiero do tego dochodził, właśnie w owych miesiącach i latach naszej przyjaźni, w Peru lat pięćdziesiątych, przechodzącym - gdy dorastał i dojrzewał Maskamiki, ja i całe nasze pokolenie - od kłamliwego spokoju dyktatury generała Odrii do niepewnej nowości odradzającej się w 1956 roku demokracji, kiedy byliśmy z Saulem na trzecim roku.

Wtedy to bez cienia wątpliwości odkrył już, co go rzeczywiście w życiu interesuje. Choć nie nastąpiło żadne objawienie i Saul nie był początkowo tak pewien swojej nowej pasji, mechanizm zauroczenia był już w ruchu i pchając go jednego dnia w tę stronę, następnego w tamtą, powolutku, pomalutku wprowadzał w labirynt, z którego Maskamiki nigdy już nie wyszedł. W 1956 roku jednocześnie z prawem studiował etnologię i kilkakrotnie wyprawił się do selwy. Czy już wtedy odczuwał ślepą fascynację ludźmi lasu i niczym nie zbrukaną

Naturą, maleńkimi kulturami pierwotnymi, rozrzuconymi po górskich kotlinach Andów i nizinie Amazonki? Czy płonął już w nim ów, wzniecony w najgłębszych zakamarkach duszy, ogień solidarności z naszymi ziomkami, którzy od niepamiętnych czasów żyli tam, pośród leniwych, szeroko rozlanych rzek, osaczani wciąż, nękani, nieodmiennie w przepaskach na biodrach, z tatuażami, czcząc duchy drzew, węża, chmurę i błyskawicę? Tak, to wszystko już się zaczęło. A ja zdałem sobie z tego sprawę dzięki awanturze w sali bilardowej, po dwóch, trzech latach naszej znajomości.

Od czasu do czasu w okienku między uniwersyteckimi zajęciami chodziliśmy zagrać partyjkę do nieco ruderowatej, będącej również kantyną sali bilardowej przy Jiron Azangaro. Wędrując z Saulem po mieście, uświadamiałem sobie, jak ludzka nikczemność i bezduszność może uprzykrzać mu życie. Ludzie odwracali się za nim albo wręcz stawali, by przyjrzeć mu się dokładniej, i szeroko otwierali oczy, nie kryjąc zdziwienia lub obrzydzenia, jakie wywoływała w nich jego twarz, posuwając się nawet, i to nierzadko, do wygadywania pod jego adresem chamskich bzdur, w czym celowała szczególnie dzieciarnia. Jemu to jakby nie przeszkadzało; zawsze reagował na impertynencje jakimś dowcipem. Incydent przy wejściu do sali bilardowej nie on sprowokował, ale ja, który z archanioła nie mam nic.

Pijaczek pił przy barku. Ledwie nas zoczył, ruszył ku nam chwiejnym krokiem i stanął przed Saulem, wziąwszy się pod boki.

- O kurwa, ale potwór! Z jakiego żeś zoo nawiał, koleś?

- A jak myślisz? Z naszego, stary, z naszego, bo innego nie mamy - odpowiedział mu Maskamiki. -  Jak się pośpieszysz, to jeszcze zobaczysz moją otwartą klatkę.

I spróbował przejść. Ale pijak wyciągnął ku niemu swoje łapska, kiwając palcami jak dzieciaki broniące się przed niesłusznym posądzeniem.

- Ty, potworze, masz szlaban. - Zjeżył się nagle. - Z taką gębą nie powinieneś w ogóle wychodzić na ulicę, ludzi tylko straszysz.

- Ale innej nie mam, człowieku - uśmiechnął się Saul. - Daj se siana i puść nas.

Mi puściły już nerwy. Złapałem pijaka za klapy i zacząłem go tarmosić. Rozpoczęła się przepychanka, pozostali klienci rzucili się na nas, wybuchła awantura i w rezultacie musieliśmy z Saulem opuścić lokal, rezygnując z naszej partyjki bilarda.

Następnego dnia otrzymałem od niego liścik z załączonym doń prezentem. Była to biała kosteczka w kształcie rombu, z wygrawerowanymi figurami geometrycznymi w ceglastym, wpadającym w ochrę kolorze. Figury wyobrażały dwa równoległe labirynty z różnej wielkości, choć położonych w stałej względem siebie odległości, słupków, z których mniejsze jakby chroniły się pod większymi. Liścik, żartobliwy i dość tajemniczy, brzmiał mniej więcej tak:

 

Stary!

Być może ta magiczna kość uspokoi twoje nerwy i dasz święty spokój biednym pijaczkom. To kość tapira, a rysunek nie jest pierdułką, na jaką wygląda, czyli jakimiś tam prymitywnymi słupkami, ale symboliczną inskrypcją. Podyktował ją Morenancziite, pan pioruna, pewnemu jaguarowi, ten zaś mojemu przyjacielowi, czarownikowi z selwy znad górnego Picza. Jeśli sądzisz, że rysunki te symbolizują wiry rzeczne albo dwa węże boa splecione w słodkiej drzemce, być może masz rację. Ale przede wszystkim obrazują one porządek świata. Ten, kto ulega złości, wprowadza nieład w owe linie, skrzywione zaś linie nie mogą już utrzymać ziemi. Chyba nie chcesz, żeby z twojego powodu życie się nam rozpadło i żebyśmy znowu znaleźli się w pierwotnym chaosie, z którego wydobyli nas, dmuchając, Tasurinczi, bóg dobra, i Kien-tibakori, bóg zła, co, stary? Przestań więc się wkurwiać, a tym bardziej z mego powodu. W każdym razie, dziękuję.

 

Bywaj Saul

 

Poprosiłem go, by powiedział mi coś więcej o tym piorunie, jaguarze, skrzywionych liniach, Tasurinczim i Kientibakorim; w rezultacie trzymał mnie przez cały wieczór w swoim domu, by z przejęciem opowiedzieć mi o wierzeniach i zwyczajach plemienia rozrzuconego po selwach Cusco i Madre de Dios.

Leżałem na jego łóżku, on zaś siedział na kufrze z papużką na ramieniu. Ptaszek dziobał jego rude włosy, co chwila przerywając mu swym stanowczym wrzaskiem: “Maskamiki!” “Gregor Samsa, spokój”, strofował go.

Rysunki na ich naczyniach i cushmach, tatuaże na twarzach i ciałach nie są, stary, żadnym widzimisię czy zwykłą ozdóbką. To pismo z kluczem, zawierające tajemne imiona osób i uświęcone formuły chroniące przedmioty przed zniszczeniem i złym urokiem, który za ich pośrednictwem mógłby dotknąć właścicieli. Rysunki dyktowane były przez boską, brodatą i głośną, istotę, Morenancziite, pana pioruna, który ze szczytu góry, pośród burzy, przekazywał wieść jaguarowi. Ten przekazywał ją z kolei znachorowi lub szamanowi podczas “zamroczenia” ayahuascą, tymi halucynogennymi korzonkami, z których wywary pito w czasie wszystkich tubylczych uroczystości. Ów czarownik znad górnego Picza - “raczej mędrzec, człowieku, a mówię czarownik, żebyś mnie lepiej zrozumiał” - zapoznał go pokrótce z filozofią, która pozwoliła plemieniu przeżyć do dziś. Rzeczą dla nich najważniejszą była pogoda ducha. Nigdy nie dać się utopić w łyżce wody ani w odmętach powodzi. Należy powstrzymywać się przed uleganiem jakimkolwiek silnym namiętnościom, istnieje bowiem złowieszczy związek pomiędzy duchem człowieka i duchami Natury, i każda gwałtowna zmiana w tym pierwszym prowadzi do katastrofy w przyrodzie.

-Wybuch wściekłości jakiegoś faceta może spowodować wylew rzeki, a morderstwo spalenie przez piorun całej osady. Być może do zderzenia autobusu w alei Arequipa dziś rano doszło z twojej winy, po wczorajszym rąbnięciu pijaczka. Nie masz wyrzutów sumienia?

Nie mogłem wyjść ze zdumienia, słysząc, jak dużo wie o tym plemieniu. A jeszcze bardziej dostrzegając jego ogromną, bijącą z każdego słowa sympatię. Mówił o owych Indianach, o ich obyczajach i mitach, o ich krajobrazach i ich bogach z tym samym, pełnym podziwu szacunkiem, z jakim ja odnosiłem się do Sartre’a, Malraux i Faulknera, moich ulubionych wówczas pisarzy. Ba, nigdy nie słyszałem, by nawet o swym najukochańszym Kafce rozprawiał z takim podnieceniem.

Już wtedy powinienem był się domyślić, że Saul nigdy nie zostanie adwokatem, jak również zrozumieć, iż jego zainteresowanie amazońskimi Indianami przekracza “etnologiczną” li tylko ciekawość. Bo nie była to dociekliwość profesjonalna, techniczna, ale bardziej osobista, choć trudna do sprecyzowania. Pewnie coś bardziej emocjonalnego niż racjonalnego, raczej przejaw miłości niż intelektualna chęć poznania czy też zew przygody, który wydawał się głównym motorem takich a nie innych zainteresowań wielu jego kolegów z etnologii. Stosunek Saula do jego nowego kierunku studiów, oddanie i nabożność, z jaką traktował świat Amazonii, często stanowiły dla nas, jego przyjaciół i kolegów spotykających się na uniwersyteckim dziedzińcu wydziału humanistycznego, temat rozmów pełnych pytań i przeróżnych domysłów.

Czy don Salomon orientował się, że Saul studiował etnologię, czy też święcie wierzył w to, że syn skupia się wyłącznie na zajęciach z prawa? Bo Maskamiki, choć widniał wciąż na liście słuchaczy wydziału prawa, w rzeczywistości równo olewał wszystkie ćwiczenia i wykłady. Wyjąwszy Kafkę, szczególnie zaś “Przemianę”, którą przeczytał nieskończenie wiele razy i znał niemal na pamięć, wszystkie jego lektury dotyczyły teraz wyłącznie antropologii. Pamiętam konsternację Saula po stwierdzeniu, jak niewiele napisano o plemionach amazońskich, i jego protesty wobec trudności z dostępem do owych pozycji bibliograficznych rozproszonych w separatach czy pismach nie zawsze docierających do biblioteki uniwersyteckiej czy nawet Narodowej.

Wszystko zaczęło się, jak mi opowiedział przy jakiejś okazji, od podróży do Quillabamba, w czasie święta narodowego. Pojechał tam zaproszony przez kuzyna matki, farmera, który w swoim czasie przeniósł się z Piury w tamte strony i zajmował się również handlem drewnem. Facet zapuszczał się w las w poszukiwaniu drzewa mahoniowego lub palisandrowca z pracującymi dla niego tubylczymi przewodnikami i drwalami. Maskamiki zaprzyjaźnił się z tymi autochtonami, w większości oderwanymi już w znacznym stopniu od swych korzeni, którzy brali go ze sobą, udzielając gościny w swych obozowiskach rozrzuconych po całym rozległym obszarze oblewanym wodami górnej Urubamby i górnej Madre de Dios wraz ich dopływami. Przez całą noc relacjonował mi kiedyś, wyraźnie podekscytowany, czym było dla niego przepłynięcie na tratwie Przełomu Mainique, gdzie Urubamba, ściśnięta z obu stron dwoma pasmami górskimi, przeistacza się w plątaninę bystrzyc i wirów.

- Niektórzy tragarze mają takiego pietra, że trzeba ich przywiązywać do tratw, tak jak się robi z krowami na czas spływu Przełomem. Nie wyobrażasz sobie, stary, co to za przeżycie!

Mógł również zobaczyć tajemnicze petroglify rozrzucone po okolicy, które pokazał mu hiszpański misjonarz z misji dominikanów z Quillabamba, i jadł mięso małpie, żółwie, pędraki, i spił się jak nigdy masato z manioku.

- Tamtejsi tubylcy wierzą, że w Przełomie Mainiąue zaczął się świat. I możesz wierzyć lub nie, ale przysięgam, nad tym miejscem wisi w powietrzu jakaś święta aura, i czujesz coś takiego, coś takiego, że włosy ci stają dęba. Nie wyobrażasz sobie, stary. Jajo można znieść!

Przeżycia te zaowocowały skutkami, których nikt nie był w stanie przewidzieć. Nawet on sam, jestem o tym przekonany. Wrócił do Quillabamba na Boże Narodzenie i spędził tam całe lato. Potem pojechał tam w czasie lipcowych wakacji i ponownie w grudniu. Za każdym razem, gdy na uniwersytecie wybuchał strajk studencki, choćby i kilkudniowy, natychmiast wyrywał czymkolwiek w stronę selwy: ciężarówkami, pociągami, autobusami. Wracał z tych wypadów rozemocjonowany i rozgadany, z oczami świecącymi z zachwytu nad odkrytymi przez siebie skarbami. Interesowało go i ponad miarę ekscytowało wszystko, co dotyczyło tamtego obszaru. Na przykład poznanie legendarnego Fidela Pereiry. Syn białego z Cusco i kobiety z plemienia Macziguengów był swoistą mieszanką feudalnego seniora i plemiennego kacyka. W ostatnim ćwierćwieczu dziewiętnastego stulecia kuskańczyk z dobrego domu, uciekając przed sprawiedliwością, schronił się w tamtejszej selwie, gdzie został przygarnięty przez Macziguengów. Ożenił się z kobietą z tego plemienia. Jego syn, Fidel, żył na pograniczu dwóch kultur, uchodząc za białego wśród białych i za Macziguengę pośród Macziguengów. Miał wiele prawowitych żon, nieskończon...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin