Przyjaciel Misji nr2.pdf

(5398 KB) Pobierz
115802447 UNPDF
przyj@ciel
misji
elektroniczny biuletyn informacyjno-formacyjny
misjonarze klaretyni w Chile – Atakama
Klepsydra naszej codzienności
i szybów górniczych; do naszego świętego miejsca, gdzie
Matka Boża Candelaria cichym spojrzeniem uspokaja,
pociesza, radzi i umacnia wszystkich, którzy do Niej
przychodzą, by powierzyć Jej swą codzienność. Ja
również to czynię, nie omieszkując wspomnieć przy tym
i Was, drodzy Przyjaciele; jesteście już bowiem wpisani
w historię tego ludu i tego miejsca.
Minęło kilka miesięcy od naszego „wirtualnego
spotkania” na łamach pierwszego numeru Biuletynu;
dziś zapraszam do kolejnego. Czas i życie dokonały wielu
zmian. Chcemy tymi wydarzeniami podzielić się z Wami.
W pamięci i w sercu pozostał nam Zeferino.
Pożegnaliśmy go niedawno. Miał 93 lata. Kilkanaście
lat temu stracił wzrok. Potem opuścił go syn. Pod dach
przyjęli go obcy. Odwiedzałem go każdego tygodnia.
Na głos mojego pozdrowienia w jego pomarszczonej
twarzy zatapiał się uśmiech. Opowiadaniom nie było
końca: o tym, jak w dzieciństwie zabawa stawała
się wypróbowanym i najlepszym sposobem na
zapomnienie o głodzie, jak strach „przyklejał się” do
spoconej koszuli, kiedy nawiedzały kopalnie tajemnicze,
czarne postacie (duentes), protestując tym samym
przeciwko naruszeniu ich „własności”, o wyprawach
w otchłań pustynnych przestworzy, w oszukiwaniu
„złotego runa”,
gdzie żar z
nieba wypalał
do żywego
zmęczone
oczy, zaś chłód
krótkich nocy
przeszywał do
szpiku kości,
o podniosłych
świętach Bożej
Dziewicy,
Drodzy Przyjaciele mojej Misji:
Od czasu do czasu myślą i pamięcią przybywam do
Ojczyzny. Pokonuję w ten sposób prawie 15 tys. km, by
znaleźć się na polskim wybrzeżu i popatrzeć na słońce,
które ukrywa swą nagość, zanurzając się w morskiej
otchłani, przedzieram się przez kosodrzewinę, by wspiąć się
po górskiej perci, towarzyszę wzrokiem zimnym prądom,
gubiącym się w meandrach Zawiśla, niekiedy zatrzymuję
się, by wypić z przyjaciółmi dobrą kawę w kawiarence
„Pod Słodką Borówką” na wrocławskim rynku, wsuwam się
niepostrzeżenie w zacisze nawy gnieźnieńskiej katedry, by
powierzyć Stwórcy wszystkich tych, którzy towarzyszą mojej
misji w Chile, wspierając ją duchowo i materialnie.
Wyprawy tego rodzaju nie są jednak zbyt częste,
zważywszy, że „koszty” nostalgii, wspomnień i zwykłej
tęsknoty mogą „przewyższać ludzkie możliwości”. Dlatego
też wolę „pielgrzymować” bliżej, do znanych mi i niemal
swojskich już miejsc i klimatów: do piaszczystej zatoki
Baía Inglesa, która „wpatruje się” w odległe o 4000
km, niepodobne do naszej pustyni, zielone „oblicze”
Wyspy Wielkanocnej;
pod piaszczystą górę
„magnesową” Imán,
gdzie jeszcze niedawno
znajdowała się meta
międzynarodowego
rajdu Dakar 2009;
krętych ścieżek, które
wiodą pirquineros
(„prywatnych” górników)
do ciemnych i głębokich
jak otchłań tuneli
krętych ścieżek, które
(„prywatnych” górników)
do ciemnych i głębokich
chilejesus@gmail.com
gdzie jeszcze niedawno
znajdowała się meta
z którą do końca dzielił swoją niedolę samotności.
Czasami jego stare oczy wypełniały się łzami, kiedy
pytał, czy rzeczywiście Pan Bóg go kocha. Nie szukałem
wówczas zadawalającej odpowiedzi w mojej „świętej”
głowie; całowałem jego brudne ręce i mówiłem, że
Najwyższy kazał mi pokonać tysiące kilometrów,
by „usłyszeć” jego
„pustynny niepokój”.
Umierając miał przy
swoim wezgłowiu
„polskiego Jezusa”
– obrazek Jezusa
Miłosiernego. W
prezencie po jego
odejściu otrzymałem
drewniany krzyżyk,
który nosił na piersi od
niepamiętnych czasów.
Lęk i bezsilność
towarzyszyły nam przez
kilka tygodni.
W ciemnościach
pamiętnej nocy stracił
życie Guillermo. Miał
17 lat. Przynależał
do pandilla,
czyli ulicznej
grupy. Za dnia
był przykładnym
chłopakiem,
dobrze uczącym
się studentem,
miłym dla
sąsiadów
współlokatorem.
Co robił w nocy?
Nikt tego nie wie! Tydzień po jego śmierci zamordowano
Franco. Miał 15 lat. Szefował grupie w drugim sektorze.
Narkotyki, biała i ostra broń, siła pięści i „prawo ulicznego
buszu”. Dla wielu tutejszych młodych ludzi to chleb na
dziś i chleb na jutro. Ubóstwo, „lekkie pieniądze”, pokusa
łatwego życia, bezrobocie, „wiara na swój sposób” i wiele
innych faktorów, znaczą wyraźnie i nieubłagalnie naszą
pustynną rzeczywistość.
Wspólne życie Sergia i Weroniki nie rokowało dalszej
przyszłości. Separacja, rozstanie, wzajemne oskarżanie się,
„dzielenie się” dziećmi… Oboje powiększyli w ten sposób
„czarną” statystykę rozwodów. Jeszcze kilka lat temu Chile
zamykało światowy ranking rozwodowy, odstając daleko
od sąsiadów Ameryki Południowej. W roku 2008 na trzy
zawarte małżeństwa, przypadał jeden rozwód. Z grupy
tych, którzy ponownie zawarli związek małżeński, 75%
rozwodzi się kolejny raz. Tendencje są wzrastające. Model
rodziny trwałej i wielodzietnej to archiwalny przeżytek.
Modny i praktyczny stał się model convivientes, czyli życie
pod jednym dachem, bez żadnych „obciążeń” moralnych
czy prawnych. Kryzys małżeństwa i rodziny ma swój
punkt centralny – są nimi dzieci. 25% dzieci z małżeństw
rozwiedzionych obciążonych zostaje destrukcyjnymi
skutkami rozwodów, które materializują się w problemach
alkoholizmu
i narkomanii.
Młody Pol
przestał być
ministrantem w
parafii, podzielił
losy swojej
mamy Weroniki,
przeniósł
się wraz z
nią do innej
miejscowości,
zostawiając
w Copiapo ojca
i siostrę.
Puszka białej
farby, worek
cementu i 6
metrów tkaniny
– tyle brakowało,
do zakończenia
trwającej kilka
miesięcy budowy
nowej kaplicy,
jadłodajni i salki
katechetycznej.
Hojność ludzi
dobrej woli
pozwoliła na
sfinalizowanie
pragnienia wielu wiernych w sektorze Arturo Prat. Za
„wdowie grosze” nie byliśmy w stanie postawić nawet
ogrodzenia. Udało się jednak! Poświęcenie i przecięcie
wstęgi było wydarzeniem nie mniejszym niż podbój
Ziemi Ognistej.
Zdjęcia, str. 1-2: Uroczystości Wielkiego Tygodnia.
2
Od Palmowej do Zmartwychwstania
Wspomniane wydarzenia są namiastkę naszej misyjnej rzeczywistości.
Nam osobiście przypominają Wielki Tydzień i okres Wielkanocny,
który zakończyliśmy niedawno w Kościele. Na ulicach, w domach, na
bezkresnym horyzoncie – w tych właśnie miejscach świętujemy nasze
„niedziele palmowe”, zasiadamy do stołu w „domowych wieczernikach”,
dajemy rozłożyć ramiona na ciężkim krzyżu i oczekujemy na poranki
zmartwychwstania. Podniosłość, oddanie, tęsknota, lęk i cierpienie,
nadzieja i radość – wszystko to tworzy jedno WIELKIE ZDJĘCIE, które
spróbujcie dostrzec zza cyfrowych fotografii; na tych ostatnich dostrzeżecie
tylko nas, na WIELKIM, jesteśmy wspólnie razem.
Taniec jest częścią kultury i religii.
Jeszcze pachnie wiosną
W Europie przyzwyczajeni jesteśmy
do „normalności”. Za oczywiste
uznajemy, że dzieci zaczynają rok
szkolny we wrześniu, a kończą w
czerwcu, że śnieg wywołuje choinkę, a
choinka sanki i narty, że woda spływa w
wannie zgodnie z ruchem wskazówek
zegara, a nie odwrotnie… Ale nie
zawsze tak właśnie jest. Wystarczy
odwiedzić nas, by się przekonać, że
może być inaczej.
Pewnie zgasły już woskowe świece
na bocznych ołtarzach, ucichły dźwięki
sygnaturki kościółka na Pęksowym
Brzyzku, przestały już boleć gardła od
śpiewów długiej litanii… Wciąż jednak
unosi się zapach wiosennych bzów,
który przypomina, że „Majówki” nie
zaczyna się i nie kończy w maju.
U nas „normalność” wygląda jednak
nieco inaczej – dzieci zaczynają rok
szkolny w marcu, zaś kończą go w
grudniu, choinki nie przykrywa śnieg, bo przy temperaturze 30 C śnieg
raczej nie pada, woda spływa tak samo szybko, choć „kręci się” w drugą
stronę, zaś „Majówkę” odprawiamy w listopadzie. Pozwólcie, że
w kontekście wspominanych maryjnych spotkań, opowiem Wam nieco
o naszych z Nią spotkaniach. Posłuchajcie!
Grupom tanecznym szefuje casique.
W rytm bicia serca.
Każdy może Jej “dotknąć”.
Adiós Madre - Żegnaj Matko!
Gdy znajdziesz się w takim miejscu, w jakim ja się znalazłem
– a jest to środek pustyni Atakama w Chile – uderzy cię nie tylko widok
piachu, wzgórz i prażącego słońca, ale także to, co wydaje się pustynnym
kontrastem, szokiem dla „ascetycznej” natury, „hybrydą” ludzkich pragnień
i dążeń. Tych zaś jest całe mnóstwo, podobnie jak wszędobylskiego u nas
piasku. Mocnym ich przejawem są wydarzenia, które ożywiają całą naszą
społeczność, wszystkich tutejszych mieszkańców – atakameńczyków.
Oto bowiem dwa razy do roku, w październiku i lutym, tysiące
wiernych z pobliskich osiedli, dalszych okolic, a nawet odległych osad
górskich pielgrzymuje do Copiapó, do naszego sanktuarium Maryjnego
Matki Bożej „Candelaria” (candela – świeca). Jest to publiczny przejaw
ich pobożności, która „płynie” w ich indiańskiej krwi. To dziedzictwo wiary
Manda - spełniona obietnica.
Błogosławieństwo najmłodszych.
3
przekazywanej z pokolenia na
pokolenie, którego początków
należy upatrywać w odległej
historii podboju Ameryki
Południowej.
kilkadziesiąt ofierze kilkadziesiąt kilometrów, spać na gołej
ziemi, czekać i modlić się przez cały upalny dzień czy
przetańczyć kilka godzin w rytmie bębnów i drewnianych
fujarek. Owe rytmy ożywiają tych, którzy należą do
religijnych grup tanecznych. Jest ich tu cała gama. Różnią
się nazwą, strojami, właściwym rytmem kroków i ekspresji.
Przypominają tancerzy z brazylijskiego karnawału. Lecz
nie chodzi tu o zabawę. Przyświeca im całkiem inny
cel – prawdziwie wzniosły, zbożny, by nie powiedzieć
niebiański. Tańcem swym „wypowiadają” to wszystko, z
czym przyszli do Matki – radość i smutek, nadzieję i ból.
W ich pełnych uniesienia oczach odbija się cały ich świat,
często zamykający się w granicach problemów codziennego
życia, walki o godność, sprawiedliwość i powszedni chleb.
Tu, w atmosferze świątecznych śpiewów, pachnącego
wosku świec, głośnego „zawodzenia” instrumentów, chcą
zapomnieć choć na chwilę o swoim trudnym życiu, swoich
kłopotach, zatapiając się w przestrzeni religijnych uniesień.
Dla innych, ten czas, to czas „zbliżenia” – praca,
rodzina, mijające dni, miesiące i zwykła ludzka ułomność
potrafią oddalić nawet od tego, co najświętsze. Dla nich
Maryjne święto, to dobra okazja, by „dotknąć świętości”.
A więc spowiedź, modlitwa, zapalenie świecy, a potem
dotknięcie figury Mamita (mamuśki) – nie potrzeba więcej
rytów. To wystarczy, by znów stać się „maryjnym”. Resztę
uzupełni pacha mama.
Kończy się dzień. Słońce schowało się już za
horyzontem. Czas pożegnać się z Matką. Ostatnie
spojrzenie w Jej oczy, by zatrzymać „błysk życia” i szeptem
wypowiadane słowa ostatniej modlitwy: „Dziewico Maryjo,
Matko Boga! Wysłuchaj naszego błagania, błogosław nasze
domostwa, daj nam pracę i zdrowie, naucz nas słuchać słów
Twojego Syna i żyć nimi każdego dnia, abyśmy poddani
Duchowi Świętemu, umieli budować braterski naród i
Kościół służebny na naszej ziemi Atakama”. Adiós Madre!
Pora wracać do domu... Drogę wyznacza
gwiaździsty nieboskłon, na którym jaśnieje Krzyż
Południa. Pozwala on ufać, iż ostateczne zwycięstwo
należy do Krzyża Chrystusa.
Kościół w Chile – podobnie
zresztą jak i w całej Ameryce
Południowej – jest kościołem
młodym, istniejącym od niespełna
pięciu wieków. Burzliwe dzieje
historii tego kontynentu, włącznie
z prześladowaniami i przelewem krwi za Jezusa Chrystusa,
umocniły w wierze i wierności tutejszych ludzi. Wciąż jednak
czują się jak uczniowie idący do Emaus, którym potrzeba
obecności Mistrza, by stać się prawdziwymi Jego świadkami.
Pomaga im w tym od samego początku Najświętsza
Maryja, którą czczą jako Matkę. Czują się Jej synami.
Pobożność maryjna jest częścią ich życia. Wyrażają ją
na różny sposób, najbardziej jednak w śpiewie i tańcu.
Ta forma religijności ludowej stała się już częścią ich
narodowej kultury. Maryja jest tu jak Pacha mama (matka
ziemia), która jest ziemią tak świętą, że na kolanach i w
uwielbieniu trzeba po niej stąpać.
I tak się właśnie dzieje, gdy nadchodzi dzień
wielkiego święta „Candelaria”. Wszyscy długo się do niego
przygotowują – bywa że i przez kilka miesięcy. Jednym
miesiące te potrzebne są do przypomnienia sobie o
obietnicach, jakie złożyli Maryi (mandas) – dziś trzeba je
bezwzględnie wypełnić, nawet gdyby trzeba było przejść
Dar SERCA
Pracą duszpasterską usiłujemy objąć wszystkie sektory, które wymagają ewangelizacji. Priorytetem są dzieci
i ludzie ubodzy, którzy są “chlebem powszednim”, mieszkamy bowiem w najbardziej ubogiej dzielnicy miasta Copiapo.
Zaplecze duszpasterskie ogranicza niejednokrotnie nasze zamiary i dążenia. Stąd też, pragnieniem naszym jest także
godne, choć skromne miejsce do nauczania, przepowiadania i posługi.
W roku 2009 priorytetem dla nas jest sektor z kaplicą “Maryja z Nazaretu”. Przedsięwzięciem pilnym staje się bu-
dowa salki katechetycznej i jadłodajni dla dzieci. Zaczy-
namy od “0”.
Dlatego... Rozpoczynamy AKCJĘ “CEGIEŁKA” .
Apelujemy do wszystkich “Przyjaciół Misji” i prosimy
o wkład w postaci “cegiełki” (w naszym przypadku jest to
jeden pustak!), który w tutejszych realiach kosztuje około
jednego dolara. Jeżeli stać Was na taką pomoc, prosimy
o wpłate na konto, którego dane znajdują się poniżej
(w stopce redakcyjnej).
Wdzieczni parafianie z kaplicy “Maryja z Nazaretu”.
Adres kontaktowy Adam Bartyzoł CMF, Parafia “Jesús de Nazareth”, Chacabuco 441, Copiapó-Chile,
tel. +56 52 225498, e-mail: chilejesus@gmail.com, www.klaretyni.pl, www.claretianos.cl
Zapraszamy do “Nasza klasa” : “Przyjaciele misji ojca Adama w Chile”
Nr konta Dla tych, którzy chcą nas wesprzeć materialnie w dziele misyjnym:
Adam Bartyzoł, ul. Poborzańska 7, 03-368 Warszawa, Multibank:
Rachunek złotówkowy: 59114020170000420207410873; Rachunek walutowy USD: 47114020170000451200600635;
Rachunek walutowy EUR: 52114020170000431200600643
przyj@ciel
elektroniczny biuletyn informacyjno-formacyjny
misjonarze klaretyni w Chile – Atakama
misji
Zgłoś jeśli naruszono regulamin