Golding_William_-_Spadkobiercy.rtf

(520 KB) Pobierz
Rozdzia³ pierwszy
 

 

 

WILLIAM GOLDING

 

 

SPADKOBIERCY
(tłumaczyła Ryszarda Grzybowska)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

            ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

Lok pędził przed siebie co sił. Głowę miał spuszczoną, sękaty kij trzymał dla równowagi poziomo, a wolną ręką rozgarniał gąszcz barwnych pąków. Liku, siedząca okra­kiem na plecach Loka, popędzała go ze śmiechem: jedną ręką chwytała się kurczowo jego kasztanowatych, wijących się włosów, które spadały mu na kark i wzdłuż kręgosłupa, drugą podtrzymywała małą Oa, wciśniętą mu pod brodę. Nogi Loka były sprawne. Widziały. Okrążały sterczące bez­ładnie korzenie buków, przeskakiwały kałuże wody na szla­ku. Liku uderzała go stopami po brzuchu.

- Prędzej! Prędzej!

Zabolały go nogi, pochylił się i zwolnił. Usłyszeli rze­kę płynącą równolegle do szlaku po lewej stronie, ale jeszcze niewidoczną. Buki przerzedziły się, zniknęły krzaki i zna­leźli się na niewielkim, błotnistym terenie, gdzie zawsze le­żał pień.

- To tutaj, Liku.

Przed nimi rozlewała się mulista, onyksowa woda, która rozprzestrzeniała się łącząc z rzeką. Szlak, prowadzący wzdłuż rzeki, rozpoczynał się znowu po jej drugiej stronie, na terenie, który się wznosił coraz wyżej i ginął pośród drzew. Uszczęśliwiony Lok uśmiechnął się, zrobił dwa kroki w stronę wody i stanął. Spoważniał, otworzył usta tak szeroko, że aż opadła mu dolna warga. Liku obsunęła się do wysokości jego kolan, po czym zeskoczyła na ziemię. Włożyła główkę małej Oa do ust i zaczęła się rozglądać. Lok uśmiechnął się niepewnie.

- Pień zniknął.

Przymknął oczy i zasępił się przywołując obraz pnia. Leżał tu w wodzie, od brzegu do brzegu, szary i butwiejący. Kiedy się przechodziło przez sam jego środek, czuło się płynącą pod nim wodę, okropną wodę, miejscami głęboką na długości męskiego ramienia. Nie była rozbudzona jak rzeka czy wodospad, ale senna, rozciągała się aż po rzekę i dopiero tam się budziła i łączyła po prawej stronie z głuszą nieprzeby­tych bagien, chaszczy i trzęsawisk. Był tak pewien tego pnia, z którego ludzie zawsze korzystali, że kiedy znów otworzył szeroko oczy, zaczął się uśmiechać, jakby budził się ze snu, pień jednak zniknął. Kłusując szlakiem zbliżała się Fa. Na jej plecach spał nowy. Nie obawiała się, że spadnie, czuła bowiem, że przy­trzymuje się rączkami jej włosów na szyi, a nóżkami włosów rosnących niżej, na plecach, ale mimo to biegła ostrożnie, żeby się nie zbudził. Lok usłyszał, że się zbliża, nim jeszcze pojawiła się pod bukami.

- Fa! Pień zniknął!

Podążyła prosto na brzeg wody, popatrzyła węsząc je­dnocześnie nosem, po czym obróciła się do Loka i spojrzała na niego z wyrzutem. Nie musiała nic mówić. Lok zaczął podrzucać głową.

- O nie, nie. Nie ruszyłem pnia, żeby rozbawić ludzi. Zniknął.

Rozłożył szeroko ramiona, aby dobitniej zobrazować brak pnia, po czym opuścił je widząc, że zrozumiała. Liku zawołała do niego: - Pohuśtaj mnie.

Starała się dosięgnąć gałęzi buku, która wyrastała z drze­wa niczym długa szyja, a ujrzawszy światło wygięła się w górę, bujnie obsypana zielonymi i brązowymi pąkami Lok przestał myśleć o pniu, który zniknął, i podsadził Liku na wygiętą gałąź. Zakołysał się na boki i zaczął wyciągać gałąź, cofając się krok po kroku do tyłu, aż zaskrzypia­ła.

- Hop! Puścił i upadł na siedzenie. Gałąź odskoczyła, a Liku krzyknęła rozradowana:

- Nie! Nie! Lok pociągał gałąź co pewien czas, a pokrzykująca, roze­śmiana i protestująca Liku unosiła się pośród gęstwiny liści nad samym brzegiem wody. Fa spoglądała to na rozlewisko, to na Loka. Była znowu zasępiona. Teraz Ha zbliżał się szlakiem, spieszył się, ale nie pędził, sprawiał wrażenie człowieka bardziej rozważnego niż Lok. bardziej odpowiedzialnego. Kiedy Fa zaczęła do niego mówić, nie odpowiedział od razu, najpierw popatrzył na pustą wodę, potem dalej, na lewo, gdzie za łukiem buków widać było rzekę. Następnie zbadał las uchem i nosem, sprawdzając, czy nie ma jakichś intruzów, i dopiero gdy upewnił się, że nie zagraża im niebezpieczeństwo, położył sękaty kij i uklęknął przy wodzie.

- Patrzcie!

Wskazał palcem na podwodne wyrwy, jakie zostały po pniu. Ich brzegi były wciąż jeszcze poszarpane, a w głębi leżały grudy ziemi, których woda nie zdążyła rozmyć. Śledził kręte wyrwy, które dalej ginęły w mroku wody. Fa po­patrzyła na drugą stronę, na dalszy ciąg przerwanego szla­ku. Tam, gdzie przedtem leżał drugi koniec pnia, ziemia była poryta. Fa zwróciła się z pytaniem do Ha, który odparł: - Jeden dzień, może dwa. Nie trzy. Liku wciąż wykrzykiwała ze śmiechem. Na szlaku pojawiła się Nil. Pojękiwała cicho, jak zwykle, gdy była zmęczona i głodna. Skóra na jej masywnym ciele była zwiotczała, ale piersi sterczały prosto, nabrzmiałe mlekiem. Jeśli ktoś był głodny, to na pewno nie nowy Spojrzała na niego. ukrytego we włosach Fa, a przek­onawszy się, że śpi, podeszła do Ha i dotknęła jego ra­mienia.

- Dlaczego mnie zostawiłeś? Masz więcej obrazów w głowie niż Lok.

Wskazał na wodę. - Spieszyłem się, żeby zobaczyć pień. - Ale pnia nie ma.

Stali we troje i spoglądali na siebie. Potem, jak to się często zdarza wśród ludzi, poddali się emocjom. Fa i Nil zobaczyły także obraz, jaki widział zamyślony Ha. Uznał, że po­winien się upewnić, czy pień jest na miejscu, bo jeśli woda go zabrała albo sam się gdzieś przesunął, groziła im całodzienna mozolna wędrówka dokoła bagniska, narażeni byliby na niebezpieczeństwa i jeszcze większe trudy niż zazwyczaj. Lok rzucił się całym ciężarem ciała na gałąź, aby ją zatrzymać. Uciszył Liku, która zsunęła się i stanęła obok niego. Szlakiem zbliżała się teraz stara kobieta, słychać było jej kroki i strudzony oddech. Wyłoniła się spoza ostatniego drzewa, szara i drobna, pochylona i daleka, pogrążona w kontemplowaniu zawiniętego w liście tobołka, który nio­sła oburącz przed obwisłymi piersiami. Stojąc obok siebie powitali ją milczeniem. Ona też się nie odezwała, tylko czekała, jakby z pełną pokory cierpliwością, na to, co miało nastąpić. Opuściła tobołek trochę niżej i znowu podniosła, aby wszyscy uświadomili sobie, jak bardzo jest ciężki. Lok odezwał się pierwszy. Zwrócił się do wszystkich, uśmiechnięty, wsłuchany w słowa dobywające się z jego ust, ale spragniony śmiechu. Nil znowu zaczęła pojękiwać. Teraz dobiegły ich odgłosy ostatniego człowieka nad­chodzącego szlakiem. Był to Mal, który posuwał się wolno i pokasływał. Wyszedł zza ostatniego drzewa, przystanął na skraju polany, oparł się ciężko na rozwidlonym końcu sękatego kija i zaczął kasłać. Kiedy się pochylił, ujrzeli jego białe włosy, wyrastające znad brwi i opadające zmierzwioną strzechą na ramiona. Nikt nie odzywał się ani słowem, gdy kasłał, wszyscy czekali w ciszy, niczym jelenie wpatrzone przed siebie czujnym wzrokiem, a obok ich nóg wybrzuszały cię kanciaste bryły błota, które przeciskało się też pomiędzy palcami ich stóp. Postrzępiona chmura oddaliła się od słońca, drzewa przesiewały teraz zimny blask na ich nagie ciała. W końcu Mal przestał kaszleć. Zaczął się prostować opierając się mocno o sękaty kij i przesuwając po nim ręce w górę jedna za drugą. Najpierw spojrzał na wodę, potem na wszystkich po kolei ludzi, którzy stali w oczekiwaniu. Widzę obraz. Odjął rękę od kija i położył ją płasko na głowie, jakby chciał zamknąć pojawiające się w niej obrazy. - Mal nie jest stary, ale przytulony do pleców matki. Jest więcej wody, nie tylko tutaj, ale i wzdłuż szlaku, którym przybyliśmy. Człowiek jest mądry. Każe ludziom wziąć drzewo, które się przewróciło i... Jego głęboko zapadnięte oczy zwróciły się do ludzi z błaganiem, aby współuczestniczyli z nim w tym obrazie. Zakasłał znowu, cicho. Stara kobieta ostrożnie podniosła tobołek . Wreszcie Ha się odezwał: Nie widzę tego obrazu. Stary westchnął i zdjął dłoń z głowy. - Poszukajcie drzewa, które się przewróciło. Posłusznie rozpierzchli się nad brzegiem wody. Stara kobieta zbliżyła się do gałęzi, na której niedawno huśtała się Liku, i wsparła na niej ręce. Pierwszy zawołał Ha. Popędzili w jego stronę i skrzywili się na widok grząskiego błota do kostek. Liku znalazła poczerniałe jagody, które nie zostały zebrane w porze owocowania. Nadszedł Mal i stanął patrząc ponurym wzrokiem na pień. Była to brzoza grubości ludzkiego uda, do połowy zanurzona w błocie i wodzie. W wielu miejscach poodpadała z niej kora i Lok zaczął odrywać rosnące na niej kolorowe grzyby. Niektóre były jadalne i te podał Liku. Ha, Nil i Fa szarpnęli niezdarnie pień. Mal westchnął. - Poczekajcie. Ha tam. Nil także. Lok! Unieśli pień bez większego trudu. Miał jeszcze gałęzie, które zaczepiały się o krzaki i wlokły w błocie, utrudniając już i tak ciężką drogę do mrocznego zwężenia rozlewiska. Słońce znowu się skryło. Kiedy dotarli do brzegu, starzec już tam stał patrząc chmurnie na zrytą ziemię po drugiej stronie wody. - Spuśćcie pień na wodę. Było to zadanie delikatne i trudne. Aby przerzucić ten mokry pień, musieli dotknąć stopami wody. Wreszcie pień unosił się na jej powierzchni, a Ha stał przechylony do przodu trzymając go z jednego końca. Drugi koniec trochę się zanurzył. Ha podtrzymywał pień jedną ręką, a drugą zaczął go wyciągać. Korona pnia powoli się wynurzyła i wsparła w błocie na drugim brzegu. Lok, pełen podziwu, mamrotał coś ze szczęścia, przechylił głowę do tyłu i mówił, co mu ślina na język przyniosła. Nikt nie zwracał na niego uwagi, natomiast stary człowiek wciąż był zasępiony i obie­ma rękami uciskał głowę. Końcowa, najcieńsza część pnia o długości dwóch ludzi znajdowała się pod wodą. Ha spojrzał pytająco na starego człowieka, który znów nacisnął głowę i zakaszlał. Ha westchnął i po namyśle stąpnął jedną nogą w wodę. Na ten widok wszyscy jęknęli ze współczu­ciem. Po chwili ostrożnie wszedł obiema nogami, wykrzywił twarz, a oni, stojąc na brzegu, też się skrzywili. Nabrał oddechu i wzdragając się postąpił dalej, po kolana, po czym chwycił omszały brzozowy pień, który lekko drgnął. Teraz przyciągnął go jedną ręką, a drugą usiłował podnieść do góry. Pień się przekręcił, gałęzie rozbełtały brązowo żółty muł, który rozprysnął się wzburzony gęstwiną liści, a wie­rzchołek brzozy przechylił się i oparł dalej na brzegu. Ha pchał z całych sił, lecz rozłożyste gałęzie stawiały opór, nie mógł sobie poradzić. Po drugiej stronie, w miejscu gdzie le­żał poprzedni pień, widać było wgłębienie na dnie wody. Ha wyszedł na brzeg, wszyscy przyglądali mu się z powagą i smutkiem. Mal patrzył na Ha wyczekująco, obiema rękami trzymał znowu swój sękaty kij. Ha podszedł do miejsca, gdzie szlak łączył się z polaną. Podniósł swój kij i przy­kucnął. Jakiś czas tkwił tak pochylony, po czym rzucił się do przodu i w mgnieniu oka pomknął przez polanę. Zrobił cztery kroki po pniu chwiejąc się tak, iż wydawało się, że głową uderzy w kolana. Wtem pień wystrzelił z wody, a Ha z podkurczonymi nogami i rozpostartymi szeroko ramionami poszybował w powietrzu. Runął na liście i zie­mię. Znalazł się po drugiej stronie. Odwrócił się i chwy­ciwszy koniec pnia, pociągnął go; szlak miał teraz połącze­nie przez wodę. Zgromadzeni na brzegu ludzie wykrzyknęli z ulgą i ra­dością. Nawet słońce wybrało sobie ten moment, aby się znowu pojawić na niebie; cały świat zdawał się dzielić z nimi szczęście. Bijąc dłońmi o uda wyrażali podziw dla Ha, a Lok tryumfował wraz z Liku.

- Widzisz, Liku`? Pień łączy brzegi. Ha ma wiele obra­zów!

Kiedy się uspokoili, Mal wskazał kijem na Fa. Fa i nowy. Fa sprawdziła pozycję nowego na plecach. Gęstwina włosów na jej karku całkowicie go przykrywała, widać było tylko rączki i stopki wczepione mocno w poskręcane pasma włosów. Podeszła nad brzeg wody, rozpostarła ramiona, przebiegła zręcznie po pniu i przeskoczywszy ostatni od­cinek stanęła przy Ha. Nowy zbudził się, wyjrzał ponad jej ramieniem, poprawił jedną stopę i znowu zapadł w sen.

- Teraz Nil.

Nil spoważniała ściągając brwi. Odgarnęła do tyłu wy­rastające znad brwi włosy, skrzywiła się boleśnie i wbiegła na pień. Wyciągnęła ręce w górę i ledwie znalazła się na środku, zaczęła pokrzykiwać:

- Aj! ,Aj! Aj!

Pień zgiął się i zanurzył w wodzie. Stąpnęła na jego najcieńszy odcinek, poderwała się wysoko, aż piersi jej podskoczyły, i wpadła do wody po kolana. Krzycząc i wyciągając nogi z błota chwyciła rękę Ha i po chwili znalazła się na lądzie drżąc i z trudem łapiąc powietrze.

Mal podszedł do starej kobiety i zwrócił się do ni;; łagodnym głosem:

- Czy teraz dasz radę'?

Wyrwała się tylko częściowo z głębokiej kontemplacji; Zbliżyła się do wody, wciąż trzymając tobołek na wysokości piersi. Była maleńka sama skóra i kości, i przerzedzone białe włosy. Szybko pokonywała pień, prawie nie dotykały wody.

Mal pochylił się do Liku. - Przejdziesz?

Liku wyjęła małą Oa z ust i otarła zmierzwione rude włosy o udo Loka.

Pójdę z Lokiem.

W głowie Loka zajaśniał jakby promień słońca. Otworzył szeroko usta i śmiejąc się zaczął coś mówić, choć jego słowa niewiele miały wspólnego z obrazami. Zobaczył, że ł :~ uśmiecha się do niego i Ha też się uśmiecha, ale z powaga Nil zawołała:

Uważaj, Liku! Trzymaj się mocno. Lok pociągnął Liku za włosy. Wskakuj.

Wzięła go za rękę, uchwyciła się jedną nogą jego kolana i wgramoliła mu się na plecy między włosy. Mała Oa spoczywała w jej ciepłej rączce pod brodą Loka. Zawołała:

- No już!

Lok cofnął się pod buki, spojrzał groźnie na wodę, podbiegł, ale się zatrzymał. Po drugiej stronie wszyscy zaczęli się śmiać. Lok rzucał się do przodu i cofał, zapierając się nogami przy samym pniu. Wreszcie zawołał:

Patrzcie na Loka, potężnego skoczka! Napuszony rzucił się do przodu. ale spokorniał i skulony wycofał się. Liku podrwiwała wołając:

No skacz! Skacz!

Jej głowa obijała się bezradnie o głowę Loka. Wreszcie zszedł na brzeg jak Nil i uniósł w górę ręce. - Aj! Aj!

Nawet Mal się uśmiechnął na ten widok. Liku przestała się śmiać, umilkła i wstrzymała oddech, a z oczu jej popłynęły łzy. Lok skrył się za bukiem, zaś Nil tak się śmiała, że aż musiała podtrzymywać piersi. Nagle Lok wyłonił się zza drzewa i rzucił naprzód z opuszczoną w dół głową. W mgnieniu oka, z donośnym okrzykiem, przebiegł pień, odbił się i znalazł na suchym lądzie. Tam zaczął się kręcić w kółko i podskakiwać, szydząc z pokonanej wody, aż Liku dostała czkawki. Wszyscy skupili się razem. Wreszcie zapanowała cisza i Mal ruszył do przodu. Zakaszlał cicho i zmarszczył twarz patrząc w ich stronę. - No, a teraz Mal.

Wziął kij w obie ręce i uniósł przed sobą. Wszedł na pień, z trudem przebierając starymi nogami. Idąc kołysał kijem dla równowagi. Nie rozwinął należytej szybkości, aby mógł pokonać pień bezpiecznie. Widzieli rosnący niepokój na jego twarzy, widzieli jego obnażone zęby. Wtem strącił no­gą korę i pozostał kawałek nagiego pnia, a że posuwał się zbyt wolno, druga noga mu się ześlizgnęła i upadł do przo­du. Chybotał się chwilę na boki, po czym zniknął w bło­tnistej, wzburzonej wodzie. Lok biegał tam i z powrotem krzycząc wniebogłosy:

- Mal wpadł do wody! - Aj! Aj!

Ha rzucił się w bród krzywiąc się boleśnie, zetknięcie z zimną wodą było odczuciem obcym. Uchwycił koniec kija. który trzymał Mal. Wreszcie udało mu się złapać Mala za przegub ręki. Przewracali się obaj, jakby zmagali się w za­pasach. Mal jednak wyzwolił się i na czworakach wydostał na twardszy grunt. Teraz oddzielało go od wody bukowi drzewo, leżał tam skulony i drżący z zimna. Wszyscy otoczyli go ciasnym kręgiem. Przykucnąwszy ocierali się o jego ciało. a splecionymi rękoma osłaniali go i ogrzewali. Woda z niego obciekała, a włosy spadały w pozlepianych pasmach. Liku wślizgnęła się do środka i swoim brzuchem rozgrzewała mu łydki. Tylko stara kobieta stała bez ruchu w pozycji oczekiwania. Pozostali, otoczywszy Mala, drżeli razem z nim z zimna.

Liku powiedziała: - Jestem głodna.

Rozstąpili się przerywając zwarty krąg i Mal podniósł się. Wciąż jeszcze drżał. Nie było to powierzchowne drżenie skóry i włosów, sięgało głębiej, a wraz z nim drżał też jego sękaty kij. Idziemy. Ruszył szlakiem na czele grupy. Tutaj, pomiędzy drzewami, było więcej wolnej przestrzeni, a w prześwitach ro­sły licznie krzaki. Dotarli do polany, która powstała pod ogromnym drzewem, nim jeszcze zdążyło uschnąć, a znaj­dowała się tuż nad rzeką. Sterczący kikut drzewa wciąż był na niej punktem centralnym. Oplatał go bluszcz, zmie­rzwioną gęstwiną sięgając aż po rozwidlony wierzchołek, gdzie ciemnozielone liście tworzyły gniazdo. Drzewo to stało się też pożywką dla grzybów, które wyrastały w kształcie spłaszczonych talerzy pełnych deszczowej wody i galareto­watych grudek, czerwonych i żółtych. Stary pień zaczynał się rozkładać, wypełniać białą miazgą i próchnem. Nil uzbierała jadła dla Liku, a Lok wygrzebywał palcami białe pędraki. Mal czekał. Już nie drżał bez przerwy, tylko od czasu do czasu wstrząsały nim dreszcze. Oparł się na kiju i wydawało się, że obsuwa się po nim coraz niżej. Ich zmysły odbierały teraz nowe wrażenia, dobiegały ich tak bezustanne i przenikliwe odgłosy, że nie musieli sobie nawet przypominać, co oznaczają. Za polaną teren zaczął się wznosić stromo, był gliniasty, porośnięty niezbyt wysokimi drzewami; tutaj można było zobaczyć kości tej ziemi, ster­czące bryły gładkich, szarych skał. Za zboczem znajdowała się przełęcz, a poprzez jej krawędź przelewała się rzeka tworząc wodospad. ogromny jak dwa najwyższe drzewa. Milcząc wsłuchiwali się w odległy łoskot spadającej wody. popatrzywszy na siebie zaczęli się śmiać i gawędzić. Lok zwrócił się do Liku:

- Dziś w nocy będziesz spała koło wodospadu. On nie zniknął. Pamiętasz`' - Widzę obraz wody i jaskini.

Lok pogłaskał uschnięte drzewo. Mal powiódł wszystkich w górę. Choć rozpierała ich radość, dostrzegali jednak słabość Mala, ale jeszcze nie zdawali sobie w pełni sprawy z powagi sytuacji. Mal podnosił nogi w taki sposób, jakby wyciągał je z błota, z trudem nimi poruszał. Stawiał kroki niezdarnie, jakby go coś ściągało na boki, i zataczał się wspierając na kiju. Szli za nim naśladując go we wszystkim bez trudu, byli przecież zdrowi i silni. Całą uwagę skupili na jego zmaganiach, a pełni troski, nieświadomie go paro­diowali. Kiedy się pochylał, żeby złapać oddech, oni też ziali ze zmęczenia, chwiali się i stawiali nogi tak samo niezdarnie. Przedzierali się wśród bezładnie rozrzuconych okrągłych głazów i sterczących skał, aż pozostawili za sobą wszystkie drzewa i znaleźli się na otwartej przestrzeni. Mal zatrzymał się w ataku kaszlu; wiedzieli, że teraz muszą na niego zaczekać. Lok wziął Liku za rękę.

- Zobacz.

Zbocze .wiodło do przełęczy, przed nimi wyrastała góra. Z lewej strony zbocze urywało się i opadało stromo do rzeki, pośrodku której leżała wyspa. Wznosiła się w górę, tak jakby jednym końcem stała opierając się o wodospad. Rzeka płynęła wartko po obu brzegach wyspy, węższym strumie­niem z tej strony, a szerszym i bardziej wzburzonym z drugiej. Nie sposób było dojrzeć, gdzie wpadała, była bowiem spowita mgławicą rozbryzganej wody. Na wyspie odgarniając je do tyłu. Fa mocno pociągnęła Loka, musiał się do niej obrócić.

- Dlaczego?

Lok przyklęknął na chwilę, drapiąc się we włosy pod wargą. Wskazał na bryzgi wody docierające do nich znad wyspy.

- Stara kobieta. Była tam. I to.

Kruki latały wysoko, tuż pod jego ręką, gdy podmuch powietrza wzbijał się aż po urwisko. Fa cofnęła się, gdy napomknął o starej kobiecie. Lok nie spuszczał oczu z jej twarzy.

- Była właśnie tam...

Umilkli oboje pod wrażeniem tej niepojętej sytuacji. Fa znowu się zachmurzyła. Nie tolerowała kłamstwa. W po­wietrzu, wokół głowy, wyczuwała coś z obecności starej kobiety, choć nie było to dostrzegalne. Lok odezwał się błagalnym głosem:

- Obróciłem się do niej i upadłem.

Fa przymknęła oczy i powiedziała surowym głosem: - - Nie widzę tego obrazu.

Nil prowadziła Liku idąc na końcu. Fa poszła za nimi, jakby Lok w ogóle nie istniał. Ruszył za nią zakłopotany i świadomy błędu, jaki popełnił. Idąc pomrukiwał: Obróciłem się do niej... Wszyscy zatrzymali się dalej, na szlaku. Fa zawołała: - Już idziemy!

Ha odkrzyknął...

Zgłoś jeśli naruszono regulamin