VIKTOR FARKAS
( Prze³o¿y³ Krzysztof ¯ak)
Uwaga:
Utrata kontaktu z rzeczywistoœci¹!
Przestroga dla czytelnika
26 kwietnia 1986 r. w elektrowni atomowej w Czarnobylu mia³ miejsce brzemienny w nastêpstwa wypadek. Od tego czasu wiele pisano na temat tej katastrofy na Ukrainie. W kieszonkowym wydaniu pewnej ksi¹¿ki na ostatniej stronie ok³adki umieszczono nastêpuj¹ce zdanie: "Data 26 kwietnia 1986 r. wyznacza pocz¹tek wielkiej przygody, podjêcie walki o przetrwanie w chaosie apokalipsy, która nios¹c œmieræ, okr¹¿a Ziemiê". Czy¿by chodzi³o o wykorzystanie tragedii Czarnobyla w literaturze sensacyjnej? Bynajmniej, zdanie to charakteryzuje jedynie treœæ powieœci Gerharda R. Steinhausera Unternehmen Stunde Null1986 -Leben nach dem Jungsten Tag (Godzina zero 1986 -¿ycie po S¹dnym Dniu), a powieœæ ukaza³a siê w lipcu 1975 r.
Doœæ dziwaczny jest ten "przypadek", nieprawda¿? Pikanterii dodaje sprawie jeszcze i ta okolicznoœæ, ¿e jest to najwyraŸniej b³¹d drukarski (do tego pojawiaj¹cy siê dwukrotnie), poniewa¿ w samym tekœcie dniem, o którym mowa, jest 16 kwietnia. To jedna z ma³o wa¿nych osobliwoœci, których zsumowanie sprawia jednak, i¿ rzeczywistoœæ wydaje siê tak nierzeczywista. W niniejszej ksi¹¿ce przedstawimy kilka œmia³ych domys³ów na temat owej tak czêsto wspominanej rzeczywistoœci. Koncepcje te sprawi¹, ¿e œwiat stanie siê jeszcze bardziej niesamowity, ni¿ ju¿ jest. Wiele tych myœli bêdzie prowokowa³o do sprzeciwu albo spowoduje, ¿e "poczujemy siê nieswojo"; zw³aszcza niezbyt mi³a ewentualnoœæ, ¿e nieznany czynnik sprawczy mo¿e nie byæ si³¹ dzia³aj¹c¹ na oœlep, lecz wyposa¿on¹ w œwiadomoœæ i wype³niaj¹c¹ wolê istot z innego œwiata.
¯adna z tych hipotez nie da siê jednoznacznie udowodniæ. Ka¿da z osobna mo¿e byæ s³uszna albo fa³szywa, podobnie jak wyprowadzone z niej wnioski. To samo mo¿na co prawda powiedzieæ tak¿e o obecnie akceptowanych teoriach dotycz¹cych praw natury, budowy wszechœwiata, struktury atomu, istoty grawitacji i elektrycznoœci i wszystkich innych naszych wyobra¿eniach o "œwiecie samym w sobie". Wszystkie teorie, które staraj¹ siê wyjaœniæ nasze obserwacje, mog¹ byæ najs³uszniejsze albo z gruntu fa³szywe. Albert Einstein powiedzia³ z przenikliwoœci¹ prawdziwego mêdrca, ¿e miliony eksperymentów nie wystarcz¹, aby raz na zawsze potwierdziæ teoriê wzglêdnoœci, za to tylko jeden pozwoli j¹ obaliæ. Nie inaczej maj¹ siê sprawy z prezentowan¹ tu konstrukcj¹ myœli. Jest ona czysto teoretyczna i sk³ada siê z niezwykle zró¿nicowanych elementów. Sprawy niewyt³umaczalne trudno jest sprowadziæ do wspólnego mianownika, dok³adnie tak samo, jak rejestrowane przez nas z³o¿one procesy naturalne. Maj¹ one co prawda jedn¹ cechê wspóln¹: s¹ to fakty, choæby nawet groteskowe.
Fakty te s¹ przy tym traktowane o wiele bardziej po macoszemu ni¿ fa³szywe doniesienia, chocia¿by nie wiedzieæ jak nonsensowne, ale "dopuszczane na salony". (Pomyœlmy o znanym chiñskim syndromie. Choæ nieporozumienie wynik³o z dziennikarskiej b³êdnej interpretacji, to obiegowym synonimem dla najwiêkszej mo¿liwej awarii reaktora atomowego sta³o siê wyobra¿enie, niemo¿liwe do zaakceptowania nawet przez ucznia szko³y podstawowej, jakoby rdzeñ reaktora w jakiejœ amerykañskiej elektrowni atomowej móg³ w wyniku awarii przenikn¹æ Ziemiê na wylot, a wiêc po miniêciu œrodka Ziemi znowu zacz¹æ siê wznosiæ, aby przebiæ jej powierzchniê na oczach przera¿onych Chiñczyków. Istny szczyt absurdu).
Dlaczego zas³ona lekcewa¿enia spowija dziwne zdarzenia, z którymi niekiedy konfrontowani s¹ czytelnicy?
Dlaczego takie przypadki nie wzbudzaj¹ oddŸwiêku, na jaki zas³uguj¹? Jest przecie¿ wœród nich wiele prawdziwych sensacji.
Czy jednak tocz¹ siê publiczne dyskusje na temat niepokoj¹cych niewyjaœnionych spraw na ziemi, wodzie i w powietrzu? Czy istnieje globalna zmowa milczenia, jak ci¹gle podejrzewaj¹ niektórzy ludzie? Tak, istnieje faktycznie, choæ nie jest to -jak s¹dzê -prowadzona na skalê œwiatow¹ kampania tuszowania niewygodnych informacji, tylko wynikaj¹ce z przyrodzonej ignorancji ciche porozumienie, które sprawia wra¿enie integralnej czêœci zachodniej struktury spo³ecznej. Trafniej, ni¿ ja móg³bym to uj¹æ, scharakteryzowa³ to Morgenstern w swoim s³ynnym powiedzeniu, ¿e "nie mo¿e istnieæ nic, co istnieæ nie powinno".
Jeœli ktoœ nie mo¿e w to uwierzyæ, niech siê zapozna z dwoma typowymi przyk³adami:
W 1975 r. pewna gospodyni domowa z Hertfordshire w Anglii poinformowa³a prasê o nastêpuj¹cym fenomenie: "Mój m¹¿ lubi potrawy z dodatkiem curry. Przed piêcioma laty kupi³ blaszan¹ puszkê curry, z której korzysta, obficie przyprawiaj¹c potrawy. Nie wiem, ile ju¿ kilogramów zu¿y³ od tego czasu, ale w ka¿dym razie puszka jest wci¹¿ pe³na po brzegi. Nawet jeœli wyjmie pe³n¹ ³y¿kê przyprawy i zamknie puszkê, a po chwili j¹ otworzy, znowu jest pe³na po brzegi". Jak zareagowa³y media na ten fenomen? Czy w gazetach znalaz³y siê nag³ówki takie, jak "Odpowiednik biblijnego rozmno¿enia chleba" albo "W posiadaniu angielskiej rodziny znajduje siê coœ na kszta³t cudownej lampy Aladyna"? Jedyn¹ reakcj¹ na to zdarzenie -które, gdyby poddano je badaniom naukowym, mog³oby postawiæ na g³owie prawa materii, energii i entropii -by³y poœwiêcone mu dwie linijki w ma³ej lokalnej gazecie. Rzecz jasna, ¿adnych badañ nigdy nad nim nie podjêto.
Jeszcze bardziej jaskraw¹ wymowê ma nastêpuj¹cy przypadek. W Nowym Jorku odbywa³a siê sesja naukowa, w której uczestniczyli fizycy i astronomowie. W czasie przerwy roznoszono napoje orzeŸwiaj¹ce. Nagle jeden z kelnerów, przypadkiem wyjrzawszy przez okno, zawo³a³ wzburzony: "Panowie, panowie, popatrzcie tylko, na zewn¹trz jest UFO!". ¯aden z obecnych naukowców nie mrugn¹³ nawet okiem, uznawszy, ¿e sprawa nie jest godna ich zainteresowania. Komentarz zbyteczny.
Osoby, które siê zajmuj¹ trudnymi do uwierzenia faktami, opisanymi w tej ksi¹¿ce, mo¿na powiedzieæ, nie wzdragaj¹ siê wyjrzeæ przez okno. Opinia o tym, co tam mog¹ zobaczyæ, pozostaje naturalnie ich osobist¹ spraw¹. Prosimy wiêc teraz zapi¹æ pasy i przygotowaæ siê do jazdy w górê do krainy czarów albo w dó³ do pa³acu grozy, gdzie rz¹dzi nieznane. Zreszt¹ oba te miejsca znajduj¹ siê tu¿ obok.
Nic nie jest takie, jakie byæ powinno
Prowokuj¹ca przedmowa
Bym wreszcie pozna³, czym jest ta potêga,
Co wnêtrzne si³y œwiata w jedno sprzêga (...)"
Johann Wolfgang von Goethe, Faust
Wszyscy znamy to uczucie. Przegl¹damy gazetê albo s³uchamy wiadomoœci przez radio i spontanicznie przychodzi nam do g³owy myœl: Nie, ten dom wariatów nie mo¿e byæ wszechogarniaj¹c¹ rzeczywistoœci¹. Jednak nigdzie nie widaæ wyjœcia z tego dylematu. Wprost przeciwnie; najpóŸniej w naszych czasach nawet najbardziej zaœlepieni idealiœci i marzyciele musieli zrozumieæ, ¿e tak donoœnie g³oszony humanitaryzm jest chimer¹. Ludzkoœæ nie mog³a siê staæ jedn¹ wielk¹, szczêœliw¹ rodzin¹ nie z powodu wci¹¿ krytykowanego i obecnie zlikwidowanego podzia³u œwiata na dwa obozy, ale na skutek w³aœciwoœci natury ludzkiej. Wniosek taki cynicy (mo¿na by te¿ powiedzieæ: realiœci) formu³owali zawsze. Mówimy wiêc z rezygnacj¹: cz³owiek po prostu jest stworzeniem dalekim od doskona³oœci -i odpowiednio do tego postêpuje.
Im bardziej nad wszystkim panuje nierozs¹dek, tym ¿arliwiej czepiamy siê jedynej przeciwwagi dla irracjonalnych emocji, które nas wpakowa³y w takie tarapaty: naszego rozumu. Zdolnoœæ myœlenia, ekstrapolowania, badania i poznawania jest czymœ wyj¹tkowym i niesie pociechê. Z pewnoœci¹ trudno zaprzeczyæ, ¿e rozwój naszych si³ duchowych postêpuje w trochê niew³aœciwym kierunku. Nie na miejscu by³aby przesadna duma z monstrualnych miast, bomb wodorowych, dziury ozonowej, zniszczenia fauny i flory, zanieczyszczenia œrodowiska i wielu innych destrukcyjnych dzia³añ, bêd¹cych -w przesz³oœci i obecnie -rezultatem wzlotów ducha ludzkiego. Podobnie trudno siê szczyciæ w¹tpliw¹ zdolnoœci¹ naszego abstrakcyjnego myœlenia, by oprócz istoty czwartego wymiaru stale ignorowaæ pytanie, czym wy¿ywiæ szesnaœcie miliardów ludzi w 2030 r. Mo¿na wprawdzie wysun¹æ kontrargument, ¿e przecie¿ dysponujemy narzêdziem pozwalaj¹cym opanowaæ szkody wyrz¹dzone przez ten w³aœnie rozwój: jest to ludzki rozum, d¿oker w grze ¿ycia. To rozum umo¿liwi³ narysowanie œmia³ymi kreskami logicznego obrazu naszego œwiata i kosmosu. W ka¿dym razie teoretycznie. Jeœli nawet nie rozszyfrowaliœmy jeszcze wszystkich tajemnic, to przynajmniej idziemy we w³aœciwym kierunku.
Otó¿ w³aœnie nie! To przekonanie okazuje siê bowiem zwodnicze. Pow³oka pewnej wiedzy jest cienka i z ka¿dym dniem staje siê bardziej krucha.
Przysz³oœæ(i to ju¿ ta najbli¿sza) poka¿e, czy homo sapiens z w³asnej winy bêdzie musia³ opuœciæ scenê ¿ycia, aby zwolniæ miejsce dla kolejnego, naprawdê obdarzonego rozumem gatunku, czy te¿ zdo³a siê jeszcze o w³asnych si³ach wydostaæ z bagna, które sam sobie stworzy³. Jednak ju¿ teraŸniejszoœæ dowodzi, ¿e nie mamy pojêcia, co rzeczywiœcie dzieje siê na "naszej" planecie. Udajemy tylko, ¿e wiemy. W istocie jednym z d¹¿eñ "powa¿nej nauki" jest niedopuszczenie do zdjêcia z oczu klapek, których celem jest zas³oniêcie widoku na ogromn¹ panoramê wszechobecnych osobliwoœci. Jeœli je zdejmiemy albo nawet temu i owemu uwa¿niej siê przyjrzymy, otoczy nas fantastyczna rzeczywistoœæ, która ma tyle wspólnego z potocznymi opiniami, co mapa z prawdziwym terenem. Dos³ownie nic nie jest takie, jakie byæ powinno.
Rzeczywistoœæ okazuje siê czymœ subiektywnym i pryska niczym przek³uta bañka mydlana. Takie w³aœnie wra¿enie musia³ odnieœæ profesor John Wilson z Instytutu Afrykanistyki Uniwersytetu Londyñskiego, kiedy wraz z zespo³em swoich wspó³pracowników prezentowa³ cz³onkom pewnego afrykañskiego plemienia film na temat metod utrzymywania higieny. Co zaskakuj¹ce, ¿aden z trzydziestu mieszkañców wsi nie obejrza³ tak naprawdê tego filmu. Jedynym obiektem, który zdo³ali rozpoznaæ na ekranie, by³a kura, która na krótko siê tam pojawi³a -ich ca³kiem osobista, jedynie dostrzegalna rzeczywistoœæ.
Tak¿e przesz³oœæ, teraŸniejszoœæ i przysz³oœæ nie s¹ niczym innym ni¿ piêknym z³udzeniem. Istniej¹ one tylko w naszych g³owach, abyœmy mogli nadaæ œwiatu kierunek i zorientowaæ siê w nim. Niekiedy jednak osoby nam wspó³czesne mog¹, jak siê zdaje, wy³amaæ siê z tej konwencji, przy czym niektóre odnosz¹ nawet korzyœci osobiste. Gdyby tak nie by³o, to instytucje ¿yj¹ce z gier hazardowych nie musia³yby siê zabezpieczaæ przed jasnowidzami. Na przyk³ad s³ynny londyñski bukmacher William Hill zabroni³ szeœædziesiêciodwuletniemu Barneyowi Curleyowi z Folkestone dalszego zawierania zak³adów konnych, które stale wygrywa³. Dla organizatorów totalizatora w Pittsburghu (Pensylwania) by³oby bardziej ni¿ po¿¹dane, aby jasnowidz Jim Karol w swojej cotygodniowej audycji radiowej zaniecha³ przepowiadania zwyciêskich liczb. (Rzecznik totalizatora Mark Schreiber powiedzia³: "Jeszcze kilka takich przepowiedni, a pójdziemy z torbami"). Przysz³oœæ nie wygl¹da wiêc jak "niezbadana kraina", o której mówi³ Szekspir w Hamlecie. Tak¿e przesz³oœæ nie jest tak martwa, jak mo¿na by s¹dziæ. Inaczej w Kalifornii w 1985 r. nie móg³by spaœæ granat artyleryjski, wystrzelony czterdzieœci lat wczeœniej. Ma³o kto zauwa¿y³, ¿e nauka ju¿ od dawna rozsta³a siê z obiegowym wyobra¿eniem "czasu". Dla fizyków wektor czasu ma wiêcej ni¿ jeden kierunek, czas jest plastyczny i mo¿na na niego konkretnie wp³ywaæ, na przyk³ad przez grawitacjê albo ruch uk³adu, a nawet przez sam¹ tylko obserwacjê procesu (has³o: "galaktyka podwójnej szczeliny"). Trudno o bardziej absurdalny fenomen; zostanie on szerzej opisany w rozdziale "Intermezzo: duch materii". W charakterze ma³ej próbki powiemy teraz tylko tyle: obecne zachowanie wp³ywa ze skutkiem wstecznym na otoczenie systemu drogi mlecznej licz¹cej sobie miliardy lat i oddalonej o miliardy lat œwietlnych!
Równie niejasno rysuje siê rzekomo "wyraŸnie zarysowane" drzewo genealogiczne fauny i flory, "dobrze znany" rozwój gatunków i "wiedza" o naturze tego, co ¿yje. Odmieñców i atawizmy siê pomija, a niezaprzeczalne osobliwoœci delikatnie ignoruje; przyk³adem mo¿e byæ wieœ Golida ko³o Rajkot w Indiach, w której od wielu lat regularnie rodz¹ siê dzieci z szeœcioma palcami u ka¿dej rêki (jest ich ju¿ prawie pó³ setki). A propos palców: klasyczna nauka musi byæ stale gotowa na niespodzianki, co widaæ na podstawie tego zaskakuj¹cego faktu, ¿e prawie wszystkie matki potrafi¹ bezb³êdnie rozpoznaæ urodzone przed chwil¹ noworodki przez obmacanie ich opuszkami palców, nie widz¹c swoich pociech, nie s³ysz¹c ich ani nie w¹chaj¹c (co stwierdzono na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie).
Œciœle bior¹c, nie istniej¹ niepodwa¿alne prawdy w ¿adnej dziedzinie naszej dzia³alnoœci badawczej, analitycznej, klasyfikuj¹cej i formu³uj¹cej dogmaty. Nie da siê w sposób pewny obaliæ nawet najœmielszego rozumowania, choæby wykazywa³o ju¿ cechy lekko paranoidalne. Na przyk³ad hipotezy, ¿e przebywaj¹ wœród nas i kieruj¹ losami ludzkoœci (niezbyt ¿yczliwie, jeœli zwa¿yæ na to, w jakim stanie jest nasza Ziemia) nadludzie, istoty pozaziemskie, podró¿uj¹cy w czasie i inne bardziej egzotyczne indywidua. Niekiedy w ludzkiej wspólnocie wyró¿niaj¹ siê duchy, które wydaj¹ siê byæ nie z naszej planety -albo nie ze swojej epoki. Jako przyk³adu nie przytoczymy (celowo) chêtnie wymienianego w takim kontekœcie Leonarda da Vinci, choæ by³oby to kusz¹ce, a w Codex Madrid znajduje siê równie dziwna co tajemnicza wypowiedŸ tego malarza, rzeŸbiarza, architekta, in¿yniera, budowniczego fortyfikacji, muzyka i pisarza renesansu: "Czytaj mnie, przyjacielu, albowiem bardzo rzadko powracam do tego œwiata".
O wiele bardziej ni¿ da Vinci nie pasuje do swojego czasu prawie ca³kiem zapomniany Rudjer Boscovich, który urodzi³ siê w 1711 r. w Dubrowniku i zmar³ w 1787 r. w Madrycie. Po odbyciu studiów matematycznych, astronomicznych i teologicznych wst¹pi³ do zakonu jezuitów. Zdobyte przezeñ wykszta³cenie, które mog³o zawieraæ co najwy¿ej wiedzê dostêpn¹ we wczesnym osiemnastym wieku, niewyt³umaczalnym sposobem pozwoli³o mu sformu³owaæ wypowiedzi dotycz¹ce teorii poznania, które fizycy i matematycy w naszych czasach uwa¿aj¹ za pionierskie. Zbli¿aj¹ siê one do granic naszego obecnego poziomu wiedzy, a nawet go przekraczaj¹. W "New Scientist" z 6 marca 1958 r. pisz¹cy o sprawach nauki dziennikarz Allan Lindsay Mackay wyrazi³ swój podziw dla pewnej pracy, któr¹ Boscovich opublikowa³ w Wiedniu w 1758 r. Mackay i czo³owi naukowcy s¹ przekonani, ¿e Boscovich wyprzedzi³ swój czas co najmniej o dwieœcie lat. Ów tajemniczy cz³owiek by³ przecie¿ zwolennikiem pogl¹du, ¿e musi istnieæ jednolita teoria wszechœwiata, uwzglêdniaj¹ca matematykê, fizykê, chemiê, biologiê, a nawet psychologiê. Boscovich definiowa³ nie tylko zjawiska z dziedziny œwiat³a, magnetyzmu i elektrycznoœci -które w jego czasach by³y znane tylko w zarysie -ale opisywa³ tak¿e fenomeny kwantowe, mechanikê fal i ca³kiem nowoczesny model atomu, sk³adaj¹cy siê z nukleonów. Jego pojmowanie materii, przestrzeni i czasu jako z³o¿onych z maleñkich ziarenek odpowiada ostatnim rezultatom dociekañ fizyki teoretycznej o kwantyzacji materii i energii. Podwaliny tej wizji œwiata po³o¿yli Einstein, Schrodinger, Bohr, Bell, Aspect i inni wielcy fizycy w XX wieku.
Historyk nauki L. L. White jest przekonany, ¿e nawet wspó³czesna wspomagana komputerami nauka nie mo¿e przyswoiæ sobie rozumowania Boscovicha w ca³ej jego donios³oœci, poniewa¿ do tej chwili brakuje nieodzownej po temu podstawy: po³¹czenia teorii wzglêdnoœci z mechanik¹ kwantow¹, którego wci¹¿ jeszcze bez rezultatu poszukuj¹ badacze prze³omu XX i XXI wieku. Odnosi siê to równie¿ do postulowanej przez Boscovicha jednolitej teorii pola, ³¹cz¹cej cztery podstawowe si³y, a mianowicie elektromagnetyzm, s³abe i silne oddzia³ywania j¹drowe oraz grawitacjê. Boscovich mówi³ o niej w XVIII wieku jak o czymœ od dawna znanym. Byæ mo¿e móg³by on dostarczyæ naszym fabrykom myœli wskazówek, których im wci¹¿ jeszcze brakuje. Dzie³o Boscovicha pozwala uzyskaæ odpowiedŸ na wiele pytañ, z wyj¹tkiem jednego: czy pojêcie geniuszu mo¿na uznaæ za wystarczaj¹ce objaœnienie dla pojawienia siê cz³owieka, który o dwa stulecia "za wczeœnie" wprowadzi³ sta³¹ Plancka, opracowa³ statystyczn¹ teoriê wówczas ca³kowicie nieznanej radioaktywnoœci i pisa³ do Woltera o energetycznej naturze psychiki ludzkiej? Innymi s³owy: czy mamy tu do czynienia z ziemskim ¿yciorysem, czy mo¿e z czymœ dziwniejszym?
Wystarczy. Jest jasne, ¿e nie koñcz¹cy siê ci¹g takich pytañ mo¿na skwitowaæ tylko jedn¹ jedyn¹ definitywn¹ odpowiedzi¹: nie wiadomo. Choæbyœmy mieli byæ marionetkami w astralnej grze, nie maj¹c nawet pojêcia, ¿e taka siê toczy, albo przedmiotami doœwiadczeñ na kosmicznym polu eksperymentalnym, to nie zdo³amy siê tego dowiedzieæ. Mo¿emy jedynie odkrywaæ ró¿ne osobliwoœci i zdobyæ siê na odwagê, by o nich g³oœno mówiæ. Zagadnienia doœæ dowolnie wybrane do tej przedmowy i bêd¹ce tylko wierzcho³kiem prawdziwie gigantycznej góry lodowej niewyt³umaczalnych fenomenów, nie wyjaœniaj¹, co w³aœciwie siê dzieje, ale tylko sygnalizuj¹, ¿e coœ siê dzieje. Nie œmiem rozstrzygaæ, czy chodzi tu o machinacje kieruj¹cych nami ciemnych mocy, czy o zbiór groteskowych zjawisk naturalnych. Czytelnikowi pozostawiam wyrobienie sobie opinii. Moim zamiarem jest dawanie do myœlenia, poszukiwanie nici przewodniej w tym, co niepojête, i dostarczanie po¿ywki dla naszej os³awionej fantazji. Ona to, a nic innego, jest uzbrojeniem koniecznym do podjêcia tytanicznych wyzwañ czekaj¹cych nas w prawie niewyobra¿alnym dwudziestym pierwszym wieku.
Viktor Farkas
CZÊŒÆ I
Poza granicami pojmowania
Igraszka w rêku nieznanych mocy
Zdumiewa mnie, jak wielu ludzi
czuje siê zdanych na ³askê nieznanych mocy
i jak pieczo³owicie to ukrywa.
Pewnej listopadowej nocy w 1967 r. wzgórza w dolinie rzeki Ohio (Wirginia Zachodnia) nawiedzi³a niesamowita zjawa. By³a godzina trzecia, tu¿ przed œwitem, ranek zapowiada³ siê ch³odny, a z zachmurzonego nieba la³y siê strugi deszczu. Do drzwi ma³ego domku na pewnej farmie zastuka³ demoniczny nieznajomy. Up³ynê³o kilka minut, zanim drzwi otworzy³a m³oda kobieta w narzuconym na ramiona szlafroku. By³a zaspana i poirytowana, jednak widok intruza sprawi³, ¿e jedno i drugie natychmiast siê ulotni³o -a pozosta³o w niej ju¿ tylko jedno uczucie: strach.
Sta³ przed ni¹ mê¿czyzna jak z koszmarnego snu. Wzrostu prawie metr dziewiêædziesi¹t, ca³y ubrany na czarno, nie wy³¹czaj¹c p³aszcza, krawata i zupe³nie nieodpowiedniego w tych okolicznoœciach obuwia, ca³kowicie zab³oconych czarnych lakierków. Jego s³abo widocznej w ciemnoœci twarzy jeszcze bardziej nieludzki wyraz nadawa³y w¹sy przyciête tak równo, jak ostrze no¿a, i anachroniczna szpicbródka.
-Czy mogê skorzystaæ z telefonu? -spyta³ goœæ g³êbokim barytonem, w którym nie by³o s³ychaæ ani cienia lokalnego akcentu Wirginii Zachodniej.
Kobieta mimo woli prze³knê³a œlinê i cofnê³a siê nieco w g³¹b domu.
-Mój m¹¿... Niech pan pomówi z moim mê¿em... -wykrztusi³a z trudem i zatrzasnê³a drzwi. W towarzystwie mê¿a drugi raz otworzy³a drzwi przed niesamowitym przybyszem, który wci¹¿ nieruchomo czeka³, stoj¹c w strugach lodowatego deszczu.
Pan domu równie¿ poblad³ na widok goœcia. Pospiesznie powiedzia³ przez uchylone drzwi:
-Nie mamy telefonu.
Po czym zamkn¹³ drzwi przed nosem ogromnego nieznajomego, który odwróci³ siê na piêcie i znikn¹³ w ciemnoœciach nocy.
O tej zagadkowej "wizycie" zaczê³y kr¹¿yæ opowieœci. W 1967 r. rzadko mo¿na by³o w Wirginii Zachodniej zobaczyæ mê¿czyznê z brod¹, a jeszcze rzadziej ubranego w garnitur, krawat i lakierki, który by wêdrowa³ noc¹ w deszczu. W zwi¹zku z tym ju¿ wkrótce domyœlono siê, kto wtedy zapuka³ do drzwi domku na farmie: sam diabe³. "To z³y znak" -mówili mieszkañcy ma³ej doliny, w której pod niejednym wzglêdem czas siê zatrzyma³.
Dni m³odej pary, której ukaza³ siê ów "diabe³', by³y policzone: zaledwie trzy tygodnie po niesamowitym najœciu ma³¿onkowie zginêli, gdy zawali³ siê Silver Bridge, spinaj¹cy brzegi Ohio River.
Co siê kryje za tym osobliwym zdarzeniem? Jeœli pominiemy tezê, ¿e sam Belzebub we w³asnej osobie z³o¿y³ wizytê w Wirginii Zachodniej, to pytanie, jakie egzotyczne zjawisko da³o wtedy nocny goœcinny wystêp, pozostanie bez odpowiedzi. Czy by³ to jeden z tych zagadkowych "Men in Black", w skrócie MIB, czyli mê¿czyzn w czerni, którzy sk³adaj¹ wizyty œwiadkom l¹dowania UFO, aby ich terroryzowaæ, czy te¿ je¿d¿¹ za nimi w "nie rzucaj¹cych siê w oczy" limuzynach i pods³uchuj¹ ich rozmowy telefoniczne? A mo¿e istota nie z tego œwiata? Albo duch? W ka¿dym razie ponury nieznajomy, kimkolwiek by³, wyraŸnie przyniós³ nieszczêœcie.
Pomy³ka na ca³ej linii.
Tym obcym mê¿czyzn¹, który wy³oni³ siê z nicoœci, by³ amerykañski pisarz i dziennikarz John A. Keel. Temu zdeklarowanemu nonkonformiœcie, który maj¹c doœæ osobliwy gust, nosi³ konserwatywny strój i sataniczn¹ brodê, zepsu³ siê samochód na bocznej drodze przez wzgórza Wirginii Zachodniej, kiedy wraca³ z kongresu w Atlancie (Georgia). W swojej ksi¹¿ce The Mothman Prophecies (Przepowiednie Cz³owieka mola) wyrazi³ przekonanie, ¿e przez zwyczajne poszukiwania telefonu móg³ wejœæ do lokalnej historii jako ponury zwiastun katastrofy Silver Bridge. Co te¿ siê sta³o.
Co prawda -i tu opuszczamy p³aszczyznê dotycz¹c¹ codziennoœci, a wkraczamy na tereny prawdziwie zagadkowe -mieszkañcy Wirginii Zachodniej s¹ ju¿ "zmiêkczeni" i szczególnie podatni na tworzenie legend. Ten region USA wydaje siê byæ ogniskiem dziwacznych nawiedzeñ najró¿niejszej natury, które siêgaj¹ w najodleglejsz¹ przesz³oœæ.
Od lat wa³êsa siê tu os³awiony "Cz³owiek-mór', który zapewne znany jest czytelnikom mojej ksi¹¿ki Niewyt³umaczalne zjawiska i innych publikacji. Stoj¹c ponuro na skraju drogi, wpatruje siê w mijaj¹ce go pojazdy ogromnymi, œwiec¹cymi czerwono oczyma, bez trudu dotrzymuje tempa samochodom, choæby jecha³y z najwiêksz¹ prêdkoœci¹, a nawet œcigaj¹cym go samolotom umie zagraæ na nosie (o ile ma nos). Jest to coœ, dla czego trudno znaleŸæ miejsce w drzewie genealogicznym gatunków na Ziemi. Sk¹d mog³o przybyæ i dlaczego akurat do Wirginii Zachodniej?
IdŸmy jednak dalej.
Tajemnicze zjawiska œwietlne i przemykaj¹ce po niebie lataj¹ce obiekty od dawien dawna nale¿¹ w tym regionie niemal do lokalnego kolorytu. W 1897 r. dosz³o do masowego pojawienia siê tajemniczych "statków powietrznych nad Ameryk¹", co wywo³a³o wówczas zrozumia³e poruszenie. Ta wczesna fala UFO w pe³ni dotar³a do Wirginii Zachodniej, gdzie odnotowano o wiele wy¿sz¹ od "normalnej" czêstotliwoœæ wizyt tych przedwczesnych pionierów lotnictwa, którzy w ubieg³ym stuleciu wszêdzie w USA wysiadali z po³yskuj¹cych maszyn, prowadzili trywialne rozmowy z farmerami, policjantami, pracownikami stacji benzynowych i innymi przeciêtnymi ludŸmi, aby nastêpnie znowu znikn¹æ w œwietlistych przestworzach.
Radiostacje i radioodbiorniki w Wirginii Zachodniej regularnie p³ataj¹ dzikie figle, odk¹d tylko istniej¹. UFO wzbudzaj¹ tu równie ma³¹ sensacjê, jak pojawiaj¹cy siê w œlad za tymi nieznanymi obiektami lataj¹cymi "Men in Black". Tak na przyk³ad w tydzieñ po zawaleniu siê Silver Bridge w miasteczku Point Pleasent ukazywali siê osobliwi mê¿czyŸni, którzy z pewnoœci¹ nie byli diab³ami, a tym mniej b³¹dz¹cymi po deszczu pisarzami, którym zepsu³ siê samochód. Chcieli oni uzyskaæ od przepracowanej redaktorki lokalnej gazety "Messenger", Mary Hyre, informacje o dzia³aniach UFO i podobnych zdarzeniach, zadaj¹c pytania, które w chaosie po zawaleniu siê mostu by³y ca³kowicie nie na miejscu. Pani Hyre pisa³a, ¿e nieznajomi byli "dziwni, prawie pozbawieni cech ludzkich".
Wirginia Zachodnia ma do zaoferowania jeszcze o wiele wiêcej. Zwierzêta zdychaj¹ tu w niewyt³umaczalny sposób lub te¿ padaj¹ ofiar¹ owej zagadkowej rzezi, znanej w Ameryce od dziesiêcioleci pod has³em "okaleczenia krów", chocia¿ znajduje siê okaleczone trupy nie tylko krów, tak¿e koni i innych zwierz¹t domowych. Tajemnic¹ zajmiemy siê szerzej jeszcze w tym rozdziale.
Tak¿e sama natura nie prezentuje siê tutaj tak, jak do tego przywykliœmy. Na przyk³ad, praktycznie bez powodu powstaj¹ wyraŸnie ograniczone strefy, do których cz³owiek nie mo¿e wejœæ, nie wpadaj¹c nagle w panikê czy te¿ nabawiaj¹c siê krwotoku z nosa lub uszu.
Jest to istny kalejdoskop niewyt³umaczalnych zjawisk, któremu mogliœmy siê przyjrzeæ tylko pobie¿nie. Mimo to jednoznacznie daje siê rozpoznaæ ogniwa d³ugiego ³añcucha osobliwoœci, dla których Wirginia Zachodnia najwidoczniej posiada specjaln¹ si³ê przyci¹gania. Wykazuj¹ one tak ma³o cech wspólnych, ¿e na temat mo¿liwych powi¹zañ miêdzy nimi albo ich jednolitej podstawowej struktury mo¿na tylko snuæ mgliste spekulacje. Jedyny element, który je ³¹czy³ i ³¹czy, to geograficzne usytuowanie.
Co ciekawe, ju¿ pierwotni mieszkañcy Ameryki -wegetuj¹cy dziœ w rezerwatach Indianie -uwa¿ali ten rejon za niesamowity. Zanim Amerykê Pó³nocn¹ zajêli Europejczycy, ca³y ten kontynent zamieszkiwa³y plemiona Indian, mo¿na niemal powiedzieæ, narody -z wyj¹tkiem w³aœnie Wirginii Zachodniej. Antropolodzy i historycy, którzy opracowywali mapy rozmieszczenia by³ych populacji indiañskich, stwierdzili z zaskoczeniem, ¿e Wirginia Zachodnia -i to prawie dok³adnie w jej granicach -tworzy³a "tabu". Nie by³o po temu ¿adnych przyczyn merytorycznych. Region ten obfituje w lasy i zwierzynê ³own¹, by³ to wiêc idealny teren do osadnictwa dla niewymagaj¹cych czerwonoskórych, zamieszkuj¹cych nawet najbardziej wrogie dla cz³owieka pustynie w g³êbi zachodu Ameryki Pó³nocnej.
Niæ przewodnia tajemnicy Wirginii Zachodniej jest bardzo cienka i trudna do uchwycenia, ale bezsprzecznie istnieje. Nie musimy jednak podejmowaæ syzyfowej pracy jej rozpl¹tywania; jeszcze mniej ochoty mamy na zmagania z dra¿liw¹ tematyk¹ UFO, na temat której i tak jest doœæ publikacji. Nie chodzi tu o specyficzne indywidualne fenomeny, ale raczej o ma³o krzepi¹cy wniosek, ¿e to nie my jesteœmy gospodarzami na ziemi. Nie, jest jeszcze gorzej, bowiem ka¿dy z nas, albo gatunek homo sapiens jako ca³oœæ, jest igraszk¹ w rêku nieznanych mocy -co zosta³o przedstawione na wzorcowym przyk³adzie Wirginii Zachodniej, gdzie przemawiaj¹ce na korzyœæ tej tezy poszlaki wystêpuj¹ w postaci skondensowanej, w wielkiej liczbie i skrajnej ró¿norodnoœci: jest to mikroskopijne lustrzane odbicie naszej Ziemi, której w³adcami, jak siê wydaje, w rzeczywistoœci nie jesteœmy.
Lasy œmierci
W wielu miejscach na naszym globie powinny staæ tabliczki ostrzegawcze z napisem: "Teren prywatny nieznanych mocy -wstêp na w³asne ryzyko". Wszêdzie na œwiecie znajduj¹ siê np. "lasy œmierci", kilka z nich w USA. Nie musi to koniecznie oznaczaæ, ¿e zagadkowe moce preferuj¹ "kraj wybrany przez Boga", ale wynika zapewne z tego, ¿e w USA istniej¹ ogromne lasy, a jednoczeœnie tak¿e infrastruktura komunikacyjna docieraj¹ca do najodleglejszych zak¹tków ...
Sabaidee