Nicholas Evans
ZAKLINACZ KONI
Tłumaczył Paweł Witkowski
Tytuł oryginału THE HORSE WHISPERER
Wydanie oryginalne 1995
Wydanie polskie 1996
Nicholas Evans urodził się w 1950 roku w Anglii. Po ukończeniu studiów prawniczych w Oksfordzie pracował jako dziennikarz telewizyjny, po czym został scenarzystą i producentem filmowym.
Zaklinacz koni to powieść, która stała się sławna jeszcze przed publikacją - wspaniała love story, epicka i tragiczna historia miłosna, napisana przez mężczyznę, który chciał zrozumieć, co czuje kobieta. Jej niezwykłość tkwi jednak w postaci głównego bohatera, tytułowego “zaklinacza”.
Tom Booker, kowboj z Montany, ma szczególny dar - jest kimś w rodzaju końskiego psychoterapeuty. Wywiera kojący wpływ na zwierzęta, a później okazuje się, że potrafi również wywierać wpływ na ludzi. Osoby, które się z nim zetknęły, ulegają wewnętrznej przemianie, i nic w ich życiu nie jest już takie, jak było...
DLA JENNIFER
Proszę następujące osoby o przyjęcie podziękowań:
Huwa Albana Daviesa, Michelle Hamer, Tima Galera, Josephine Haworth, Patricka de Freitasa, Boba Peelbesa z rodziną, Toma Dorrance’a, Raya Hunta, Bucka Brannamana, Leslie Desmond, Lennie i Darlene Schwend, Beth Ferris i Boba Reama oraz dwóch kierowców ciężarówek, Ricka i Chrisa, którzy zabrali mnie na przejażdżkę mrówkojadem.
Wyrazy szczególnej wdzięczności niech przyjmie czworo dobrych przyjaciół: Fred i Mary Davis, Caradoc King oraz James Long; a także Robbie Richardson, która pierwsza opowiedziała mi o zaklinaczach.
Nie goń zewnętrznej matni. Nie toń w wewnętrznej pustce. Bądź spokojny w jedności rzeczy. A dwoistość zniknie sama.
O ufności w sercu
Seng Can (zm. 606)
CZĘŚĆ I
1
Śmierć była na początku i śmierć będzie także na końcu. Czy to właśnie jakiś bystry cień tego przemknął w snach dziewczynki i obudził ją w ten nieprawdopodobny poranek, tego nigdy się nie dowie. Kiedy otworzyła oczy, wiedziała tylko tyle, że świat w jakiś sposób się zmienił.
Czerwono błyszcząca tarcza budzika pokazywała, iż zostało jeszcze pół godziny do momentu, w którym miał ją obudzić, leżała więc zupełnie nieruchomo, nie unosząc głowy, usiłując uzmysłowić sobie tę zmianę. Panował mrok, ale nie aż taki, jak powinien. Po drugiej stronie pokoju, pośród bałaganu na półkach, wyraźnie dostrzegała nikłe migotanie swoich trofeów jeździeckich, nad nimi zaś majaczące twarze gwiazd rocka - kiedyś wydawało się jej, że powinny ją one obchodzić. Nasłuchiwała. Cisza wypełniająca dom również była inna, oczekująca, niczym przerwa pomiędzy zaczerpnięciem powietrza a wypowiedzeniem słów. Wkrótce rozbrzmi stłumiony łoskot pieca, budzącego się w piwnicy do życia, a stare deski podłogowe rozpoczną swoje rytualne, skrzypiące narzekanie. Wysunęła się z pościeli i podeszła do okna.
Spadł śnieg. Pierwszy raz tej zimy. Sądząc po poprzecznych deskach płotu nad stawem, musiało go być na prawie stopę. Przy braku wiatru leżał doskonały i nieruchomy, usypany w nieproporcjonalnie komicznych ilościach na gałęziach bardzo małych wiśni, które jej ojciec posadził w zeszłym roku. W klinie głębokiego błękitu nad lasem świeciła pojedyncza gwiazda. Spuściwszy wzrok, dziewczynka zobaczyła koronkę szronu, jaka uformowała się w dolnej części okna, i przytknęła do niej palec, wytapiając małą dziurkę Zadrżała. Nie z zimna, lecz z nagłej fali podniecenia, iż ten przemieniony świat przez chwilę należał tylko do niej. Odwróciła się i szybko poszła się ubrać.
Grace Maclean przyjechała poprzedniego wieczoru z Nowego Jorku ze swoim ojcem - tylko ich dwoje. Ta podróż zawsze sprawiała jej radość - dwie i pół godziny na Taconic State Parkway, zapakowani razem w długiego mercedesa, słuchający kaset i gawędzący swobodnie o szkole i jakiejś nowej sprawie, nad którą on pracował. Lubiła słuchać go, gdy prowadził; lubiła mieć go tylko dla siebie, patrzeć, jak powoli rozluźnia się w swoim weekendowym, choć schludnym ubraniu. Jej matka, jak zwykle, musiała zostać na jakąś kolację czy imprezę i miała przyjechać pociągiem do Hudson dziś rano, co zresztą i tak wolała. Piątkowe wieczorne pełzanie na drogach zawsze irytowało ją i niecierpliwiło, co wynagradzała sobie, przejmując dowodzenie i mówiąc Robertowi - ojcu Grace - żeby zwolnił, przyspieszył albo, dla uniknięcia opóźnień, pojechał jakąś okrężną drogą. Nigdy nie zawracał sobie głowy dyskusją, tylko robił tak, jak mówiła, chociaż czasem wzdychał lub rzucał relegowanej na tylne siedzenie Grace krzywe spojrzenie w lusterku. Związek jej rodziców od dawna stanowił dla niej tajemnicę, był skomplikowanym światem, w którym dominacja i ustępliwość nigdy nie były całkiem tym, na co wyglądały. Zamiast dać się w to wciągnąć, Grace wycofywała się po prostu, wybierając sanktuarium swojego walkmana.
W pociągu matka, skupiona i przez nic nie rozpraszana, całą drogę pracowała. Towarzysząc jej ostatnio, Grace obserwowała ją i dziwiła się, że nawet nie spojrzy przez okno, chyba że szklanym, niewidzącym wzrokiem, kiedy jakiś ważny pisarz albo któryś z jej gorliwych asystentów zadzwonił na telefon komórkowy.
Na podeście przed pokojem Grace wciąż paliło się światło. Przeszła na palcach w skarpetkach obok na wpół otwartych drzwi sypialni rodziców i zatrzymała się. Słyszała tykanie ściennego zegara w holu na dole, a teraz także uspokajające, ciche chrapanie ojca. Zeszła po schodach do holu, którego lazurowe ściany i sufit rozświetlało odbicie śniegu przez nie zasłonięte okna. W kuchni jednym długim haustem wypiła szklankę mleka i zjadła czekoladowego herbatnika, pisząc ojcu wiadomość na kartce przy telefonie: “Poszłam na konia. Wracam koło 10. Pa, G.”
Wzięła następne ciastko i zjadła je po drodze do korytarzyka przy tylnych drzwiach, gdzie zostawiali płaszcze i zabłocone buty. Włożyła wełnianą kurtkę i z ciastkiem w ustach podskakiwała chwilę, wkładając buty do konnej jazdy. Zapięła kurtkę pod szyją, nałożyła rękawiczki i zdjęła z półki czapkę, zastanawiając się przez chwilę, czy powinna zadzwonić do Judith, aby sprawdzić, czy ciągle chce jechać, skoro spadł śnieg. Nie było to jednak potrzebne. Judith będzie równie podekscytowana jak ona. Otwierając drzwi, by wyjść na mroźne powietrze, Grace usłyszała piec budzący się w piwnicy
***
Wayne P. Tanner spojrzał ponuro znad krawędzi swojej filiżanki kawy na rzędy pokrytych cienką skorupą śniegu ciężarówek, zaparkowanych przed restauracją. Nienawidził śniegu, bardziej jednak nienawidził być łapanym, a w ciągu zaledwie paru godzin zdarzyło się to dwukrotnie.
Ci nowojorscy policjanci stanowi, zadowoleni z siebie jankescy łajdacy, cały czas świetnie się bawili. Widział, jak podczepiają się do niego i przez kilka mil wiszą mu na ogonie, cholernie dobrze wiedząc, że ich zobaczył, i bawiąc się tym. Potem podjechali z migającymi światłami, które wzywały do zatrzymania. Człowieczek, jeszcze dzieciak, podszedł buńczucznie w swoim kapeluszu, jak jakiś cholerny gliniarz z filmu. Poprosił o dzienny raport kursu. Wayne znalazł go, podał mu i patrzył, jak chłopak czyta.
- Atlanta, co? - zapytał, przerzucając strony
- Tak, proszę pana - odparł Wayne. - I jest tam diabelnie cieplej, mogę panu powiedzieć. - Ten ton, pełen szacunku, ale braterski, zwykle działał wobec gliniarzy, implikując jakieś pokrewieństwo tych, którzy pracują na drodze. Dzieciak jednak nie podniósł wzroku.
- Aha. Wie pan, że ten wykrywacz radaru, który pan tam ma, jest nielegalny?
Wayne zerknął na małe czarne pudełko, przymocowane do tablicy rozdzielczej i przez chwilę zastanawiał się, czy zgrywać niewiniątko. W Nowym Jorku antyradary były nielegalne jedynie dla ciężarówek powyżej osiemnastu tysięcy funtów. On mógł zmieścić trzy albo cztery razy tyle. Uznał, że powoływanie się na niewiedzę może tylko uczynić małego łajdaka jeszcze bardziej złośliwym. Uśmiechnął się z udawaną winą, co się jednak na nic nie zdało, dzieciak bowiem wciąż na niego nie patrzył.
- Prawda? - powtórzył.
- No... taa... Chyba.
Chłopak zamknął dziennik i podał mu go z powrotem na górę, wreszcie spoglądając mu w oczy.
- Okay - rzucił. - A teraz zobaczymy ten drugi.
- Słucham?
- Drugi dziennik. Prawdziwy. Przecież ten tutaj jest dla wróżek.
Coś przewróciło się Wayne’owi w żołądku.
Od piętnastu lat, jak tysiące innych kierowców ciężarówek, prowadził dwa dzienniki -jeden podający prawdę o czasie jazdy, przebytych milach, odpoczynkach i tak dalej, drugi zaś, sfabrykowany specjalnie na sytuacje takie jak ta, pokazujący, że trzymał się wszystkich ograniczeń prawnych. I przez cały ten czas, choć zatrzymywano go Bóg jeden wie ile dziesiątków razy, od wybrzeża do wybrzeża, żaden gliniarz nigdy tego nie zrobił. Cholera, prawie każdy tirowiec trzymał fałszywy dziennik - nazywali je komiksami. Jeśli byłeś sam, bez partnera na zmianę, jak, u diabła, miałeś się niby zmieścić w przepisach? Jak, u diabła, miałeś zarobić na życie? Jezu. Wszystkie firmy o tym wiedziały, po prostu przymykały oko.
Spróbował przeciągnąć to trochę, udając dotkniętego, okazując nawet lekkie oburzenie, wiedział jednak, że to na nic. Partner dzieciaka, duży facet z byczym karkiem i głupkowatym uśmiechem, wysiadł z samochodu, nie chcąc stracić zabawy. Kazali Wayne’owi wysiąść z szoferki, by ją przeszukać. Widząc, że mają zamiar przyczepić się, postanowił się przyznać. Wygrzebał książkę ze schowka pod łóżkiem i podał im. Pokazywała ona, że przejechał ponad 800 mil w dwadzieścia cztery godziny tylko z jednym przystankiem, a i to jedynie na połowę czasu z wymaganych przez prawo ośmiu godzin.
Czekał go więc teraz mandat w wysokości tysiąca, może tysiąca trzystu dolarów, a nawet więcej, jeżeli dołożą mu za przeklęty antyradar. Może nawet stracić zawodowe prawo jazdy. Policjanci wręczyli mu plik papierów i odeskortowali na ten właśnie parking, ostrzegając go, aby lepiej nie myślał o wyruszeniu w dalszą drogę przed ranem.
Poczekał, aż odjadą, potem poszedł na stację benzynową i kupił czerstwego sandwicza i kontenerek piwa. Noc spędził na rozkładanej koi w tyle kabiny. Było tam przestronnie i dosyć wygodnie, a po paru piwach poczuł się trochę lepiej, ale i tak zamartwiał się przez większą część nocy. Obudziwszy się ujrzał śniegi stwierdził, że znowu został przyłapany.
W przyjemny poranek dwa dni wcześniej, w Georgii, Wayne’owi nie przyszło do głowy sprawdzić, czy zabrał łańcuchy śniegowe. A kiedy rano zajrzał do skrzyni, tych cholerstw tam nie było. Nie mógł w to uwierzyć. Jakiś palant musiał je pożyczyć albo ukraść. Wayne wiedział, że droga międzystanowa będzie okay, na pewno już dawno wysłali tam pługi i piaskarki. Dwie ogromne turbiny, które wiózł, miały zostać dostarczone do celulozowni w małej miejscowości Chatham, i aby tam dotrzeć, będzie musiał zjechać z głównej szosy. Drogi będą kręte i wąskie, i prawdopodobnie jeszcze nie uprzątnięte. Wayne znowu przeklął w duchu, dokończył kawę i zapłacił pięciodolarowy rachunek. Za drzwiami przystanął, by zapalić papierosa, i dla ochrony przed zimnem mocno naciągnął na głowę baseballową czapkę Bravesów. Słyszał monotonny warkot ciężarówek wyjeżdżających już na międzystanową. Buty skrzypiały mu na śniegu, gdy szedł przez parking w stronę swego wozu.
Stało tam czterdzieści czy pięćdziesiąt ciężarówek, jedna obok drugiej, wszystkie osiemnastokołowe, tak jak jego, głównie peterbilty, freightlinery i kenworthy. Wayne miał czarnego i chromowanego kenwortha conventional - nazywali je mrówkojadami, z powodu długiego opadającego nosa. I chociaż lepiej wyglądał przyłączony do standardowej naczepy-chłodni z wysokimi bokami niż teraz, z dwiema turbinami zamocowanymi na płaskiej naczepie, w śnieżnym półświetle świtu Wayne uznawał, że jest to wciąż najpiękniejsza ciężarówka na parkingu. Stał przez chwilę i podziwiając ją, kończył papierosa. W przeciwieństwie do młodszych kierowców, którzy w dzisiejszych czasach mieli wszystko gdzieś, on zawsze utrzymywał szoferkę w nieskazitelnym porządku. Przed pójściem na śniadanie zmiótł z niej nawet cały śnieg. Nagle przypomniał sobie jednak, że w przeciwieństwie do niego tamci prawdopodobnie nie zapomnieli swoich cholernych łańcuchów. Wayne Tanner wgniótł papierosa w śnieg i podciągnął się do kabiny.
Dwie pary odcisków stóp zbiegły się u wylotu długiego podjazdu, który prowadził w górę do stajni. Z doskonałym wyczuciem czasu obie dziewczynki dotarły tam w odstępie zaledwie paru chwil i razem ruszyły na wzgórze. Ich śmiech niósł się w dolinę. Chociaż słońce miało się dopiero pokazać, biały palikowy płot ograniczający ich ścieżkę po obu stronach wyglądał na zaniedbany, podobnie jak przeszkody na polu. Ślady dziewczynek zakręcały przed szczytem wzgórza i znikały w grupie niskich budynków, stłoczonych - jakby dla ochrony - wokół obszernej, czerwonej stodoły, gdzie trzymano konie.
Gdy Grace i Judith skręcały na podwórze przed stajnią, jakiś kot uskoczył przed nimi, psując gładką powierzchnię śniegu. Zatrzymały się i stały tam przez chwilę, spoglądając w stronę domu. Nie dochodziły zeń żadne oznaki życia. Pani Dyer, właścicielka tego wszystkiego, która uczyła je obie jeździć, zazwyczaj była już o tej porze na nogach i krzątała się dookoła.
- Myślisz, że powinnyśmy jej powiedzieć, że wyjeżdżamy? - szepnęła Grace.
Obie dziewczynki dorastały razem, widując się tutaj na wsi w weekendy od tak dawna, jak tylko sięgały pamięcią. Obie mieszkały w zachodniej części miasta, obie chodziły do szkoły w części wschodniej i obie miały ojców prawników. Żadnej jednak nie przyszło do głowy, by się spotykać w ciągu tygodnia. Ich przyjaźń związana była z tym miejscem, z końmi. Skończywszy właśnie czternaście lat, Judith była o niecały rok starsza od Grace, a w podejmowaniu decyzji tak stanowcza, że skłonna była ryzykować gniew pani Dyer, co Grace z radością akceptowała. Judith prychnęła i wykrzywiła twarz.
- Ee tam - powiedziała. - Skrzyczałaby nas tylko, że ją budzimy. Chodź.
Powietrze w stajni było ciepłe i ciężkie od słodkiego zapachu siana i łajna. Gdy dziewczynki weszły z siodłami i zamknęły drzwi, tuzin koni patrzył na nie z boksów, z nastawionymi uszami, wyczuwając jakąś zmianę w świecie na zewnątrz, tak samo jak przedtem Grace. Koń Judith, kasztanowaty wałach o ładnych oczach zwany Guliwerem, zarżał cicho z radości, wystawiając pysk do pogłaskania, kiedy podeszła do boksu.
- Cześć, kochanie - odezwała się. - Jak się masz dzisiaj, co?
Koń cofnął się łagodnie od bramki, żeby Judith mogła wejść z ekwipunkiem.
Grace szła dalej. Jej koń stał w ostatnim boksie, na samym końcu. Po drodze cicho odzywała się do innych, pozdrawiając je po imieniu. Widziała, że Pielgrzym - nieruchomy, z podniesionym łbem - przez cały czas ją obserwuje. Był to czteroletni wałach rasy Morgan, tak ciemnogniady, że czasami wyglądał zupełnie czarno. Rodzice Grace kupili jej go zeszłego lata na urodziny, aczkolwiek z ociąganiem. Martwili się, że jest dla niej za duży i za młody, w ogóle ma w sobie za dużo z konia. Dla Grace była to miłość od pierwszego wejrzenia.
Polecieli obejrzeć Pielgrzyma do Kentucky i kiedy zabrano ich na łąkę, podszedł prosto do płotu, by się jej przyjrzeć. Nie pozwolił się Grace dotknąć, tylko obwąchał jej rękę, ocierając się o nią lekko bokiem pyska. Następnie pogardliwie podrzucił łeb, niczym jakiś hardy książę, i odbiegł, machając długim ogonem, z sierścią błyszczącą w słońcu jak wypolerowany heban.
Kobieta, która go sprzedawała, dała Grace się przejechać. Dopiero kiedy rodzice spojrzeli na siebie, dziewczynka wiedziała, że pozwolą jej go mieć. Matka nie jeździła konno od dziecka, ale można było liczyć, że pozna się na wysokiej klasie. Pielgrzym zaś zdecydowanie miał klasę. Nie było także wątpliwości, że jest narowisty i zupełnie inny od koni, których dosiadała dotychczas. Kiedy jednak Grace siedziała na nim i mogła czuć całe to tętniące w nim życie, wiedziała, że w swoim sercu jest on łagodny, a nie złośliwy, i że będzie im razem dobrze. Będą stanowić zespół.
Chciała zmienić mu imię na coś brzmiącego bardziej dumnie, jak Kocziz albo Khan, lecz jej matka - zawsze apodyktyczny liberał - stwierdziła, że oczywiście zależy to od Grace, ale jej zdaniem zmienianie koniowi imienia przynosi pecha. Pozostał więc Pielgrzymem.
- Witaj, wspaniały - odezwała się po dojściu do boksu. - Jedziemy? - Wyciągnęła rękę, a koń pozwolił jej dotknąć aksamitu swojego pyska, choć tylko na chwilę, bo zaraz uniósł i cofnął łeb. - Ale z ciebie flirciarz. Chodź, oprzyrządzimy cię.
Grace weszła do boksu i zdjęła z Pielgrzyma koc. Gdy zarzuciła na niego siodło, jak zwykle odsunął się trochę, więc stanowczo kazała mu się nie ruszać. Zapinając lekko popręg i zakładając uzdę, powiedziała mu o niespodziance, jaka czekała na niego na dworze. Następnie, wyjąwszy z kieszeni specjalny hak, starannie usunęła brud z każdego kopyta. Usłyszała, że Judith wyprowadza już Guliwera z boksu, szybko zacisnęła więc popręg i teraz oni też byli gotowi.
Wyszły z końmi na dziedziniec, gdzie pozwoliły im postać przez parę chwil i oszacować śnieg. Judith w tym czasie zamknęła wrota stajni. Guliwer pochylił głowę i powąchał, konkludując szybko, że to to samo, co widywał już setki razy. Pielgrzym jednak był zdumiony. Pogrzebał nogą i zaskoczyło go, że śnieg jest sypki. Spróbował go powąchać, tak jak starszy koń. Zrobił to jednak zbyt mocno i zaraz kichnął głośno, wzbudzając tym gromki śmiech dziewcząt.
- Może jeszcze nigdy tego nie widział - odezwała się Judith.
- Na pewno widział. Nie mają śniegu w Kentucky?
- Nie wiem. Chyba mają. - Spojrzała na dom pani Dyer. - Hej, jedziemy, bo obudzimy smoka.
Wyprowadziły konie z podwórza na łąkę, tam wsiadły i pojechały pod górę powolnym zygzakiem w stronę lasu. Ślady koni tworzyły doskonałą przekątną na nieskalanym polu. Gdy dziewczynki dotarły do linii drzew, słońce wreszcie wyszło ponad pasmo wzgórz i wypełniło dolinę za nimi pochylonymi cieniami.
Jedną z rzeczy, których matka Grace nie cierpiała w związku z weekendami, była sterta gazet, które musiała przeczytać. Zbierało się to przez cały tydzień, jak jakaś złośliwa masa wulkaniczna. Każdego dnia niebacznie tworzyła coraz wyższy stos z tygodników i tych działów “New York Timesa”, których nie śmiała wyrzucić. Do soboty stawał się on zbyt złowrogi, by go ignorować, a wziąwszy pod uwagę dodatkowe kilka ton niedzielnego “New York Timesa”, nadciągające groźnie, wiedziała, że jeśli nie zacznie od razu działać, zostanie zmieciona i pogrzebana. Wszystkie te słowa wypuszczone w świat. Cały ten wysiłek. Tylko po to, by wywołać poczucie winy. Annie cisnęła na podłogę kolejną porcję i ze znużeniem wzięła do ręki “New York Post”.
Mieszkanie Macleanów znajdowało się na siódmym piętrze eleganckiego starego budynku w Central Park West. Annie siedziała z podkurczonymi nogami na żółtej sofie pod oknem. Miała na sobie czarne legginsy i jasnoszarą bluzę. Słońce, świecące za nią, rozpalało jej obcięte na pazia kasztanowate włosy, związane w krótką i grubą kitę, i rzucało jej cień na podobną sofę pod przeciwległą ścianą.
Pokój był długi, pomalowany na kolor bladożółty. Jeden koniec zajmowały książki; znajdowały się tam także dzieła sztuki afrykańskiej oraz fortepian, którego narożnik pochwyciło wędrujące słońce. Gdyby Annie się odwróciła, ujrzałaby mewy stąpające dumnie po lodzie na zbiorniku wodnym. Nawet tak wcześnie rano w sobotę, pomimo śniegu, ludzie biegali, przecierając szlak, którym ona również będzie się ciężko posuwać, kiedy tylko skończy przeglądać gazety. Pociągnęła łyk herbaty z kubka i miała właśnie wyrzucić “Post”, gdy dostrzegła drobny artykuł, ukryty w kolumnie, którą zwykle opuszczała.
- Nie do wiary - odezwała się głośno. - Ty szczurku.
Odstawiła kubek i poszła szybko wziąć z holu telefon. Wróciła, wystukując numer, i stanęła twarzą do okna, tupiąc w oczekiwaniu na połączenie. Powyżej zbiornika starszy mężczyzna na nartach, z absurdalnie dużym radiem w słuchawkach, ciężkimi krokami posuwał się w stronę drzew. Jakaś kobieta beształa uwiązane na smyczy stado maleńkich piesków - ubranych w pasujące do siebie sweterki zrobione na drutach i z tak krótkimi nogami, że musiały podskakiwać i ślizgać się, by posuwać się do przodu.
- Anthony? Widziałeś “Post”? - Annie najwyraźniej obudziła swego młodszego asystenta, lecz nie przyszło jej do głowy przepraszać go. - Napisali o mnie i o Fiske. To małe gówno twierdzi, że ja go wylałam i że sfałszowałam nowe wyniki sprzedaży.
Anthony mruknął coś współczującego, ale Annie nie chodziło o współczucie.
- Masz weekendowy numer Dona Farlowa?
Poszedł po niego. Kobieta od psów w parku dała za wygraną i wlokła teraz swoje zwierzaki w stronę ulicy. Anthony wrócił z numerem i Annie zanotowała go pospiesznie.
- Dobra - powiedziała. - Wracaj do łóżka. - Rozłączyła się i natychmiast wystukała numer Farlowa.
Don Farlow był szturmowym prawnikiem firmy wydawniczej. W ciągu sześciu miesięcy, odkąd Annie Graves (zawodowo zawsze używała nazwiska panieńskiego) została redaktorem naczelnym, aby uratować tonące czasopismo tej grupy, stał się sprzymierzeńcem i prawie przyjacielem. Razem zabrali się za usuwanie starej gwardii. Popłynęła krew - napłynęła nowa, a odpłynęła stara - prasa zaś rozkoszowała się każdą jej kroplą. Wśród tych, którym Annie i Farlow pokazali drzwi, było wielu dziennikarzy z dobrymi koneksjami, którzy natychmiast rozpoczęli zemstę w kolumnach plotkarskich.
Annie potrafiła zrozumieć ich gorycz. Niektórzy byli tam tyle lat, iż wydawało im się, że posiadają to miejsce na własność. W ogóle zostać wyplenionym było wystarczająco poniżające. Zostać wyplenionym przez czterdziestotrzyletnią karierowiczkę, a do tego Angielkę, było nie do zniesienia. Czystka jednak już się prawie zakończyła, Annie zaś i Farlow wprawili się ostatnio w konstruowaniu umów odprawowych, które kupowały milczenie odchodzących. Myślała, że właśnie to zrobili z Fenimore Fiske, nieznośnym starzejącym się krytykiem filmowym, który teraz mieszał ją z błotem w “New York Post”. Szczur. Czekając, aż Farlow odbierze telefon, Annie znalazła jednak pociechę w fakcie, że Fiske popełnił duży błąd, nazywając jej wyniki zwiększonej sprzedaży mydleniem oczu. Nie były fałszywe i potrafiła tego dowieść.
Farlow nie tylko już wstał, ale i widział artykuł w “Post”. Uzgodnili, że spotkają się w jej biurze za dwie godziny. Zaskarżą starego łajdaka o każdy grosz, jaki dali mu w odprawie.
Annie zadzwoniła do męża w Chatham i usłyszała własny głos na automatycznej sekretarce. Zostawiła Robertowi wiadomość, że czas wstawać, że przyjedzie późniejszym pociągiem i żeby nie jechał do supermarketu, zanim ona nie dotrze. Następnie zjechała windą i wyszła na śnieg, by dołączyć do uprawiających jogging. Tyle że, oczywiście, Annie Graves nie uprawiała joggingu. Ona biegała. I chociaż to rozróżnienie nie wynikało ani z jej prędkości, ani z techniki, dla Annie było równie jasne i oczywiste, jak zimne poranne powietrze, w które się teraz zanurzyła.
Droga międzystanowa, tak jak Wayne Tanner się spodziewał, okazała się doskonała. Jak to w sobotę, nie było zbyt dużego ruchu, uznał więc, że najlepiej zrobi, trzymając się trasy osiemdziesiątej siódmej, aż dotrze do dziewięćdziesiątej, tam przejedzie rzekę Hudson i od północy pojedzie na Chatham. Przestudiowawszy mapę, stwierdził, że chociaż to nie jest najbardziej bezpośrednia trasa, mniejszą jej część odbędzie na drogach dalszej kolejności, które być może nie zostały oczyszczone. Ponieważ nie miał łańcuchów, pozostawała mu jedynie nadzieja, że droga dojazdowa do celulozowni, o której mu mówili, nie okaże się jakimś polnym traktem lub czymś podobnym.
Zanim zauważył znaki zapowiadające drogę nr 90 i skręcił na wschód, zaczynał już czuć się lepiej. Okolica wyglądała jak na kartce bożonarodzeniowej, a z Garthem Brooksem w odtwarzaczu i słońcem odbijającym się od potężnego nosa kenwortha sprawy nie wyglądały już tak kiepsko jak zeszłego wieczoru. Do diabła, gdyby doszło do najgorszego i straciłby prawo jazdy, zawsze mógł wrócić do swego wyuczonego zawodu mechanika. Chociaż na pewno nie miałby z tego tyle pieniędzy. To skandal, jak mało płacą człowiekowi, który latami się uczył i musiał kupić sobie narzędzia wartości dziesięciu tysięcy dolarów. Ostatnio męczyło go jednak tak długie przebywanie w trasie. Może byłoby miło spędzać więcej czasu w domu, z żoną i dzieciakami. Cóż, może. A w każdym razie na rybach.
Z nagły...
Sabaidee