Nelson Algren - Ostatnia karuzela
Zastanawiam się często, czy na tym bezludnym pasie ziemi przy granicy meksykańskiej stoi jeszcze zielona tablica zapraszająca mówiących po hiszpańsku kierowców do opuszczonej stacji benzynowej:
SINCLAIR se habla español SINCLAIR
Pod tym znakiem, między dżunglą gęstych zarośli porastających tę część Stanów Zjednoczonych a autostradą stanową, siedziałem kiedyś, rozłupując strączki sinej fasoli. Z jutowym workiem, rondlem i kieszonkowym słownikiem angielsko-hiszpańskim obok siebie, łuskałem tak przez całe suche lato 1932 roku.
To zielone powitanie namalowałem sam. Było to trochę powyżej stacji, która stała się domem, magazynem i bazą operacyjną dla mnie oraz wysokiego, wiecznie pochylonego kombinatora imieniem Luther. Byłem dumny z tego, że jestem jego partnerem, a także z tego, że stacja jest na moje nazwisko. Ja podpisałem wszystkie dokumenty.
Wynajęliśmy ją rzekomo po to, by sprzedawać benzynę Sinclaira. W rzeczywistości jednak magazynowaliśmy w niej miejscowe produkty, kupione lub wyżebrane, które chcieliśmy sprzedawać w pogranicznych miastach. Mieliśmy worki, wiadra, kubły, rondle, kamienne garnki oraz skrzynki wypełnione po brzegi siną fasolą. Zakładaliśmy, że kiedy po dolinie rozejdzie się wieść, iż można u nas kupić łuskaną fasolę, zaczną do nas zjeżdżać gospodynie domowe z całego południowo-wschodniego Teksasu. Przedstawiciel Sinclaira będzie myślał, że sprzedajemy im wyłącznie benzynę. Zanim się połapie, będziemy bogaci.
Siedzący sztywno za kierownicą studebakera z 1919 roku Luther przywodził mi zawsze na myśl podpis, który widziałem na frontyspisie Zmotoryzowanych chłopców w Meksyku: “Gnamy z szybkością piętnastu mil na godzinę". Na głowie miał słomkowy kapelusz w odcieniu kłów starego psa i brakowało mu tylko prochowca oraz gogli. Bałem się o meksykańskich farmerów.
- Bądź ostrożny i pilnuj się przez cały czas, synu - witał mnie Luther każdego ranka. - Dzięki temu sprawy posuwają się do przodu.
Przez całe tygodnie nie widywałem gazety. Aby poznać wieści ze świata rozciągającego się poza zaroślami, musiałem czekać, aż Luther wróci wieczorem do domu. Ja łuskałem, on sprzedawał.
W zaroślach żyły jelenie, na wiecznie błękitnym niebie latały myszołowy, a w rowach kumkały żaby. Pewnego razu prosto od strony słońca nadleciała chmara zupełnie białych motyli, które osiadły wokół mnie. Po chwili, jak na jakiś rozkaz, uniosły się znowu w powietrze i zniknęły. W te straszliwe upalne dni nad Rio Grande ja cały czas łuskałem i łuskałem.
To Luther był tym człowiekiem, który odkrył nie wyeksploatowany jeszcze rynek łuskanej fasoli. W zamian zrobię go kiedyś zarządcą na moim ranczu. Moi meksykańscy robotnicy też będą mnie bardzo lubić.
- Zbiłem cenę skrzynki na dwa dolce - oświadczył zadowolony z siebie Luther, chwaląc się, że znowu udało mu się przechytrzyć meksykańskiego farmera. Wrócił właśnie z kolejnym ładunkiem.
W migoczącym blasku lampy naftowej zasiedliśmy do kolacji składającej się z zimnej kaszy i sinej fasoli. Zaczynało nam już brakować nafty. W zasadzie brakowało nam wszystkiego z wyjątkiem fasoli.
- Kapusta i fasola na Nowy Rok oznacza srebro i złoto przez cały rok - zapewniał mnie Luther. Miał pełno informacji tego rodzaju. Najnowsze, sensacyjne wieści zaczął mi przekazywać dopiero po zjedzeniu posiłku.
- Myśleli już, że mają Clyde'a, ale nie udało im się.
Szeryf prawie osaczył Clayde'a Barrowa i Raya Hamiltona na małej farmie koło Carlsbad w Nowym Meksyku. Jednakże Bonnie powstrzymywała szeryfa wystarczająco długo, aby Clyde zdołał obejść domek i powalić go strzałem ze swojej strzelby. Policja stanowa przywiozła później ciało, znalezione w rowie przy autostradzie.
Żadne ze znajdowanych przez nich ciał nigdy nie było ciałem Clyde'a Barrowa.
- Nigdy nie wezmą Clyde'a żywcem - prorokowałem.
Przedstawiciel Sinclaira zostawił nam sto galonów benzyny na kredyt. Oprócz tego przypadło nam wysokie, mosiężne łóżko z pordzewiałymi w wilgotne noce Alamo sprężynami. Naszymi krzesłami były skrzynki po pomarańczach, a pięciogalonowy pojemnik na wodę napełniałem każdego ranka w studni meksykańskiego farmera znajdującej się przy autostradzie, dwie mile dalej.
Kiedy przedstawiciel Sinclaira przyjechał z dokumentami, starając się ustalić, który z nas weźmie na siebie zobowiązanie do zapłacenia za te sto galonów, Luther zaczął udawać analfabetę.
- Psze pana, ja ledwie umiem napisać swoje imię, a już zupełnie nie potrafię przeczytać, co ktoś inny napisał. Ale ten chłopiec był w college'u. Jest naprawdę bystry. Ma więcej wiadomości w małym palcu niż ja w całej głowie.
Naprawdę bystry chłopiec z całą tą wiedzą w małym palcu był bardzo dumny, podpisując dokumenty.
- Kiedy odkujemy się na tyle, by móc otworzyć tu pakownię, będziesz prowadził rozmowy z naszymi klientami - zapewnił mnie Luther po odjeździe agenta. - Ja będę doglądał pakowania na zapleczu, a ty będziesz sobie siedział przy biurku z przodu. Jak ci to pasuje, synu? - Synowi pasowało to bardzo i jeśli nawet zauważyłem, że Luther, mówiąc to, odwraca wzrok, sądziłem, iż ukrywa w ten sposób swoją wdzięczność.
Pewnego popołudnia przedstawiciel Sinclaira przyłapał mnie pośród tych wszystkich worków, słojów, stosów fasoli.
- Zamierzamy zrobić z tego zaprawy na zimę - brzmiało moje wyjaśnienie.
- No cóż, nigdy nie zostaniesz milionerem, prosząc o podwyżki - skomentował.
Wiedziałem już, że aby zostać bogatym człowiekiem, należy najpierw ciężko pracować prawie za darmo. Wytrwałość znaczyła więcej niż pieniądze. Wszystko, co biedny chłopiec musiał zrobić, by wspiąć się w górę po drabinie sukcesu, to wdrapywać się szczebel po szczeblu, gdy inni, będący nad nim, spadali w dół. Wszystko to sprawiało, że awans od współdzierżawcy stacji benzynowej do właściciela rancza hodowlanego był tylko kwestią czasu i cierpliwości. Wszystko miałem zaplanowane, nawet to, że gdy nadejdzie wreszcie ten dzień, kiedy osiągnę najwyższy szczebel, kupię sobie parę hiszpańskich butów i kapelusz w stylu Johna Battersona Stetsona.
Przyczyną, dla której przez całą jesień sprzedaliśmy tylko jeden galon benzyny, było to, jak mi się wówczas wydawało, że meksykańscy farmerzy woleli kupować u handlowców mówiących po hiszpańsku.
- Quiere usted un poco de este asado? - zapraszałem głośno sam siebie, łuskając cały czas fasolę. A stwierdziwszy, że istniejący w mojej wyobraźni rostbef jest smaczny, prosiłem o dokładkę: - Dame usted un magro, yo le gusta. - Była to miła odmiana od tego, co naprawdę znajdowało się w naszym, pokrytym skorupą kaszy, rondlu.
Tak więc wymalowałem znak, który zapraszał mówiący po hiszpańsku świat do naszych dwóch pomp z pięćdziesięcioma galonami benzyny pod każdą z nich. Dotarłem właśnie do “Acérquese usted tengo que de circle una cosa", gdy podjechał pierwszy Meksykanin, ciągnący swym samochodem przyczepę kempingową. Rzuciłem się do korby, licząc, że obrócę ją przynajmniej pięćdziesiąt razy, ale ten włóczęga nie chciał benzyny. Chciał kupić tequilę. Co my tu robimy w tych gąszczach, jeśli nie sprzedajemy whisky? Odwrócił swój płaszcz na drugą stronę, aby udowodnić mi, że nie jest z urzędu podatkowego. Nie mógł uwierzyć, że naprawdę próbujemy sprzedawać siną fasolę. Śmiejąc się głośno, zatoczył ręką, wskazując ciągnące się aż po horyzont zarośla: fasola występowała tu równie powszechnie jak kaktusy. Musimy stroić sobie żarty.
Ciągle przekonany, że mamy gdzieś schowaną tequilę, pokazał mi monetę równoważną ćwiartce amerykańskiego dolara, aby pokazać, iż może zapłacić. Była mniejsza od wszystkich ćwiartek, jakie do tej pory widziałem. Nie wziąłbym jej, nawet gdybyśmy mieli whisky na sprzedaż. Odjechał bardzo niezadowolony.
Pewnej nocy obudziło mnie chrapanie.
- Czy to ty, Luther? - zapytałem.
- Nie - stęknął. - Myślałem, że to ty.
Chrapanie rozległo się znowu. Dochodziło spod łóżka.
- Kto tam? - zapytał Luther, zaglądając pod łóżko. W odpowiedzi usłyszał jeszcze jedno chrapnięcie.
Wstał. Mimo upalnej, wilgotnej nocy, miał na sobie kalesony i podkoszulek. Sięgnął ręką pod łóżko, a następnie rozejrzał się po pokoju, przyświecając sobie lampą naftową. W końcu wstaliśmy obaj i wsunęliśmy lampę pod podłogę budynku stacji: tam, tuż pod naszymi nosami, ogromny dzik rył sobie spokojnie ziemię.
- Wyyno-chaaa, wyyno-chaaa! Wyłaź stamtąd, ty cholerny, stary wieprzu! - ryknął Luther. Żadne jednak groźby ani prośby nie mogły nakłonić zwierzęcia do wyjścia. Ani powstrzymać jego chrząkania.
Następnego dnia rano usiadłem obok Luthera na przednim siedzeniu studebakera. Też chciałem przejechać się do Harlingen.
- Jeśli będziemy mieli wypadek - zwrócił mi uwagę Luther - i obaj będziemy siedzieć na przednich siedzeniach, to obaj możemy zginąć. Jeśli jednak jeden z nas będzie na tylnym siedzeniu, to przy odrobinie szczęścia zostanie tylko kaleką i wciąż będzie mógł prowadzić interes.
Wdrapałem się na tylne siedzenia, a Luther uśmiechnął się do lusterka wstecznego z zadowoleniem i aprobatą.
- Zapomniałeś, co ci mówiłem o pilnowaniu się przez cały czas, prawda, synu?
W mieście kupiłem gazetę sprzed tygodnia. Czworo młodych ludzi przyjechało na tańce do Atoka w Oklahomie, kłócąc się między sobą. Dwóch policjantów próbowało ich uspokoić i obaj zostali postrzeleni. Inni młodzieńcy chwycili broń policjantów i rzucili się w pościg. Uciekinierzy porzucili swój wóz, kiedy stracili koło, porwali farmera wraz z jego samochodem, uwolnili go w Clayton, ukradli inny samochód w Seminle i zniknęli z pola widzenia. Jeden z policjantów przeżył.
- To musieli być Ray Hamilton i Clyde Barrow - powiedziałem zdecydowanie.
- I Bonnie Parker. - Luther był tego równie pewny jak ja.
W oknie wystawowym jednego z tandetnych sklepów Harlingen Luther pokazał mi kamienny słój z siną fasolą, którą sam zapakowałem na sprzedaż. Nie mogłem być już bardziej dumny.
- Jesteś praktycznie królem fasoli w całej dolinie Rio Grande - pogratulował mi Luther. Odczułem ciężar odpowiedzialności.
Schowany w cieniu stacji, pozwoliwszy zapomnieć mym palcom o pracy, pogrążałem się w marzeniach, w których byłem kierownikiem luksusowej stacji Sinclaira i zawsze nosiłem kapelusz J. B. Stetsona. Nigdy słomkowy.
- Nigdy nie byłem na północy - przekazał mi raz Luther zagadkową informację - ale i tak moją rodzinę dotknęła choroba Lincolna.
- Co to za choroba, Lutherze?
- Taka, która rozciąga ludziom kości. Moja ciotka Laverna miała więcej niż sześć stóp, zanim skończyła piętnaście lat. Tak samo jak Abe Lincoln. Jej stopy miały piętnaście i pięć ósmych cala długości. Podobnie jak stopy Lincolna. Przez to wszystko sutki zaczęły rosnąć jej do środka, co ją ogromnie zawstydzało. Później oślepła, ale odzyskała wzrok i spędziła resztę swych dni na błogosławieniu światła, które Bóg osobiście jej zesłał.
Następnej nocy obudził mnie warkot silnika, który nie był silnikiem studebakera Luthera. Mimo to wyraźnie widziałem jego wysoką postać schyloną nad zbiornikiem paliwa. Ponieważ obie dłonie trzymał przy ustach, pomyślałem, że jest pijany i próbuje zwymiotować. Za kierownicą sportowego samochodu, którego silnik obudził mnie, siedział ktoś, kogo nie potrafiłem rozpoznać. Na jednej szybie samochodu napisano kredą “Llévame a casa", a na drugiej “Zabierz mnie do domu".
- Źle się czujesz Luther? - zawołałem. Odpowiedział długim syknięciem, po czym wdrapał się do samochodu i odjechał z tajemniczym nieznajomym.
Osuszył z benzyny zbiornik numer jeden do ostatniej kropelki. Tak więc, ostatecznie, nie było mi pisane zostać fasolowym królem doliny Rio Grande.
Zatankowałem zatem studebakera z drugiego zbiornika, po czym wrzuciłem do niego buszel fasoli, dodałem pięć puszek mleka, dwa talerze wyschłej kaszy i puszkę tłuszczu wieprzowego. Następnie, zadowolony, wróciłem do łóżka. Nad ranem znowu usłyszałem warkot silnika tego sportowego samochodu. Miałem tylko nadzieję, że nie wzbogaciłem zbyt mocno zawartości zbiornika. Nie chciałem, by Luther, nalewając benzynę, zauważył coś podejrzanego. Nie zauważył. Kiedy skończył pompować, odjechał raz jeszcze.
Przed południem wsiadłem do studebakera i pognałem nim piętnaście mil na godzinę. Dzień był wspaniały, a niebo tak błękitne i czyste, że aż zapierało dech w piersiach.
Samochód “Llévame a casa - Zabierz mnie do domu" stał na poboczu drogi przy ostatnim skręcie do Harlingen. Luther wyskoczył z niego, machając rękami. Przycisnąłem pedał gazu, uzyskując imponującą szybkość osiemnastu mil na godzinę, i Luther musiał uskoczyć w bok. Zobaczyłem go w lusterku wstecznym. Stał ze zwisającymi po bokach rękami, w pozie zawiedzionego przedsiębiorcy pogrzebowego.
Teraz pójdzie do miasta, aby zaoszczędzić pięć centów na telefonie. I złoży raport przedstawicielowi Sinclaira, że zniknąłem ze stu galonami bezyny w studebakerze, który także ukradłem. Czy agent zadzwoni potem do Dallas, by zaalarmować Rangersów? Czy będę musiał przebić się przez blokadę drogi w Texarkana? Czy moje zdjęcie z podpisem “POSZUKIWANY ŻYWY LUB MARTWY" znajdzie się w każdym posterunku policji w Teksasie?
Clyde, Bonnie, Ray Hamilton i ja, ścigani przestępcy. Nigdy jeszcze w całym moim życiu nie byłem tak podniecony i tak dumny.
Nie rozpoznany przez nikogo sprzedałem grata właścicielowi garażu w McAllen za jedenaście dolarów. Uraczyłem się tortillas i chili w prowadzonej przez pewną Meksykankę jadłodajni przy torach Southern Pacific. Ona także mnie nie rozpoznała.
Ukryłem się za wieżą wodną i czekałem tam, aż ze stukotem kół nadjechał towarowy z południa. Wdrapałem się do jednego z wagonów, zamknąłem za sobą drzwi i zasnąłem w rogu. Spałem przez długi czas, budząc się tylko po to, by zanucić z zadowoleniem:
Żywy lub martwy, chłopcy, żywy lub martwy
Jak wyglądam, chłopcy, czy jestem żywy, czy też martwy ?
Trwało tak do czasu, aż usłyszałem muzykę i coś jak dziecięce nawoływania, rozbrzmiewające pomiędzy kolejnymi stuknięciami kół. Pod drzwiami wagonu widziałem przesuwające się światła. W pewnym momencie rozległ się wysoki, przenikliwy gwizd parowych organów. Odsunąłem drzwi o cal. Jasne, srebrzyste światła diabelskiego koła wznosiły się w górę w swej podniebnej wędrówce. W dole rozciągało się miasto ozdobionych proporcami namiotów. W pewnej chwili podmuch wiatru zwiał wszystkie proporce w jedną stronę, przynosząc równocześnie krzyki dzieci wirujących na karuzeli.
Zsunąłem się na ziemię, przesadziłem rów, przeskoczyłem płot i kryjąc się w zaroślach, przeczołgałem się pod tablicą. Następnie przelazłem niski ceglany murek, wmieszałem się w tłum Meksykanów i przeszedłszy pod łukiem z papier-mache, wkroczyłem wraz z nimi na teren wesołego miasteczka, które zjechało w to miejsce z okazji Okręgowych Targów Rolnych. Samo wesołe miasteczko nosiło nazwę Hebbronyille.
Wielki, oświetlony węglowymi lampami transparent rozciągnięty między dwoma słupami przed namiotem pokazywał dwóch walczących bokserów. Ktoś zaczął bić w gong. Duża kobieta, śniada jak Cyganka, z żółtą chustką okrywającą włosy, wdrapała się na podium i szczekliwym głosem zaczęła wykrzykiwać:
- Avanza! Avanzal Avanza! Spieszcie się! Spieszcie się! Spieszcie się! Zobaczcie dwóch najsilnieszych ludzi świata, toczących walkę na śmierć i życie! Zobaczcie Hannah, tajemniczą Półdziewczynę! Zobaczcie Ludzką Poduszkę na Szpilki!
Około tuzina wiejskich prostaczków już się gapiło. Chudy chłopiec w białych, bokserskich szortach i zabłoconych tenisówkach wdrapał się na podium obok niej.
- Przywitaj się z państwem, Melvin - poinstruowała go ciemnoskóra kobieta. Chłopiec wykrzywił się w głupim uśmiechu.
- Nigdy jeszcze czegoś takiego nie widziałem! - wykrzyknął stojący obok mnie facet w farmerskich dżinsach, Twardziel.
Ja nie widziałem w tym nic szczególnego. Chłopiec miał około piętnastu lat, był tak chudy jak głodujący od dawna ogar. Stał na patykowatych nogach i wydawało się, że zamiast kolan ma małe guzy. Jego ramiona były tak wąskie, że oprócz szyi z ogromnym wolem nic już między nimi nie mogło się zmieścić. Podbródek miał tak cofnięty, że gdyby chciał polizać loda, musiałby wsadzić wafel pod swoją górną wargę. Jego włosy wyglądały jak poodgryzane różowe nici i rzeczywiście można było odnieść wrażenie, że szpilka wsadzona w jajowatą czaszkę Ludzkiej Poduszki nie sprawi bólu. Dwaj młodzi siłacze, jeden w wystrzępionym, czerwonym szlafroku, a drugi w podobnym, lecz w kolorze wyblakłego błękitu, wybiegli truchtem z wyjść po przeciwnych stronach namiotu i wdrapali się na podium. Jeden stanął obok kobiety, drugi obok chłopca.
- Siłacz z Birmingham! - Ciemnoskóra kobieta podniosła rękę potwora w czerwonym szlafroku, który ponurym wzrokiem zerkał na widzów. - Grizzly z Okefenokee! - przedstawiła drugiego, podnosząc jego rękę.
Grizzly tylko zmarszczył brwi. Obaj mężczyźni mieli wysokie kości policzkowe, byli nie ogoleni i tak podobni do siebie, że mogliby być braćmi.
Drogą pomiędzy namiotami zbliżył się meksykański szeryf, sprawdzający, czy wszystko jest w porządku.
- Idź dalej, blaszany glino - zagrzmiał Siłacz. - Idź dalej albo ja zejdę na dół i poprzetrącam ci kości!
Grizzly, kobieta i Poduszka na Szpilki chwycili go, aby przeszkodzić mu w napadzie na policjanta. Szeryf przeszedł obok, uśmiechając się niepewnie. Wieśniacy zaczęli wymieniać znaczące spojrzenia.
- Ten człowiek to zwierzę - szepnął do mnie Twardziel.
- Musiałeś już widzieć to przedstawienie - zaryzykowałem twierdzenie.
Grizzly zrzucił szlafrok i zaczął się walić pięściami w piersi, rycząc przy tym przeraźliwie. Siłacz natychmiast zrzucił swój szlafrok, walnął się w piersi i ryknął w odpowiedzi. Wywołało to taką wrzawę, że jeden z Meksykanów rzucił się biegiem do ucieczki, zostawiając na drodze żonę i dzieci. Melvin i kobieta wepchnęli się między te dwa potwory, a mój sąsiad wskoczył na podium, by pomóc im w powstrzymywaniu przeciwników przed wzajemnym rozszarpaniem się na krwawe strzępy.
- Ci chłopcy załatwią teraz w środku swoje porachunki! - oświadczyła kobieta, gdy obaj się na chwilę uspokoili. - W górskim stylu! Wszystkie chwyty dozwolone!
- Nie mogę tego przegapić! - zarechotał Twardziel, zwracając się do tłumu, i ruszył do środka namiotu, ciągnąc za sobą wieśniaków, którzy podążyli za nim jak owce za przewodniczką stada. Melvin zeskoczył na ziemię i zaczął zbierać dziesięciocentówki. Jego pierś, co zauważyłem, gdy sam płaciłem, wydawała się pogryziona przez moskity.
Ktoś ozdobił obie ściany namiotu malunkami, które miały przedstawiać wizerunki uwodzicielskich kobiet, ale udało mu się stworzyć jedynie dwa rzędy obrazów wyuzdanych karlic. Ponieważ ściany namiotu były ustawione pod kątem, wyolbrzymiało to ich piersi, skracając równocześnie nogi, tak że wszystkie zdawały się pochylać groteskowo do przodu, jakby ich kostki były przyszpilone do ziemi. Artysta użył za dużo czerwonej farby. Rezultat był naprawdę burdelowy.
Mój znajomy, Twardziel, stanął przed zasłoniętą kurtyną szafką nie wyższą od niego samego.
- Hannah, tajemnicza Półdziewczyna - ogłosił i odsunął kurtynę.
W środku, na tle aksamitnej czerni, zobaczyliśmy dziewczynę w purpurowo-kremowym swetrze, która bujała się lekko na dziecięcej huśtawce i mierzyła nas z góry ospałym spojrzeniem swych ciemnych, skośnych, indiańskich oczu. Jej ciało najwyraźniej kończyło się w pasie.
- Jak państwo widzą - powiedziała głosem cichym i matowym jak u dziecka - nie mam na czym stać, ale mimo to nie unikam nocnej pracy. Dziękuję wam, dziękuję, panie i panowie. Dziękuję wam wszystkim. Señoras y señores, gracias.
Z tłumu wyrwało się potężne westchnienie współczucia i miłości.
- Szybko się męczy - wyjaśnił Twardziel, zaciągając kurtynę.
- Wierzysz w to? - zapytał mnie szarpany wątpliwościami wiejski prostaczek.
- Może pociąg obciął jej obie nogi - zaryzykowałem. Popatrzył na mnie z oburzeniem niezbyt mądrego człowieka, który zetknął się z umysłem jeszcze prostszym od swojego.
- Ty cholerny głupcze - rzucił oskarżająco. - Czy nie zauważyłeś nawet, że ta dziewczyna kończyła się na brzuchu?
- Proszę tu podejść, panowie - rozkazał Twardziel i skinął głową w kierunku pogryzionego przez moskity chłopca. - Oto Melvin, Ludzka Poduszka na Szpilki!
Melvin wskoczył na podium i z głupim wyrazem twarzy zaczął wpinać w ciało czerwono-biało-niebieskie guziki z różnych kampanii wyborczych. Niektóre z nich zachęcały do głosowania na Williama Gibbsa McAdoo. Kiedy zabrał się za znaczki Hoovera, pomyślałem, że na pewno zacznie krwawić. Nie krwawił jednak ani przy McAdoo, ani przy Hooverze. Był bardzo elastyczną poduszeczką.
Kiedy wbił sobie w ramię wielką igłę kaletniczą, Twardziel zemdlał i padł na twarz. Siłacz i Grizzly, obaj w swoich strojach zapaśniczych, wynieśli go na zaplecze. Bardzo mnie ucieszyło, że w obliczu tak kryzysowej sytuacji, potrafili odłożyć na potem swoje porachunki.
Ciemnoskóra kobieta podała Melvinowi kawałek kredy i małą, czarną tabliczkę. Narysował na niej kreskę - obok trzech już tam widniejących - i pokazał nam.
- To liczba ludzi, którzy zemdleli dziś w czasie moich występów - oświadczył triumfalnie i zeskoczył z podium, nie czekając nawet na oklaski. Był to zresztą zupełnie dobry pomysł, żadnych bowiem oklasków nie było.
- W tym narożniku - i oto znowu ujrzeliśmy naszego Twardziela, który, tym razem w białych spodniach sędziego, pojawił się właśnie na środku prowizorycznego ringu - w tym narożniku ważący dwieście pięćdziesiąt funtów mistrz Wybrzeża Florydy, Grizzly z Okefenokee! - Przerwa na niemrawe oklaski. - A w tym narożniku mistrz obszaru Kanału Panamskiego, Siłacz z Birmingham! - Równie niemrawe oklaski, wyraźnie tych samych rąk. - Ci chłopcy mają teraz zamiar załatwić swoje zadawnione urazy. Jeśli jest tu ktoś, kto łatwo mdleje, proszony jest uprzejmie o wyjście. Kiedy walka się rozpocznie, nie będzie żadnych zwrotów pieniędzy!
- A co z tobą? - wypomniał mu ktoś jego słabowitą naturę, ale nie zwrócił na to żadnej uwagi.
- To niezwykłe wydarzenie będziecie mogli obejrzeć bez żadnych dodatkowych opłat, gdyż wiem, że wy, panowie, jesteście wszyscy miłośnikami tego wspaniałego, czystego sportu, otoczonego patronatem Związku Zapaśniczego doliny Rio Grande. - Odwrócił się w stronę zawodników i dodał: - Chłopcy, pamiętajcie, że jesteście zawodowcami najwyższej klasy, że reprezentujecie honor Straży Wybrzeża Florydy oraz Amerykańskiej Floty w Panamie i że ja jestem tu po to, aby dopilnować przestrzegania przepisów. A teraz uściśnijcie sobie dłonie, powróćcie do swoich narożników i rozpocznijcie walkę. Niech zwycięży lepszy!
Grizzly wyciągnął łapę, ale Siłacz, paskudny facet, zbił ją w dół. Następnie wrócił do swojego narożnika, podał swoją szatę ciemnoskórej kobiecie i napiął mięśnie, trzymając się lin.
- Drogo za to zapłacisz, Siłaczu! - pogroził mu z narożnika Grizzly'ego Poduszka na Szpilki.
- Uważaj, co mówisz, albo załatwię was obu! - odpowiedziała kobieta.
Siłacz, wciąż trzymając się lin, plunął przez całą długość ringu dokładnie w drugi narożnik. Bardzo się to spodobało zebranym w namiocie kmiotkom.
Siłacz i Grizzly zaczęli krążyć wokół siebie. Obaj robili groźne miny, ale wyraźnie unikali zbliżenia. Ktoś zagwizdał. Grizzly podszedł do lin i przyglądając się twarzom zebranych, usiłował w gęstej mgle tytoniowego dymu dostrzec niezadowolnego.
- Czego chcecie za dziesięć centów? - zwrócił się w końcu z wyzwaniem do całego namiotu. - Krwi?
- Uważaj! - ostrzegł go Poduszka na Szpilki.
Niestety ostrzeżenie to przyszło za późno. Siłacz rzucił się od tyłu na Grizzly'ego i obaj padli na wyłożony płótnem ring. Zaczęli toczyć się od jednych lin do drugich, rycząc przy tym z wściekłości. Ściany namiotu falowały, słupy drżały, a węglowe lampy kołysały się. Siłacz założył Grizzly'emu taki chwyt, że żadna ludzka siła nie powinna go przełamać. Ale Grizzly - będąc najwyraźniej nadczłowiekiem - wyrwał się i odrzucił oszołomionego, zataczającego się Siłacza, który porażony bólem przesłonił dłońmi oczy. Grizzly zaparł się o liny, po czym odepchnął się od nich, przeskakując połowę ringu. Siłacz zrobił zręczny unik, złapał Grizzly'ego za kostki, gdy ten przelatywał obok, i rzucił go twarzą na ziemię. Siłacz tylko udawał, że był ranny! Założywszy szybko podwójne nożyce nogami i półnelsona jedną ręką, drugą zaczął wydłubywać oczy przeciwnika.
- Załatw go, Siłacz! - zaryczał pełnym głosem tłum, zupełnie obojętny na to, który z tych dwóch brutali zostanie załatwiony, byle tylko jeden z nich poważnie ucierpiał. - Rozwal go, Birmingham!
Żądni krwi widzowie nie wzięli jednak pod uwagę Ludzkiej Poduszki. Melvin przesunął się między linami z kawałkiem węża w ręce, więc teraz ciemnoskóra kobieta krzyknęła ostrzegawczo:
- Uważaj, Siłacz!
...
Sabaidee