Norman Davies
Biały Orzeł, Czerwona Gwiazda
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 1998. Wydanie I.
„Nie da się zaprzeczyć, że najbardziej sensacyjnymi skutkami wojny polsko-bolszewickiej były te, do których nie doszło” - napisał Norman Davies, wybitny historyk, autor cieszącego się ogromną popularnością Bożego igrzyska. Bitwa warszawska, która jest kluczowym wydarzeniem omawianej w niniejszej książce wojny polsko-radzieckiej (1919-1921), uchodzi coraz powszechniej za jedną z najważniejszych bitew XX stulecia. Co oznaczało zwycięstwo sił polskich? Davies stara się oddać sprawiedliwość bohaterom wydarzeń, które w pamięci narodowej zapisały się jako „Cud nad Wisłą”. Z niezwykłą wprawą przechodzi od ujęcia panoramicznego do szczegółu, brawurowo posługuje się filmową techniką zmiany perspektywy: czytelnik to obserwuje w bezpośredniej bliskości zdarzenia z pola bitwy, to ogląda świat z foteli polityków. Davies nie odbrązawia, nie stawia na piedestał - umieszcza fakty w międzynarodowym kontekście i wskazuje, nie ulegając żadnej subiektywnej wizji dziejów, i realne znaczenie historycznych wydarzeń.
SPIS TREŚCI
Nota tłumacza
Przedmowa Autora do wydania polskiego
1. Jeszcze jedna pożoga
2. Zima straconych złudzeń
3. Inwazja na Ukrainę
4. Inwazja na Polskę
5. Bitwa warszawska
6. Decydująca kampania
7. Reperkusje
NOTA TŁUMACZA
Książka Normana Daviesa była już opublikowana po polsku w drugim obiegu przez wydawnictwo Przedświt (bez miejsca i roku wydania - według katalogu BJ po 1986 r.) w przekładzie Urszuli Karpińskiej (pseudonim). Tłumaczenie to było mi pomocne w pracy, zwłaszcza przy weryfikacji części cytatów, za co Autorce pragnę podziękować.
Chciałbym również wyjaśnić, że określeniami „sowiecki” i „radziecki” posługuję się zamiennie w zależności od okresu historycznego (pierwsze pojawia się zasadniczo w okresie przedwojennym, drugie zaś powojennym). Nazwy miejscowe podawane są w formie używanej w czasie opisywanych wydarzeń.
Andrzej Pawelec
PRZEDMOWA AUTORA DO WYDANIA POLSKIEGO
Od ukazania się w 1972 roku pierwszego angielskiego wydania Orla białego, czerwonej gwiazdy minęło ćwierć wieku. Był to mój autorski debiut. Książka została napisana w ekspresowym tempie w ciągu niespełna dwunastu miesięcy, ale towarzyszący jej narodzinom pośpiech wcale jej, jak sądzę, nie zaszkodził. W owym czasie jako początkujący doktorant przeżywałem powszechne na tym etapie kariery kłopoty finansowe i doświadczałem poczucia zagubienia. Byłem również ojcem małego dziecka i mężem chorującej żony, który musiał pogodzić się z faktem, iż jego dni jako beztroskiego wędrownego uczonego są policzone Praca nad książką była skutecznym sposobem na skupienie umysłu. Podczas długiego pobytu w Krakowie pod koniec lat sześćdziesiątych dowiedziałem się o istnieniu „wojny bolszewickiej”; przysłuchiwałem się jak zaczarowany wspaniałym opowieściom mojego Teścia* o jego przygodach sprzed półwiecza, kiedy to wojował z Armią Czerwoną Lenina. Wojna polsko-bolszewicka z 1919-1920 roku była jednak wciąż tematem zakazanym. Nie istniała w podręcznikach i w oficjalnych publikacjach ukazujących się w „obozie socjalistycznym”. Klęska Armii Czerwonej zdecydowanie przerastała wyobraźnię i wykraczała poza dyrektywy komunistycznych cenzorów; w żadnym razie nie mogła więc stanowić legalnego przedmiotu badań archiwalnych, a tym bardziej tematu rozprawy doktorskiej.
* Ś p. Marian Zieliński z Kęt (zm w 1984 r)
Ocalił mnie A.J.P. Taylor, mój poprzedni opiekun naukowy. Choć Taylor był zapewne najwybitniejszym, a z pewnością najsławmejszym historykiem swojego pokolenia, nie dbał o akademickie konwenanse. W owym czasie znajdował się u szczytu powodzenia jako pierwszy brytyjski teledon* a jego improwizowane wykłady telewizyjne przyciągały szerokie audytorium.
* Nazwa ,Don” odnosi się do starszych wykładowców na uniwersytetach brytyjskich (przyp. tłum.).
Chociaż napisał wiele ważnych prac na temat historii Wielkiej Brytanii i Europy, nigdy nie zajmował eksponowanego stanowiska na żadnym uniwersytecie brytyjskim. Nie otrzymał katedry historii (Regius Professorship) na uniwersytecie w Oksfordzie - po części na skutek lewicowych poglądów politycznych - i od tego czasu odrzucał wszystkie kolejne oferty. Unikał tytułu „profesor”, tak jak nie miał szacunku dla tytułu „doktora”. Co dla mnie najważniejsze, chociaż był czynnym członkiem lewicowych kręgów intelektualnych, zawsze traktował z należną podejrzliwością Związek Radziecki i komunistyczną propagandę. (Na Kongresie Intelektualistów, który odbył się w sierpniu 1948 roku we Wrocławiu, jako jedyny z zachodnich delegatów zabrał głos, by zaprotestować przeciw sterowaniu obradami przez radzieckich towarzyszy). Tak więc, kiedy pojawiłem się ponownie w Oksfordzie w roku 1968/69, Taylor autentycznie zainteresował się tym, co robię. Poradził mi, żebym na razie zapomniał o studiach doktoranckich i jak najszybciej dał coś do druku. „Tylko ludzie małego formatu robią doktoraty”, zapewniał. Zachęcił mnie, abym przygotował do druku pracę seminaryjną pt. „Lloyd George a Polska”, i umożliwił mi ubieganie się o stypendium w St. Antony's College. Wojna polsko-bolszewicka, stwierdził, to świetny temat: ponieważ nikt inny się na nim nie zna, mogę uczynić go swoją specjalnością. Zarazem jest to temat, który na pewno spodoba się zarówno rektorowi college'u, sir Raymondowi Carrowi, jak i sponsorowi stypendium, panu Alistairowi Home, który był - i jest nadal - znakomitym historykiem wojskowości. Po krótkiej rozmowie kwalifikacyjnej dostałem stypendium i usłyszałem, że mam się brać do pisania. Postawiono mi tylko jeden warunek: gotowy maszynopis książki musi wpłynąć w ciągu roku. Powiadają, że pierwsza książka - tak jak pierwsze dziecko - jest zawsze tą ulubioną. Nie wiem, czy na tej regule można zawsze polegać. W każdym razie mam powody przypuszczać, iż Orzeł biały... to, jak dotąd, najlepsza z moich książek. Jest zwięzła i ma tempo. Choć zawiera konieczną dawkę faktów i nie znanych nazwisk, nadal przekazuje coś z podniecenia, które odczuwałem, badając słabo znany teren, ocalając od zapomnienia odległe, egzotyczne chwile i miejsca, borykając się z zawiłościami nader skomplikowanego epizodu. Jak pamiętam, szczególną satysfakcję sprawiało mi porównywanie źródeł rosyjskich i polskich (moi przedwojenni poprzednicy nie podjęli się tego zadania), łączenie narracji z analizą oraz splatanie wątków militarnych, politycznych, międzynarodowych i biograficznych. Cóż za wspaniała panorama ukazała się moim oczom! Warszawa, Kijów, Wilno, Lwów, Mińsk, Dniepr, Wisła i Berezyna. Te wszystkie miejsca trzeba było połączyć z myślami oraz czynami ułanów i kozaków, Trockiego i Stalina, Tuchaczewskiego i Sikorskiego, Weyganda i de Gaulle'a, a także samego niezrównanego Marszałka. W końcu jednak owa fascynacja krwawym wydarzeniem, w którym tak wielu młodych ludzi straciło życie, obudziła we mnie poczucie pewnego zawstydzenia. Dlatego zakończyłem książkę morałem zaczerpniętym z opowiadania Izaaka Babla, który wydał mi się stosowny - choć nie wszystkim moim patriotycznie nastawionym czytelnikom z Polski. Kiedy książka została opublikowana, zawierała nader osobliwą przedmowę Taylora. Z jednej strony „A.J.P.” nie żałował rozprawie młodego autora pochlebnych określeń: „wybitna”, „sprawnie napisana”, „stanowi trwały wkład do badań historycznych”. Z drugiej jednak znalazły się w niej uwagi na temat wojny polsko-bolszewickiej zdradzające, iż Taylor nie zaakceptował głównej linii argumentacyjnej dzieła, które rekomendował. Jak większość zachodnich uczonych przedtem i potem, Taylor nadal uważał, iż wojnę rozpoczęli Polacy, kiedy podczas wyprawy kijowskiej w kwietniu 1920 roku najechali na „Rosję”. Albo więc nie przeczytał książki, albo też - co bardziej prawdopodobne - nawet on nie potrafił przełknąć tezy, iż kapitalistyczny Zachód nie posłużył się Polakami, by zaatakować socjalizm w Rosji. Jak miałem się przekonać później, sceptycyzm Taylora wobec komunizmu nie był bezgraniczny. (Na przykład do końca życia nie mógł uwierzyć, że zbrodnia katyńska została popełniona przez Sowietów).
Generalnie mój debiut spotkał się z życzliwym przyjęciem. Książka znalazła się na fali po opublikowaniu przez „Sunday Times” entuzjastycznej recenzji pióra sir Michaela Howarda, ówczesnego profesora nauk o wojnie w Londynie*.
* Później otrzymał katedrę historii (Regius Professorship) w Oksfordzie. Po polsku ukazała się jego praca Wojna w dziejach Europy, Ossolineum 1990.
Po ożywionej dyskusji w tamtejszej Bibliotece Polskiej zaskarbiła mi sympatię brytyjskiej Polonii, traktującej dotąd z podejrzliwością młodego historyka, który bawił zdecydowanie zbyt długo w PRL-u. Stała się również tematem paryskiego sympozjum zorganizowanego przez Institut d'Etudes Slaves. Naturalnie nie mogła zostać porządnie zrecenzowana w obu krajach, których dotyczyła bezpośrednio. Z Moskwy nie nadeszła ani jedna recenzja. Jedyna, która ukazała się z pewnym opóźnieniem w Polsce, przybrała postać osobliwie pokrętnej niby-denuncjacji autorstwa Tadeusza Cieślaka. Był on uprzednio dyrektorem Zakładu Historii Stosunków Polsko-Radzieckich PAN w Warszawie, ale złożył rezygnację, kiedy cenzura usunęła tekst paktu Ribbentrop-Mołotow z tomu dokumentów historycznych dotyczących roku 1939. Następnie trafił do Londynu, gdzie kierował rachitycznym Instytutem Kultury Polskiej w peerelowskiej ambasadzie - tam też go spotkałem. Ponieważ cenzura w żadnym razie nie przepuściłaby pochlebnej recenzji z Orla białego, Cieślak napisał długie streszczenie i zaopatrzył je w konkluzję, iż zaproponowana przez Daviesa interpretacja wydarzeń z lat 1919-1920 jest kompletnie fałszywa. Tym sposobem umożliwił polskim czytelnikom zapoznanie się z moją argumentacją.
Łatwo zapomina się o tym, pod jak ścisłą kontrolą znajdowały się w Polsce badania historyczne - nawet w latach siedemdziesiątych. Pewne wyobrażenie o skali tego nadzoru dała mi wizyta w roku 1973 lub 1974 w Warszawie, dokąd udałem się na zaproszenie prof płka Tadeusza Jędruszczaka, aby przedstawić w Instytucie Historii PAN odczyt na temat Orła białego. Jędruszczak wyrobił sobie nazwisko w latach sześćdziesiątych jako jeden z tych partyjnych historyków, którzy przyczynili się do rewizji oficjalnego stanowiska wobec Drugiej Rzeczypospolitej, wzbogacając o kilka skromnych akcentów pozytywnych miażdżąco negatywną ocenę tego okresu, jakiej nadal domagała się komunistyczna władza. W ten sposób zyskał reputację szczerego liberała. Przekonałem się jednak niebawem, iż jego liberalizm ma swoje granice. W przeddzień wykładu, wieczorem, Jędruszczak zadzwonił do mnie do hotelu i bez słowa usprawiedliwienia oznajmił, że temat sesji musi ulec zmianie. Omówił jakoby tę kwestię z kolegami, od których miał usłyszeć, iż wojna polsko-bolszewicka jest zagadnieniem „mniej interesującym” niż panorama współczesnej historiografii brytyjskiej. Rzecz jasna, powinienem był odmówić, ale się zgodziłem. Przez całą noc ślęczałem w stanie kompletnego oszołomienia nad odczytem, który mogę z pełnym przekonaniem nazwać najbardziej nudnym i bezsensownym wykładem w całej mojej karierze Rankiem karty zostały odkryte. Kiedy weszliśmy do sali konferencyjnej, płk Jędruszczak wskazał na grupę delegatów z Akademii Nauk ZSRR, którzy pojawili się bez uprzedzenia w dniu poprzednim. Jedyna przyjemność, jaką udało mi się ocalić z tej katastrofy, wzięła się stąd, iż przyniosłem ze sobą żółty tomik White Eagle, Red Star, który na początku wykładu leżał sobie bez nadzoru na skraju ławki. Rzecz jasna, po kilku chwilach sięgnął po niego słuchacz z pierwszego rzędu, prezentując odczyt widziałem, jak książka w jaskrawej okładce przechodzi po kryjomu z rąk do rąk, a każdy z czytelników w pełni korzysta z przysługującej mu pół minuty, aby zapoznać się z zawartością tej nieciekawej pracy.
W takim to zdecydowanie przygnębiającym klimacie przystąpiłem do obrony mojej rozprawy doktorskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Zaraz po zakończeniu pracy nad Orłem białym pospiesznie napisałem kilka studiów na temat tła historycznego wojny polsko-bolszewickiej i nadałem im celowo ogólnikowy tytuł „Polityka Wielkiej Brytanii wobec Polski w okresie po Traktacie Wersalskim, 1919-1920”. Po zaliczeniu - nie bez trudności - wymaganych egzaminów uzyskałem w swoim czasie tytuł „doktora nauk humanistycznych”. Kiedy po raz pierwszy wkroczyłem na tę drogę, zawsze mogłem liczyć na pomoc ze strony wielu ważnych osobistości uniwersyteckich, które nie szczędziły mi czasu i słów zachęty. Wiem, że musiały mnie uznać za niewdzięcznika, kiedy zmieniłem kurs, aby napisać książkę. Choć więc dzięki niej miałem już zagwarantowaną posadę na Uniwersytecie Londyńskim, postanowiłem spłacie dług honorowy, zwłaszcza wobec mojego promotora, prof Henryka Batowskiego, oraz dyrektora IH UJ, prof Józefa Gierowskiego, i powróciłem do doktoratu. Patrząc wstecz, uświadamiam sobie, że moi krakowscy patroni wykazali wiele odwagi Gdyby pojawiły się jakieś kłopoty, to nie ja, lecz oni ponieśliby konsekwencje. Zawsze podziwiałem spokój i pogodę ducha, z jakimi radzili sobie z podłym systemem, w ramach którego przyszło im pracować. Taylor nie miał racji. Mój krakowski doktorat był zdecydowanie wart tego, by go zdobyć.
Mniej więcej w tym samym czasie postanowiłem sprawdzić, czy egzemplarz White Eagle, Red Star, który podarowałem Bibliotece Jagiellońskiej, trafił do czytelników. Udałem się więc do gmachu przy Alejach, wypełniłem rewers i czekałem, co nastąpi. Po dłuższej chwili pani bibliotekarka poinformowała mnie, że książka jest niedostępna. Udałem się zatem do jej zwierzchnika, który wyjaśnił mi, iż książka Daviesa znajduje się w kategorii prohibitów. Poprosiłem więc o rozmowę ze zwierzchnikiem zwierzchnika. Chodziłem tak od pokoju do pokoju, wspinając się coraz wyżej po szczeblach bibliotecznej hierarchii, aż jeden z pracowników nagle spostrzegł, że na rewersie nazwisko czytelnika pokrywa się z nazwiskiem autora. Gdyby oto pojawił się niespodziewanie duch Szekspira i zażądał, by wypożyczono mu Hamleta, zdumienie nie byłoby większe. „Dlaczego Pan nam sprawia kłopoty?” - zapytała bibliotekarka. „Bo chcę zobaczyć książkę na własne oczy” - odparłem. W końcu udało się ją odnaleźć - wszelako nie w prohibitach, lecz w gabinecie samego dyrektora. Otrzymałem zapewnienie, iż książka zostanie udostępniona tylu czytelnikom, ilu tylko będzie można. Obecnie, jak słyszę, znajduje się w kategorii rara, w związku z czym nadal trudno do niej dotrzeć. Oto najmocniejszy argument na rzecz publikacji wydania polskiego.
Jeśli w Polsce recepcja książki była utrudniona z powodów obiektywnych, to w Wielkiej Brytanii i w Stanach niektórzy po prostu nie przyjmowali do wiadomości jej istnienia. Wydarzenia w Czechosłowacji i w Polsce w latach 1968-1970 zmusiły wprawdzie lewicowe kręgi intelektualne do zrewidowania stanowiska wobec Związku Radzieckiego i do rezygnacji z entuzjastycznego poparcia dla jego polityki, ale potężny bagaż sowietofilskiej przeszłości bynajmniej nie zniknął. Krytykowano Stalina i Breżniewa, ale nie Lenina. Rewolucja Październikowa była nadal świętą krową, której należało bić pokłony, a nie przyglądać się z bliska i dokładnie. Również przedstawiciele licznej w świecie akademickim branży sowietologów opierali zazwyczaj swoje analizy ówczesnej kondycji Związku Radzieckiego na historycznych fundamentach przejętych hurtem z radzieckiej propagandy. Na Uniwersytecie Londyńskim z taką postawą intelektualną można się było najczęściej spotkać w dużej i prestiżowej London School of Economics and Political Science (LSE), która była instytucją znacznie bardziej upolitycznioną od mojej własnej School of Slavonic and East European Studies (SSEES), gdzie od dawna otrzeźwiający wpływ wywierała bezkompromisowa postawa prof. Hugh Seton-Watsona. Tymczasem w LSE, pomimo obecności tak wybitnych postaci jak śp. Leonard Schapiro, panował wciąż klimat zdecydowanie antyamerykański i proradziecki. Trudno się temu dziwić, zważywszy na tradycje tej uczelni: jej założyciele, sfiksowani fabianie Sidney i Beatrice Webb, oraz jej pomylony dyrektor z czasów wojny, Harold Laski, byli nie tylko sowietofilami, ale i soviétomanes, Z czasem dowiedziałem się od kolegów, z jak wielkim rozbawieniem kadra i studenci LSE przyjęli osobliwą tezę White Eagle, Red Star, iż Armia Czerwona dokonała inwazji na Polskę, aby pomaszerować do Niemiec. Choć LSE i SSEES wchodzą w skład tego samego uniwersytetu, to nikt z LSE nie wyraził nigdy ochoty, bym wygłosił tam odczyt lub wyjaśnił im swoje niestworzone pomysły.
Mimo wszystko książka miała się dobrze. W rozmaitych wydaniach była dostępna na rynku bez przerwy aż do początku lat dziewięćdziesiątych. Wkrótce po brytyjskiej premierze u Macdonalda ukazała się w prestiżowej oficynie amerykańskiej St. Martin's Press (Nowy Jork). W połowie lat osiemdziesiątych Orbis Books (Londyn) i Hippocrene Books (Nowy Jork) wydały jej reprint. W latach osiemdziesiątych w Polsce krążyło w drugim obiegu kilka nieautoryzowanych przekładów fragmentów lub całości. Najszerzej znane z tych tłumaczeń - heroiczne dokonanie Urszuli Karpińskiej (pseudonim), które opublikowało wydawnictwo Przedświt w Gdańsku - było dwukrotnie konfiskowane przez organy bezpieczeństwa, zanim trafiło triumfalnie do rąk czytelników w roku 1988.
W ciągu dwudziestu pięciu lat, które upłynęły od powstania Orła białego..., zasadnicza struktura wydarzeń zaprezentowana w tej książce nie została zakwestionowana. Pojawiło się kilka zbiorów dokumentów, które uzupełniły obraz epizodów zrekonstruowanych tutaj jedynie na podstawie poszlak. W rozmaitych studiach specjalistycznych rozłożono inaczej akcenty bądź też przedstawiono odmienne interpretacje poszczególnych faz wojny. Polemizowano również z owymi heroicznymi, lecz niekiedy błędnymi przekładami mojej książki, które krążyły w drugim obiegu. Nie ukazało się jednak nic, co skłoniłoby mnie, abym uznał, iż znaczący fragment pracy wymaga korekty. Wprost przeciwnie, po upadku komunizmu swobodny obieg informacji w Polsce i w Rosji potwierdził jedynie wnioski, które zostały sformułowane w zdecydowanie trudniejszych okolicznościach. Jestem przekonany, iż Orzeł biały... może zostać ponownie zaprezentowany polskim czytelnikom w postaci pierwotnej. Chciałbym, aby był czytany nie tylko jako świadectwo poruszających wydarzeń z lat 1919-1920, ale również jako hołd złożony konfraterni wielkich historyków, którzy nauczyli mnie, iż podtrzymywanie ognia historycznej prawdy jest najbardziej szlachetnym powołaniem.
Norman Davies, czerwiec 1997
Rozdział pierwszy
JESZCZE JEDNA POŻOGA
W ostatniej fazie pierwszej wojny światowej Europa Wschodnia rozpadła się na kawałki. Stare cesarstwa zostały pogruchotane przez wojnę i rewolucję. Zwłaszcza Rosja znajdowała się w stanie zaawansowanego rozkładu: jej moskiewskie i piotrogrodzkie centrum było „we władzy rad”, a bliższe i dalsze obrzeża w rękach rozmaitych antysowieckich władz lokalnych. Spośród dawnych prowincji carskich niepodległość ogłosiły Finlandia, Estonia, Łotwa, Litwa i Polska; na Ukrainie rządził Dyrektoriat pod niemieckim protektoratem; kozacy dońscy i kubańscy rządzili się sami; Gruzja, Armenia i Azerbejdżan były w rękach mieńszewików; na Syberii i w Archangielsku panowali „biali”. W podobny sposób rozpadło się Cesarstwo Austro-Węgierskie, którego terytorium zostało podzielone między nowe lub odrodzone państwa: republiki austriacką i czechosłowacką, królestwa Węgier, Jugosławii i „Wielkiej Rumunii”. Wprawdzie pod względem terytorialnym Cesarstwo Niemieckie pozostało niemal nienaruszone, lecz pod względem politycznym przestało istnieć. Car został zamordowany; cesarz i król oraz kajzer abdykowali i uciekli.
W środku tego kalejdoskopu odrodzona Rzeczpospolita Polska odziedziczyła swoje ziemie nie tylko po Rosji, ale po wszystkich trzech rozczłonkowanych cesarstwach. Jej stolica - Warszawa - była głównym miastem dawnego rosyjskiego Królestwa Polskiego kongresowego; Lwów i Kraków stanowiły główne ośrodki austriackiej Galicji; aż do powstania w grudniu 1918 roku Poznań był niemiecki. Kiedy 11 listopada 1918 roku niemieckie wojsko okupacyjne zostało rozbrojone na ulicach Warszawy, narodziło się nowe, suwerenne państwo. Na jego czele stanął Józef Piłsudski - rosyjski rewolucjonista, austriacki generał i polski patriota - świeżo zwolniony z internowania w Niemczech.
Piłsudski zatriumfował pod koniec roku, w czasie którego mogło się często wydawać, że niepodległość Polski jest równie odległa i nieosiągalna jak kiedykolwiek w poprzednim stuleciu. Polska znajdowała się wszak pod okupacją na pozór niezwyciężonych armii mocarstw centralnych, które odniosły zwycięstwo na wschodzie i aż do lipca utrzymywały inicjatywę na zachodzie. Manifesty i deklaracje w sprawie przywrócenia Polsce niepodległości - ogłoszone 14 sierpnia 1914 roku przez wielkiego księcia Mikołaja, 22 stycznia 1917 roku przez prezydenta Stanów Zjednoczonych Wilsona, 30 marca 1917 roku przez Rząd Tymczasowy w Rosji, a wreszcie 3 czerwca 1918 roku unisono przez rządy aliantów - nie mogły zmienić faktu, że Polska była rządzona z Berlina. Polski Komitet Narodowy w Paryżu nie miał bezpośredniego kontaktu z krajem, którego reprezentantem się mienił. Komisja Likwidacyjna do spraw Królestwa Polskiego w Piotrogrodzie została zamieniona na biuro, którego zadaniem było utrzymywanie kontaktów między władzami sowieckimi w Rosji i niemieckimi w Warszawie. Niemcy wyobrażali sobie przyszłe państwo polskie jako monarchię uzależnioną od mocarstw centralnych, o terytorium ograniczonym do ziem odbitych Rosji. W tym celu powołali do życia Radę Regencyjną, której kompetencje nie wykraczały poza sferę oświaty i sądownictwa. 22 lipca 1917 roku Niemcy aresztowali Piłsudskiego, którego Legiony Polskie walczyły przez pierwsze dwa lata wojny po ich stronie, później jednak odmówiły złożenia wymaganej przysięgi na wierność armiom Niemiec i Austro-Węgier. 3 marca 1918 roku Niemcy zawarły z bolszewikami pokój brzeski, na mocy którego oddały duże obszary polskiego terytorium, w tym Chełmszczyznę na zachód od Buga, Mało kto uświadamiał sobie wtedy, że 123 lata niewoli Polski dobiegają kresu. Mało kto naprawdę wierzył - w Niemczech, w Rosji czy w krajach Ententy - że Polska może wywalczyć suwerenność, nawet gdyby pojawiła się taka szansa. Nikt nie przewidział, że Piłsudski potrafi przezwyciężyć beznadzieję ostatnich lat i ambicje bardziej od niego wpływowych i szanowanych rywali. Niemniej jednak to, co niewiarygodne, stało się faktem. 11 listopada 1918 roku, w dniu zawieszenia broni na froncie zachodnim, Piłsudski przybył do Warszawy prosto z twierdzy magdeburskiej. Trzy dni później Rada Regencyjna poprosiła go o przyjęcie funkcji Naczelnika Państwa i wodza naczelnego - tym samym stał się pierwszym niezależnym przywódcę... Polski po rozbiorach w wieku.
Bezpośrednio zawieszenie broni na Zachodzie nie wpłynęło w sposób istotny na sytuację militarną w Europie Wschodniej. Od marca 1918 roku, kiedy to Rosja Sowiecka zawarła osobny pokój z Niemcami i Austrią - podpisując traktat brzeski - na froncie wschodnim panował spokój. Armia niemiecka na wschodzie pozostała na swoich pozycjach, patrolując ogromne obszary pozostające nadal pod jej okupacją: Oberkommando-Ostfront, bądź Ober-Ost, rozciągało się na przestrzeni niemal dwóch i pół tysiąca kilometrów od Zatoki Botnickiej po Morze Azowskie. W każdym zakątku tej części świata toczyły się wojny lokalne. Rosja Sowiecka walczyła o przetrwanie ze wszystkimi pomniejszymi spadkobiercami imperium na piętnastu frontach naraz. Wszędzie pojawiały się armie „białych”: pod Piotrogrodem wojska Judenicza, na Syberii - Kołczaka, nad Wołgą - Denikina. Alianckie siły interwencyjne miały chronić interesy Ententy: brytyjskie w Archangielsku, Murmańsku i na Kaukazie, francuskie w Odessie, amerykańskie i japońskie we Władywostoku. W wielu częściach Rosji, w krajach nadbałtyckich i na Ukrainie toczyły się walki między wszystkimi zainteresowanymi: między „czerwonymi”, „białymi”, „zielonymi”, czyli chłopską partyzantką, a wreszcie z nacjonalistami i Niemcami. Potem zaczęły się ze sobą ścierać młode państwa: Rumunia z Węgrami o Siedmiogród, Jugosławia z Włochami o Rijekę, Czesi z Polakami o Cieszyn, Polacy z Ukraińcami o Galicję Wschodnią, Polacy z Niemcami o Poznańskie. W wielu europejskich miastach powojenne niepokoje społeczne umożliwiły komunistyczne przewroty na modłę sowiecką, które oznaczały następną rundę walk: w listopadzie 1918 roku-w Monachium, w grudniu - w Berlinie, w marcu 1919 roku - w Budapeszcie, w czerwcu - w Koszycach na Słowacji. Kiedy Europa Zachodnia odpoczywała i przygotowywała się do konferencji pokojowej w Wersalu, Europa Wschodnia wybuchła płomieniem licznych pożarów. W noc zawieszenia broni Churchill tak skomentował sytuację w rozmowie z Lloyd George'em; „skończyła się wojna olbrzymów, rozpoczęły się waśnie pigmejów”.
Poświęcenie szczególnej uwagi jednemu z tych pożarów może się wydawać zbędnym trudem. Wojna polsko-bolszewicka była wszakże zjawiskiem innego gatunku. Jeżeli wszystkie pozostałe konflikty, których Polska była stroną, stanowiły zwyczajne spory graniczne, to wojna z Rosją Sowiecką była czymś więcej; jeżeli walki Armii Czerwonej na wszystkich innych frontach stanowiły integralny element rosyjskiej wojny domowej, to front polski miał dalsze konsekwencje. W odróżnieniu od innych konfliktów tego okresu, do których często się ją przyrównuje, wojna polsko-bolszewicka postawiła szersze kwestie: zderzenie ideologii, eksport rewolucji, przyszłość Europy jako takiej. Dlatego też wzbudzała gorętsze emocje u współczesnych i zasługuje na głębszą uwagę historyków.
Niemniej jednak historycy przekonani o tym, że wielkie wydarzenia są następstwem wielkich zapowiedzi, w tym. przypadku poczują się zawiedzeni. Była to wszak wojna, której niepozorne początki bynajmniej nie zapowiadały doniosłego punktu kulminacyjnego w roku 1920. W istocie rzeczy wielu historyków w ogóle pominęło milczeniem pierwszy rok wojny. Zarówno w oficjalnej historiografii sowieckiej, jak i w pracach E. H. Carra oraz A. J. P. Taylora „wybuch” wojny polsko-bolszewickiej datowany jest na 20 kwietnia 1920 roku. Pierwszych walk często w ogóle się nie dostrzega bądź lekceważy się je, widząc w nich jedynie utarczki graniczne.
Błędu tego nie należy minimalizować. Nie da się bowiem wytłumaczyć, dlaczego w 1920 roku dwa wyczerpane narody zdecydowały się stoczyć regularną wojnę, jeśli nie weźmie się pod uwagę wielu starć, które miały miejsce w roku poprzednim. Dramatyczne wypadki roku 1920 stanowią ogniwo łańcucha wydarzeń zapoczątkowanych bez rozgłosu 14 lutego 1919 roku w Berezie Kartuskiej na Białorusi.
***
Stwierdzenie, iż wojna może wybuchnąć bez udziału dwóch armii, zakrawa na absurd. Czasem jednak przyczyną wojny bywa bójka między mężczyzną i chłopcem, którzy następnie wzywają na pomoc „swoich”. Można powiedzieć, że w takiej sytuacji armie formują się dopiero po rozpoczęciu działań zaczepnych. Tak właśnie było w przypadku wojny polsko-bolszewickiej. Nikt jej nie planował. Nikt jej nie wypowiedział. Armie, w sensie zorganizowanych i skoordynowanych sił zbrojnych, zostały wezwane na pole bitwy wiele tygodni po tym, jak padły pierwsze strzały. Upłynął ponad rok, zanim obie strony zdały sobie sprawę z tego, że biorą udział w regularnej wojnie.
W takich okolicznościach trzeba zrezygnować ze zwyczaju praktykowanego przez kronikarzy innych wojen, którzy opisywali wpierw stan nieprzyjacielskich armii u progu konfliktu. Klasyczne relacje dotyczące wojny francusko-pruskiej czy hiszpańskiej wojny domowej rozpoczynają się od porównania tradycji, liczebności, charakteru, wyposażenia i dowództwa wojsk po obu stronach. Lecz w lutym 1919 roku nie doszło na Białorusi do konfrontacji wyraźnie określonych sił. Bolszewicka armia zachodnia była odseparowana od Polaków przez niemiecki Ober-Ost. Armia polska nie została jeszcze formalnie zorganizowana. Wschodnich rubieży nowego państwa strzegły jedynie nieregularne oddziały złożone z miejscowych. Gdyby nie skomplikowana sytuacja polityczna, w której stabilizującą rolę odgrywała nadal armia niemiecka, Polacy i bolszewicy nie mogliby rozpocząć wojny. Rzucili się sobie do gardeł przede wszystkim dlatego, że Niemcy podjęli decyzję o ewakuacji frontu wschodniego.
Trudno uwierzyć, by w zamęcie pierwszych tygodni 1919 roku ktokolwiek w Rosji Sowieckiej bądź w młodej Rzeczypospolitej Polskiej świadomie dążył do sprowokowania międzynarodowego konfliktu na dużą skalę. Rosja ledwie przetrwała drugą zimę blokady i masowego głodu. Lenin sprawował władzę jedynie na obszarze Rosji centralnej, ograniczonym ze wszystkich stron przez potężnych przeciwników, którzy odcinali dostęp do świata zewnętrznego. Nawet gdyby bolszewicy chcieli zaatakować swoich zachodnich sąsiadów, nie byliby do tego fizycznie zdolni.
Sytuacja Polski była niewiele lepsza. Przez cztery lata światowej wojny jej wschodni front przetaczał się przez ziemie polskie tam i z powrotem. Kraj został ogołocony z zasobów ludzkich i materialnych na skutek przymusowych rekwizycji, poboru mężczyzn do wojska, a w przypadku ziem wschodnich- przesiedleń całych grup ludności. Rząd Piłsudskiego w Warszawie sprawował jedynie nominalną władzę nad terytoriami, które objął we władanie. Toczyły się już trzy wojny. W obiegu znajdowało się wciąż sześć bezwartościowych walut oraz zastępy urzędników przejętych w spadku po trzech byłych cesarstwach, co tylko pogłębiało zamęt. Fabryki stanęły. Robotnicy przymierali głodem. Ponieważ wojenni dezerterzy i uciekinierzy nie wrócili jeszcze do domów, szerzyły się tyfus i przestępczość. W styczniu, po pierwszych wyborach powszechnych do Sejmu, podjęto próbę zamachu stanu. Kompromisowe premierostwo Ignacego Paderewskiego, pianisty, odwlekło kryzys, nie mogło jednak usunąć konfliktów między rozmaitymi frakcjami. Polska oczekiwała od zachodnich aliantów jasnego wytyczenia jej granic. Kierowana przez Herberta Hoovera Amerykańska Administracja Pomocy pomogła powstrzymać głód i choroby. Problemy polityczne pozostały nie rozwiązane.
Niemiecka armia Ober-Ost, uwięziona pomiędzy polską a bolszewicką mizerią, zajmowała trudną pozycję o coraz mniejszej wartości strategicznej. Gdy w marcu 1918 roku tereny te zostały okupowane przez Niemców, Ober-Ost stał się wschodnim szańcem poddanej im Europy: na jego polskich tyłach znajdowała się niemiecka i austriacka strefa okupacyjna, skrzydła zaś ochraniały proniemieckie władze Ukrainy i Litwy. Lecz po upadku Austrii w październiku i wyparciu oddziałów niemieckich ze środkowej Polski w listopadzie Ober-Ost zawisł w próżni - tylko na północy nie został odcięty od linii zaopatrzenia. To, co pozostało, było więc jedynie groteskowym, nitkowatym kadłubem długim na ponad 1500 kilometrów, miejscami nie szerszym niż 80 kilometrów. Sztab tej formacji i jego szef, generał Hoffmann, znajdowali się w Królewcu na terenie Prus Wschodnich. Dwa główne sektory tego odcinka to na północy Dziesiąta Armia generała Falkenhayna usytuowana w Grodnie, a na południu Heeresgruppe Kiew. Podstawową arterią komunikacyjną była linia kolejowa Białystok - Brześć Litewski - Kowel - Równe. Jedyne połączenie z Niemcami stanowiły jednotorowe linie łączące Grodno i Białystok z Prusami Wschodnimi. Na całej swojej długości Ober-Ost był wystawiony na równoczesny atak ze wschodu i zachodu. Wcześniej czy później Niemcy musieli się ewakuować.
Określenie momentu ewakuacji przysparzało jednak trudności Armia niemiecka na wschodzie była wciąż niepokonana i na tym obszarze stanowiła jedyną znaczącą i zdyscyplinowaną siłę. W tym momencie nie było więc nikogo, kto potrafiłby ją wyprzeć. Zachodni alianci nie wiedzieli, jaką decyzję mają podjąć. Odpowiedni artykuł zawieszenia broni stanowił, iż wojska niemieckie znajdujące się na dawnych terenach rosyjskich powinny wrócić do domu, „gdy tylko alianci uznają moment za stosowny”. Francuzi chcieli natychmiastowej ewakuacji, która miała stanowić krok wstępny do rozwiązania wszystkich sił niemieckich. Z kolei Brytyjczycy i Amerykanie uważali, że Niemcy powinni pozostać na swoich pozycjach, aby zapobiec bolszewickiemu najazdowi na Europę.
Szybko okazało się, że pogrążone w chaosie Niemcy są niezdolne do prowadzenia aktywnej polityki wschodniej. Abdykacja cesarza i przyjęte na zachodzie warunki zawieszenia broni położyły kres ich ambicjom politycznym. Bunt w Kilonii, komunistyczne rozruchy w Monachium i Berlinie, powstawanie rad żołnierskich w armii niemieckiej - wszystko to sprawiło, iż głównym celem musiało być teraz przywrócenie porządku w ojczyźnie. Szef sztabu ...
Carleyss